— No, no, no. Widzę, że całkiem ładnie się urządziłaś — mruknęła z podziwem kobieta, rozglądając się dookoła. — Tam koło tego pudła jest tak jakoś łyso, nie sądzisz?
Poison Ivy zajęła miejsce na swoim roślinnym tronie, ulokowanym w kącie jednej z sal wystawowych starego muzeum botanicznego.
— Mów, po co przyszłaś — odparła, przeczesując swoje idealnie czerwone włosy. Towarzysząca jej kobieta zadarła głowę w górę, przytrzymując swój czarny cylinder, by nie spadł.
— Szklana kopuła przepuszczająca światło, całkiem przyjemnie. — Skierowała swój wzrok ku Bluszczowi. — Dałoby się stworzyć tu bardziej... tropikalne warunki? Papilio Helenus potrzebuje ciepła, w końcu pochodzi z klimatu zwrotnikowego wilgotnego. Moje maleństwa potrzebują odpowiednich warunków do życia. — Wyciągnęła dłoń ku niebu, a przez dziurę w szkle przyleciał jeden z jej motyli zwiadowczych. Przespacerował się po palcach kobiety, po czym zerwał się do lotu, by móc wylądować na nakryciu głowy i schować się wśród podobnych do niego braci.
— Po co miałabym tworzyć warunki dogodne dla twoich owadów? — spytała Trujący Bluszcz, zakładając nogę za nogę. Znajoma wyszczerzyła się w jej stronę.
— Ponieważ proponuję ci współpracę, Pamelo. Ty zapewniasz mi schronienie, ja pomagam ci pozbyć się ludzi. To będzie coś na kształt symbiozy – ty potrzebujesz mnie, ja ciebie, ale potrafimy żyć w separacji.
— Dlaczego miałabym się zgodzić, moja droga Helen? — Poison Ivy podłapała również sztucznie uprzejmy ton.
Kobieta w czarnym fraku ze wzorem w czerwone motyle zbliżyła się do tronu. Muchołapka ogromnych rozmiarów, pilnująca Ivy, kłapnęła ostrzegawczo.
— Motyle uczą pracy zespołowej, działania w grupie. Myślę, że to jest klucz do naszego zwycięstwa. Nam obu zależy na pozbyciu się rasy ludzkiej, bo wiemy, jak wielkie szkody potrafią wyrządzić niewinnym stworzeniom, takim jak rośliny czy owady — rzuciła jakby od niechcenia. — Ani tobie, ani mi nie udało się do tej pory osiągnąć tego celu. Może gdy zaczniemy współpracować, to zniszczymy w końcu tę przebrzydłą rasę i będziemy mogły z radością obserwować pełny rozkwit twoich kwiatów? — zasugerowała, zaciągając z lekka po francusku, to znów wypowiadając słowa z amerykańskim akcentem. Jej głos był łagodny, cichy i uspokajający. Mówiła w ledwo wyczuwalny, ale dość dziwny sposób – jakby nie mogła się zdecydować, jakiego akcentu chce używać.
— Wybacz mi to pytanie, ale... w jaki sposób motyle mają nam zagwarantować zwycięstwo? — Ivy nie spuszczała wzroku z Red Helen, nieświadomie głaszcząc podłokietnik swego siedziska. Roślinki najwyraźniej nie miały nic przeciwko temu.
Red Helen zmrużyła niebezpiecznie oczy.
— Nie doceniasz moich podopiecznych, tak? No to patrz. — Wyciągnęła z rękawa małą, niebieską płytkę, przupominającą fakturą metal. Chuchnęła na nią, a pod wpływem ciepłego oddechu przedmiot zaczął się błyskawicznie odkształcać. Po chwili na jej dłoni grzecznie siedział motyl, od czasu do czasu poruszając skrzydłami. Gdyby Bluszcz nie widziała tego pokazu to mogłaby przysiąc, że jest to zwykły, prawdziwy owad.
— Wygląda jak Papilio Lowi – motyl dzienny z rodziny paziowatych, prawda? — spytała, podchodząc na tyle blisko, by Poison mogła spokojnie obejrzeć atrapę. — Idealnie wykonany robot, który składa się tak naprawdę tylko z kilku części. Nawet w dotyku przypomina owada.
Ruda spojrzała na nią krzywo.
— Jestem botanikiem, nie zoologiem czy geniuszem komputerowym. Nie znam się na tym.
— Ouć, to wielka szkoda — mruknęła zawiedzona Helen. — Bo wiesz... Od tego, czy znasz różnice pomiędzy orginałem a mechanizmem — tu wskazała na niewielką, czerwoną kropkę pomiędzy oczami owada — może zależeć twoje życie.
— Tak? Niby co mi się stanie? Rozstrzela mnie grupa zbzikowanych naukowców? — zakpiła Bluszcz. Jej znajoma westchnęła.
— W odwłoku tego oto małego robota znajduje się płyn, który jest tak zmodyfikowany, by przeniknąć każdą substancję. Jest odporny na wysokie wachania temperatur, warunki pogodowe, parę podstawowych mieszanin używanych do dezynsekcji oraz elektryczność. Potrafi przetrwać dekady, nie tracąc swoich właściwości. A wiesz, co jest w tym najlepsze? — Kobieta w cylindrze pochyliła się, by spojrzeć w oczy potencjalnej współpracownicy. — Ten płyn łączy się ze wszystkim, co się mu wstrzyknie, byleby to było cieczą. Wzmacnia drugą substancję. Można dzięki temu przenosić wszystko – choroby, narkotyki, trucizny, kwasy, lekarstwa – i to bez jakiegokolwiek narażania się na przyłapanie! — Zacisnęła dłoń w pięść. Gdy ją rozprostowała, motyl był już tylko płytką.
— Chcesz tym przenosić Verum. — Bardziej stwierdziła niż zapytała Ivy. Uśmiechnęła się prowokacyjnie. — Podoba mi się to. Myślę, że czeka na nas świetlana przyszłość.
— Uznaję to za "tak" — rzuciła Red. Odsunęła się od współpracowniczki i uścisnęła jej dłoń.
— Mam nadzieję, że będzie nam się dobrze razem pracowało, Helen.
— Och, Red Helen to gatunek motyla, nie moje personalia. — Kobieta wskazała na motyle na swoim kapeluszu. — Mów mi Scarlet.
— W takim razie... — Ivy uśmiechnęła się w dość upiorny sposób. — Witamy w Gotham, panno Scarlet.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz