sobota, 1 marca 2014

Smuga 8. — Więzienie własnej dumy

Jesteś tak znacznie większa od świata, który stworzyłem 
Więc oddaję moją duszę
Docieram do twojej nadziei
Składam moją broń, teraz jestem gotowy dla ciebie

Daj mi uciec
Przyjdź i znajdź mnie teraz w ciemności
Każdy dzień ze samym sobą łamie mnie od środka
Nie chcę już walczyć sam 
Daj mi uciec
[Ashes Remain — On My Own]
Wisiała sobie beztrosko na trapezie, głową w dół. Z jej czoła, nadgarstków, kostek i otwartych złamań kości palców skapywała krew. Ignorowała kałużę osocza, tworzącą się pod nią. Zaczęła się kołysać w przód i w tył. Zaraz pewnie nadejdą zawroty głowy.
— Kay? — usłyszała w pewnym momencie; brzmiało to trochę jak warknięcie.
— Hm? — mruknęła, w dalszym ciągu się huśtając. Zaczynało jej szumieć w głowie.
— Można wiedzieć, co ty do jasnej cholery robisz?! — Rudowłosy podniósł głos. Kayla nawet nie wiedziała, jak on to zrobił, ale w jednym momencie wisiała na trapezie, a w drugim leżała na podłodze, a Cane się nad nią nachylał. Próbował uleczyć najgorsze z ran.
— Nic ciekawego — odparła, rozmasowując czoło. Prawie-Nieśmiertelny zamknął na chwilę oczy i odetchnął.
— Dobra, jak cię uczyli? Samokontrola, nie złość się. Policz do dziesięciu — mamrotał do siebie. Po chwili spojrzał na dziewczynę. Wyglądał na spokojnego. — Co ci odpierdoliło?! — wrzasnął. I... nagle cały jego spokój gdzieś uleciał.
— Nic. Czy mógłbyś, proszę, przestać krzyczeć? — poprosiła, z trudem podnosząc się do pozycji siedzącej. Kręciło się jej w głowie. Zdecydowanie za długo tak wisiała. Wyglądała na nieźle otumanioną.
— Nic! — mruknął, ale najwyraźniej jej posłuchał, skoro już tak nie podnosił głosu. Pod wpływem jego dotyku rany na ciele czarnowłosej zaczynały się regenerować.
— Dzięki - westchnęła, podnosząc się. Skrzywiła się lekko i dziarsko pokuśtykała do wyjścia. Gdy doszła do drzwi, straciła równowagę i runęła na podłoże. — Nie wiesz, gdzie jest Richard? — wymamrotała, próbując się podnieść.
— Nie wiem — usłyszała, zanim chłopak znalazł się przy niej i podniósł ją z podłogi. — I nie obchodzi mnie to. Masz mi powiedzieć, dlaczego to zrobiłaś. — Wyglądał trochę przerażająco.
— Zrobiłam co?
— To... — Przez chwilę Cane nie mógł się wysłowić. Pokręcił głową i westchnął. — Chciałaś się zabić czy co? Nigdy w życiu nie widziałem, żeby ktoś chciał sobie zrobić coś tak... głupiego.
— A, chodzi ci o rany? — Dziewczyna przejechała opuszkami palców po zamkniętej już ranie na nadgarstku. — To dosyć trudne do wytłumaczenia…
— Postaram się zrozumieć — odparł niebieskooki, wychodząc z pomieszczenia z Kaylą na rękach. Niespodziewanie Darkwing ziewnęła i wtuliła się w chłopaka. Wyglądała na swój sposób... uroczo i niewinnie, gdy uśmiechała się w tak typowy dla niej sposób. 
— Zaniesiesz mnie do Richarda? — poprosiła. — Muszę z nim pogadać.
— Jesteś niemożliwa — usłyszała w odpowiedzi. Rudowłosy szedł powoli korytarzem, obserwując uważnie twarz dziewczyny. Zastanawiał się, czy nie ominął jeszcze jakiejś rany do uleczenia. Wyraźnie czuł swoim wyczulonym zmysłem powonienia krew.
— Skąd takie wnioski? — spytała rozbawiona, przeciągając się. Prawie-Nieśmiertelny tylko przewrócił oczami. Nie odezwał się. Po paru minutach już stał przed drzwiami do pokoju Richarda.
— Dzień dobry. — Z pokoju wyłonił się czarnowłosy mężczyzna, który na pewno n i e był Nightwingiem. — Co słychać, Kay? — spytał. Dziewczyna wyraźnie ożywiła się na jego widok. 
— Pan Fallen!
Cane przekrzywił głowę. 
— Yyy, chwila, a ten to kto? — mruknął, wyraźnie zdezorientowany.
— Pan Fallen. Dawny przyjaciel Nighta — wyjaśniła Kayla. Anioł uśmiechnął się. 
— Nadal jesteśmy przyjaciółmi — poprawił dziewczynę. — Co was tu sprowadza?
Cane zacisnął usta i przez chwilę patrzył prosto w oczy Kay. Po chwili wyprostował się z uśmiechem. 
— Prawdopodobnie coś ważnego — odparł, wzruszając ramionami.
— Znowu atak? — spytał Night. Dziewczyna skrzywiła się. 
— To aż tak oczywiste? — mruknęła, otulając się ramionami. Wbiła wzrok we własne stopy.
— I... kolejna rzecz, o której nie wiem — wtrącił się Prawie-Nieśmiertelny z westchnieniem. — To się już robi irytujące.
— Vice versa, rudzielcu — odparła Kayla, zsuwając się z jego rąk. — Ty też mi o wielu rzeczach nie mówisz.
— Co tym razem poszło? — Fallen przyjrzał się jej uważnie.
— Kości i skóra. — Jej odpowiedź wyraźnie zmartwiła anioła. Niebieskooki za to oparł głowę o ścianę i zgarbił się nieco.
— Atak — wymamrotał. — Nie chciałaś się zabić. To był atak, a ja jestem głupcem. — Westchnął.
— Ej, oddychaj. — Kay przykuśtykała do niego i pogłaskała chłopaka po policzku. — Nie obwiniaj się. Skąd przecież mógłbyś wiedzieć? — próbowała go pocieszyć.
— Ej, no właśnie, tak przy okazji: dziękuję, że mi powiedziałaś — mruknął ironicznie. — Teraz może przynajmniej wyjaśnij mi, o co chodzi, tak bardziej szczegółowo. — Miał przeszywające spojrzenie. Dziewczyna przeczesała włosy palcami z ciężkim westchnieniem.
— Pozwólcie, że wam przerwę — wtrącił się Fall , przykucając przy dziewczynie— ale… Kay, bierzesz leki, prawda?
— LEKI! — Cane przez przypadek walnął ręką w drzwi. Schował twarz w dłoniach. — Dobra, jest jeszcze coś, co muszę wiedzieć? — Zmarszczył brwi, patrząc na nogi czarnowłosej. — O, to te rany przeoczyłem. Wiedziałem, że coś przegapiłem. Przez cały czas czułem zapach krwi, ale myślałem, że to po prostu ja. — Powąchał swój nadgarstek.
— Taa… chyba coś do wyjaśnienia się jeszcze znajdzie. — Zakłopotana Kayla podrapała się po głowie. Anioł uleczył już w połowie rany na kostkach dziewczyny.
— Skoro Nieśmiertelni są tacy zajebiści, to dlaczego nie mają mocy telepatii? Od razu wiedziałbym wszystko — westchnął Cane. Odgarnął dziewczynie włosy za ucho, przy okazji lecząc jedną, małą ranę na jej policzku. — No, to czego tam mi nie mówisz?
— Hum… Na przykład tego, że atakuje mnie jakiś kosmiczny wirus. — Darkwing przybrała przepraszającą minę. Martwiła się trochę o to, jak chłopak przyjmie tę wiadomość. Fallen wstał i czując, że tylko przeszkadza, rozpłynął się w powietrzu. Niebieskooki aż się zatoczył. 
— CO?!
— Ej, spokojnie! — Dziewczyna chwyciła go za ramiona i zmusiła do wyprostowania się. Ten przymknął na chwilę oczy. 
— Ten wirus... — wymamrotał, kiedy już odzyskał mowę. — Na czym to polega?
— Wiesz co, może lepiej usiądź — zaproponowała zaniepokojona dziewczyna. Jej rozmówca oparł się o ścianę.
— Postoję — postanowił. Zachował kamienną twarz.
— Jesteś pewny? Przechodzimy do tej mniej przyjemnej części — ostrzegła, znów otaczając się ramionami. Cane miał cholerną ochotę ją przytulić przez ten jej zmartwiony wyraz twarzy.
— A czy któraś część tego była przyjemna? — Chłopak uśmiechnął się gorzko. — Mów.
— Jak chcesz. — Kay rozmasowała skronie. — Ten wirus powoduje autoagresję komórek w moim organizmie, która trwa nieustannie,. Dzięki lekom od Falla ten proces jest tylko spowalniany, nie da się tego zatrzymać. Zazwyczaj jest to powolne, ale od czasu do czasu zdarzają się ataki choroby, szybko wyniszczające spore obszary narządów — wyrzuciła z siebie z prędkością karabinu maszynowego. Rudowłosy zmarszczył brwi. — Dlatego wisiałam na trapezie. Nie potrafiłam się ruszyć przez ten cholerny ból. Tak jakby mnie sparaliżowało.
— Jezu... — wydusił. — Chwila, czy to znaczy, że ty... umierasz?
— Od dwóch lat — potwierdziła. — I już naprawdę niedużo czasu mi zostało — dodała. — Dwa ataki, przy bardzo dużym szczęściu trzy… co daje mi od trzech dni do trzech miesięcy. W najlepszym układzie. 
Cane odwrócił się gwałtownie, a jedna, samotna łza skapnęła na podłogę. Przez chwilę tak stał, chowając twarz w dłoniach, zaciskając szczęki i próbując unormować oddech. Po chwili wyprostował się i zaczął kręcić głową, szepcząc jej imię jak mantrę. 
— Nieeeee... — mruknął cicho. — Ty nie możesz umrzeć. Nie ty. Tylko nie ty. Nie, nie, nie, nie, nie...
— Hej, spokojnie. — Otoczyła go ramionami. Pocałowała go niezdarnie w kark. — Jest dobrze, serio. Uspokój się, kotek — powtarzała, wtulając się w plecy chłopaka. Ten odsunął się od niej i obrócił w jej stronę. Był poważny.
— Nie chcę cię stracić — wyszeptał, patrząc jej prosto w oczy. Chwycił twarz Kayli w swoje dłonie i oparł głowę o jej czoło.
— Wybacz. — Pogłaskała go po policzku. — To nie jest zależne ode mnie — westchnęła, uśmiechając się smutno. Nagle jego twarz rozjaśniła się w uśmiechu.
— Ale ode mnie tak — mruknął, nagle się prostując. — Kaylo Grayson, uratuję cię, choćbym miał przypłacić to własnym życiem.
— Jest mały haczyk. — Wtuliła się w rudzielca.
— Hm?
— Sposób na usunięcie wirusa… on nie istnieje — powiedziała spokojnie. Dlaczego była taka opanowana, skoro tak naprawdę w każdej chwili mogła odejść z tego świata?
— Więc ja sprawię, że zaistnieje — mruknął rudowłosy. Wyglądał na naprawdę zdeterminowanego.
— Cane, proszę — jęknęła niespodziewanie. — Dlaczego tak usilnie próbujesz dać mi nadzieję, skoro mnie się po prostu nie da uratować?
— Da się — odparł powoli. — A ja ci to udowodnię, zobaczysz. — Po tych słowach po prostu ją pocałował.
— Musisz być tak irytująco cudowny? — spytała ironicznie, gdy już pozwolił się jej odsunąć. Wzruszył ramionami z uśmiechem w odpowiedzi.
— Wiesz, może to nie jest najlepszy moment, aby o to pytać… — zaczęła, trochę skrępowana. Uniósł jedną brew do góry.
— Pytać o co? — zainteresował się.
— O coś, czego jeszcze o tobie nie wiem. — Uśmiechnęła się tajemniczo. Chłopak przekrzywił głowę i pogłaskał ją po policzku, widząc to.
— Co chcesz wiedzieć?
Splotła ręce na piersi i przysunęła się na tyle blisko, że stykali się nosami. 
— Chcę wiedzieć, co do mnie czujesz, ty mój Panie Zagadko.
Tym razem to on uśmiechnął się tajemniczo.
— Dość trudno mi to określić. Czuję wiele rzeczy, kiedy jesteś w pobliżu. — Odgarnął jej włosy za ucho.
— A tak konkretniej? — Uniosła obie brwi do góry. Prawie-Nieśmiertelny wzruszył ramionami. 
— Nie wiem... — przyznał. Zmarszczył nagle brwi. — Myślę, że cię kocham. Tak... pewnie tak. Ale jestem pewien, że mógłbym zrobić dla ciebie wszystko i jesteś kimś bardzo ważnym w moim życiu. — Zacisnął usta. Przez chwilę Kay przyglądała mu się tylko, głaszcząc jego policzek. W końcu się odsunęła. 
— Rozumiem — mruknęła, po czym ruszyła w sobie tylko znanym kierunku.
— Heeej, powiedziałem coś nie tak?! — usłyszała gdzieś za sobą. Cane pobiegł za nią.
— Nie, dlaczego? Powiedziałeś, co myślisz. To miłe, że jesteś szczery — odparła, wbijając ręce w kieszenie spodni. Wtedy chłopak odwrócił wzrok.
— Już czaję. Nie chcesz, żebym cię kochał? A myślałem, że... — Westchnął i pokręcił głową.
— Czy ty masz zamiar dopasowywać swoje uczucia pod moje widzimisię? — spytała zaskoczona, podnosząc na niego wzrok.
— Nie — odparł. — Zawsze będę cię kochał, nie myśl, że tak łatwo się mnie pozbędziesz. Po prostu mogę udawać, że jest inaczej, jeśli tylko zechcesz. — Przeczesał palcami włosy.
— Co ty w końcu do mnie czujesz? — jęknęła niespodziewanie, upadając na kolana. Chwyciła się za głowę, a jej ciałem wstrząsnął szloch. — Najpierw mówisz, że ci na mnie zależy, chociaż nie wiesz, czy to jest coś trwałego, potem proponujesz mi udawanie, że nic do mnie nie czujesz, a w końcu twierdzisz, że mnie kochasz! Ja nie rozumiem! — wykrzyczała. — Nie rozumiem — powtórzyła już ciszej, pociągając nosem. Usiadł obok niej na podłodze i przytulił ją do siebie.
— Sam mówię, że dość trudno mi to określić — mruknął, głaszcząc ją po plecach. — Wiem, że to, co do ciebie czuję jest cholernie silne. I nie mógłbym bez ciebie żyć. Dla twojego uśmiechu zrobiłbym wszystko. Proszę, powiedz mi, czy to jest miłość?
— A jak ty sądzisz? — spytała, wtulając się w chłopaka.
— Czasem dość trudno rozpoznać mi, co czuję — wymruczał, opierając podbródek o jej głowę.
— Nie wiem, czy wiesz, Kay, ale jestem dziwakiem.
— Zauważyłam — mruknęła cicho, wyjmując z kieszeni chusteczkę. Wydmuchała nos. — Ale nie mogę za ciebie odpowiadać na takie pytania. Równie dobrze możesz być szczęśliwy spędzając ze mną czas lub rozpruwając czerep swojego największego wroga. Tylko ty wiesz i potrafisz stwierdzić, które z tych dwóch wywołuje w tobie więcej pozytywnych uczuć.
Chłopak uśmiechnął się lekko.
— Masz rację — przyznał. — Wiesz, myślę, że znalazłem odpowiedź... — Chwycił jej twarz w swoje dłonie i musnął lekko jej usta swoimi wargami. Po chwili milczenia ją pocałował.
— I jak ja mam to rozumieć, co? — wyszeptała, gdy odsunął się dla zaczerpnięcia oddechu. Mimowolnie pogłaskała go po policzku. Rudowłosy wzruszył ramionami.
— Kocham cię — wyjaśnił krótko. — A... czy ty kochasz mnie?
— A jak myślisz? — odparła pytaniem na pytanie. Rudowłosy tylko uśmiechnął się tajemniczo w odpowiedzi. — To chyba oczywiste, że cię kocham. Przynajmniej dla mnie.
*   *   *
— Jak zamierzasz się jej pozbyć? — spytała, poprawiając starannie długą, fioletową grzywkę, zasłaniającą jej oczy. Siedziała rozwalona na fotelu w pokoju gościnnym pałacu swojego pracodawcy, mając za nic etykę zachowania przy władcy.
— A po co mam się jej pozbywać? — odparł pytaniem na pytanie zagadnięty, wzruszając ramionami. — Sami się pozabijają, to tylko kwestia czasu.
— Mamy tylko podejrzenia co do tego, że Thunderbird jest ze Strefy Stokrotek — zauważyła dziewczyna, poprawiając skórzaną kurtkę, zarzuconą na nagą skórę. Spomiędzy jej wystających, sczerniałych żeber wystawał dziób kruka. Sam ptak czuł się bardzo swobodnie w tej osobliwej klatce. Właścicielka zwierzęcia czule pogłaskała go po dziobie. — Ludzie nam nie uwierzą bez dowodów, że jest potworem.
— Nie przejmuj się tym — poradził władca. — Mam kogoś, kto bez wysiłku załatwi nam potrzebne informacje.
— Kto to taki?
— Przedstawię ci ją, tylko błagam, zdejmij w końcu te trepy ze stolika, bo cię eksterminuję — westchnął towarzysz. Vanity wywróciła oczami i zdjęła brudne obuwie ze stolika na kawę.
— Wiesz, nie boję się gróźb od słodziutkiego, puchatego króliczka — mruknęła. Kevamorse wywrócił oczami.
— Ciesz się, że jesteś Voodoo, bo inaczej miałabyś poważne problemy z moją koszmarną wersją — odparł, przeciągając się. Po chwili siedział już przed nią trzydziestoletni mężczyzna w królewskich szatach. Uśmiechnął się cynicznie do podwładnej a jego białe źrenice w kształcie kryształów zabłysły jasnym światłem. — Widzę, że nawet ty nie jesteś na tyle silna, by oprzeć się niektórym iluzjom. Musisz trenować. — Zmierzwił swoje czarne, krótkie włosy i wstał z fotela. — Wprowadzić przybysza!
Strażnicy stojący przy drzwiach natychmiast je otworzyli. Do pokoju weszła wysoka postać, rozglądając się po pomieszczeniu. Zdjęła z głowy hełm, przypominający krzyżówkę demona z wampirem.
Cały strój utrzymany był w tonacji czarno-czerwonej oraz zrobiony z  materiału przypominającego metalowe obręcze. Dziewczyna zwinęła mechaniczne skrzydła, upodabniające ją do nietoperza. Poprawiła swoje wiśniowe, krótkie włosy i stanęła przed władcą. Przyklękła na jedno kolano.
— Witaj, panie — powiedziała spokojnie. Miała przyjemny dla ucha głos.
— Wstań — polecił Kevamorse. Wraz z przybyszką z fotela podniosła się także Van. Zaciekawiły ją oczy nieznajomej. Były szarostalowe i trochę kocie. Czaiło się w nich coś niebezpiecznego. — Vanity, przedstawiam ci Black Harpy, naszego nowego kapitana oddziału szturmowego — rzucił w stronę Voodoo.
Wiśniowowłosa podniosła wzrok, dotychczas wbijany w ziemię. Przez chwilę obie panie przyglądały się sobie badawczo. W końcu Black Harpy uśmiechnęła się. Vannie wydała z siebie cichy jęk.
Przed oczami stanął jej przerażający obraz — mnóstwo trupów, swąd spalonych ciał, morze krwi, palące się wieżowce. Pośrodku tego Armageddonu postać w stroju kapitana, rozrywająca na pół ciało jakiegoś nieszczęśnika, śmiejąca się jak opętana.
~ Kiedy przyjdzie silna burza, wszystko nieuchronnie legnie w gruzach ~ wysyczała niczym wąż. Voodoo nie była w stanie dojrzeć jej twarzy, a głos nie przypominał żadnego jej dotychczas znanego. Pomimo tego, że w życiu widziała już wiele podobnych scen, tym razem miała wielką ochotę uciekać.
— Witaj, Vanity. Mam nadzieję, że będzie się nam przyjemnie razem pracować — powiedziała przymilnie Black Harpy. Magiczka zamrugała parę razy, by wrócić do rzeczywistości i pozbyć się sprzed oczy przerażającej wizji.
Miała już pewność — tej dziewczynie nie można było zaufać.
*   *   *
Jakby ktoś miał problem z wyobrażeniem sobie stroju Black Harpy - proszę kliknąć tutaj. Strój inspirowany strojem Power Girl (tak, ta postać z tyłu to Power Girl, tylko, że jako Nightwing. Skomplikowane. Blondyna to Super Girl). Z dedykacją dla Koteczka i Megan :3
A jakby ktoś jeszcze nie zauważył, to tu z boku -----------> dodałam opcję "Obserwatorów".
Jak wam się podoba nowy nagłówek?

7 komentarzy:

  1. Oborujakietojestzajebiste. Już lubię Black Harpy. <3 Przestraszyła Van? Ale przecież tej to nawet Dunc nie przeraża! o.o Dobra, anyway - nie znalazłam błędów. Wszystko jest bosko. Twoje ulubione ninja dziękuje też za dedykację. :3 Iiii... Cane wąchający swoje nadgarstki wciąż bawi. ^^ Eau de Cane, musi powstać taki zapach. Kreff i mhrok. I cynamon. ZŁE POŁĄCZENIE.
    Vaaaaaaaaan! <3 Keeeevuuuuuś! <3 FALLEN! <3 Wszyscy w tej notce są zajebiści.
    Gallifrey stands.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Komuś się to w końcu udało :D A przerażona Van to tak rzadki widok, że Kevamorse powinien jej zdjęcie zrobić czy coś.
      Zapach Cane'a <3 Ulubiony narkotyk Kay.

      Usuń
  2. Kayla... umiera? :(
    Gdzie zniknął Richard, gdy wszyscy go potrzebują?
    Kay i Cane wyznali sobie miłość! So sweet <3
    Strefa Stokrotek! ^^
    Dziękuję za dedykację :3 A właśnie. Nie wiem, czy to tylko u mnie, ale "Obserwatorzy" się nie wyświetlają. Jakby ucięło stronę po napisie.
    Przepraszam za tak nieskładny komentarz, miałam dziś dłuuugi i ciężki dzień x.x

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przeniosłam "Obserwatorów", może teraz będzie działać.
      Myślałam, że to tylko ja lubię Kaylę. xP No, umiera. Ale od czego mamy Cane'a? Pan Zajebioza zapewne już coś wymyślił :3
      Oni są razem przekochani, no nie :)? Uwielbiam ich.
      Nie ma sprawy. Najważniejsze, że wpadłaś. Dziękuję za komentarz!
      Strefa Stokrotek rules ^^.

      Usuń
    2. Ej, ej, ja też lubię Kaylę! XD I Cane ją lubi. Nah, sorry, Cane ją uwielbia. But still... No i kto by wątpił w Pana Zajebiozę? ^^

      Usuń
    3. Tak swoją drogą, to nikogo nie zastanowiło, że Fallen wypełzł z pokoju Richarda? Nikogo? XD
      (takatamdrobnaaluzyjka)

      Usuń
    4. (Jak mi powiesz, że zdradzał Prim z Richardem, to...)
      Nienoataknaserio - co, Richusiowi obili buziuchnę, a wujek Fallen zawsze w sprawach leczenia pomocny? xD Albo coś spiskowali. Tak, to na pewno musiał być spisek.

      Usuń