niedziela, 4 maja 2014

Smuga 10. — Dlaczego los sprawia, że cierpimy?

Miałbyś coś przeciwko, gdybym Cię zabiła? 
Czy miałbyś coś przeciwko, gdybym spróbowała? 
Stałeś się moim najgorszym wrogiem 
Nosisz nienawiść, której ja nie czuję 
To już koniec 
Coś ty narobił?
[Within Temptation  — What have you done]

Cane'a nie było przez cały dzień. Nikt tak w sumie tego nie zauważył. No, z jednym wyjątkiem. Jego dziewczyna zaczęła się lekko zamartwiać, bo zniknął bez żadnego śladu, a wrócił dopiero wieczorem, i to bardzo późno. Nie przejmował się skradaniem. Arogancka mina rudowłosego chyba mówiła wszystko o jego obecnym nastroju.
— Nie będę pytać, czy coś się stało, bo to od razu widać. Zamiat tego zapytam, co ci leży na wątrobie — rzekła po dłuższej obserwacji Prawie-Nieśmiertelnego. Rozłożyła się na kanapie w salonie ze szklanką wody i książką. Ten tylko popatrzył na nią i ruszył w stronę kuchni, kompletnie ją w tym momencie olewając. Wrócił z jabłkiem w dłoni i usiadł na podłodze, przy kanapie.
— Nic — odparł krótko. Śmierdział krwią.
— No dawaj, mi nie powiesz? — spytała zaczepnie, lekko dźgając go stopą w skroń. Chłopak wyglądał dość dziwnie. Jego poważna mina i wyprostowana postawa... cóż, po prostu nie pasowały do jego wyglądu zwyczajnego nastolatka. Nawet nie miał dzisiaj na sobie czarnego płaszcza, tylko jakąś czarną koszulkę z logiem zespołu i zwyczajne dżinsy.
— Nie — mruknął lakonicznie, biorąc gryza jabłka. — Pachniesz cytrynami. Zmieniłaś szampon? — Nie patrzył na nią, tylko na ekran telewizora. Właśnie leciał jakiś serial komediowy, mało interesujący. 
— Odpowiem na pytanie, jeśli ty przestaniesz rozmawiać ze mną półsłówkami. Sekret za sekret? — zaproponowała, siadając obok niego na ziemi.
— Ten szampon jest naprawdę niezły, ale pachnie trochę głupio w połączeniu z truskawkowym płynem do kąpieli — kontynuował swoje gadanie Cane, nawet nie zwracając uwagi na słowa dziewczyny.
— Nie zmieniłam szamponu i nie kąpię się w truskawkach. Mógłbyś ze mną normalnie porozmawiać? Bardzo ładnie proszę.
— Nie? Hm, więc ciekawe, co tak pachnie. — Chłopak wstał i z jabłkiem w dłoni ponownie skierował się do kuchni. Słychać było huk, jakby ktoś szybko otwierał różne szafki. — Macie tu truskawki? 
— Cane, weź z łaski swej przestań pierdolić i chodź tutaj — westchnęła dziewczyna. Ile ona musi mieć do tego człowieka cierpliwości...
— Ale ja lubię truskawki — do jej uszu dobiegł zawiedziony jęk chłopaka. 
— Tym razem będziesz musiał zadowolić się tylko cytrusami i jabłkami, bo Nightwing idzie na zakupy jutro. — Darkwing wstała, po czym podeszła do Cane'. Stanęła na palcach, by móc spojrzeć mu prosto w oczy. — Drogi panie Nieśmiertelny, co ty znowu kombinujesz?
— Cytrynyy! — krzyknął ucieszony niebieskooki. — Miła odmiana po słodkich jagodach na Keyerr. — Powrócił do przeszukiwania pomieszczenia, ponownie ignorując obecność bohaterki.
— Cane, czy ty w ten bardzo porypany sposób próbujesz mi przekazać, że jesteś tak naprawdę dziewczyną i to dodatkowo w ciąży? — spytała podejrzliwie Kay. Nastolatek wybuchł śmiechem.
— Zamknij się, jestem keyerczykiem — rzucił. 
— I to ma cię ze wszystkiego tłumaczyć, tak?
— Tak. — Cane znowu powrócił do krótkich wypowiedzi. Nagle zmarszczył brwi.  — Ta krew to ja? — mruknął, wdychając głęboko powietrze do płuc. Po chwili wzruszył ramionami i pokręcił głową. — Dwa prysznice, wciąż cuchnę. — Zamknął z trzaskiem szafki i podszedł do kanapy w salonie z zamiarem rozwalenia się na niej.
— Mama miała rację – chcesz pogadać z facetem, to go sobie najpierw zwiąż — westchnęła cicho, drepcząc za nim. — Weź ty mi w końcu powiedz, co ci chodzi po tej twojej rudej głowie.
— Nic — warknął trochę podirytowany Prawie-Nieśmiertelny. — Weź ty się chociaż raz zajmij swoimi sprawami, co? Nic, tylko mi jęczysz nad uchem. To trochę wkurzające. — Westchnął ciężko. 
— Trudno. Doskonale wiedziałeś, na co się piszesz, zgadzając się na bycie ze mną. A teraz mów. — Dark usiadła na fotelu, zakładając nogę za nogę. Cane wyszczerzył się.
— Och, to będzie trudne. Zawsze wszystko utrudniasz. — Usiadł i nachylił się trochę, obserwując uważnie dziewczynę. Westchnął ciężko. 
— Dziękuję — odparła, uśmiechając się od ucha do ucha. Twarz chłopaka w jednym momencie stężała.
— To nie był komplement — mruknął chłodno. 
— Wyobraź sobie, że wiem. A teraz mów, czemu dziś nie idzie z tobą wytrzymać bardziej niż zwykle.
— Nie mam pojęcia, o co ci chodzi. — Cane wzruszył ramionami, po czym odchylił się do tyłu i założył ręce za głowę, przymykając oczy. Kayla niespodziewanie parsknęła śmiechem. Błyskawicznie znalazła się na kolanach chłopaka.
— Wiesz dobrze, o co mi chodzi. Nie zmuszaj mnie do zastosowania triku z głębokim dekoltem — rzuciła. Chłopak spojrzał przelotnie na jej piersi, a jego twarz wciąż pozostawała obojętna. Uniósł do góry jedną brew.
— Serio?
— Serio — westchnęła podirytowana. — Nie idzie się z tobą dzisiaj dogadać. Coś na pewno musiało się stać — stwierdziła.
— Nic się nie stało, to ty masz jakiś problem. — Prawie-Nieśmiertelny wzruszył ramionami. Zsunął dziewczynę ze swoich kolan i wbił wzrok w telewizor. Najwyraźniej znowu postanowił ją ignorować.
— Przestań udawać, że mnie tu nie ma! — warknęła dziewczyna. — Zależy mi na tobie, wariacie, i widzę, że coś jest nie tak, więc próbuję ci pomóc... — zaczęła, lecz chłopak brutalnie jej przerwał.
— Zależy ci? — Jego mina wyrażała rozbawienie. — Czy ty naprawdę jesteś na tyle tępa, żeby ci na mnie zależało? Naprawdę, nawet najbardziej naiwne idiotki w całej historii nie nabierały się na te całe przemowy o miłości. — W jego głosie można było wyczuć zirytowanie. 
— Najwyraźniej jestem kucykiem Pony, pełnym cukru i naiwności — odparła niezrażona.
— Nie lubię takich ludzi — stwierdził rudowłosy, przewracając oczami. — Jestem już zmęczony tym udawaniem. A wszystko po to, żeby mieć jakiś dach nad głową i móc kogoś przelecieć. To męczenie się nie jest tego warte — mruknął jakby do siebie. Odetchnął. Wciąż nie patrzył na Darkwing.
— Uhum. Masz jeszcze w zanadrzu jakieś bajeczki do powciskania czy już skończyłeś? — spytała ironicznie.
— Jeszcze chwila. — Niebieskooki skinął głową. — Wkurzasz mnie. I gdybyś kiedykolwiek była ciekawa, jak wyglądam nago, to możesz zapytać o to swojej przyjaciółki. — Westchnął. — Czy możemy już przejść do fragmentu, w którym dajesz mi z liścia, krzycząc, że z nami koniec, czy ja mam czynić zaszczyty? — zapytał znudzonym tonem. 
— Skoro jestem nudna i irytująca, to co tu jeszcze robisz? Dlaczego nie pokicasz z całym tabunem swoich fanek na Keyerr, tylko męczysz się tu z naiwną idiotką taką jak ja? W mieście jest miliard innych lasek, które chętnie przyjmą cię pod swój dach.
— Kusząca propozycja. — Cane wyglądał, jakby się nad czymś zastanawiał. 
— Wiesz co? Może po prostu stąd wyjdź, zapomnijmy o sobie i wszystko będzie tak, jak kochany księciunio sobie zażyczy. — Dziewczyna wstała i podeszła do drzwi. Otworzyła je i wskazała wyjście zamaszystym gestem. — Dwa razy w prawo, potem prosto, schody i na końcu w lewo. Życzę miłej podróży.
— Miłego dnia. — Prawie-Nieśmiertelny uśmiechnął się sztucznie i powoli podszedł do wieszaka, chwytając swój płaszcz.
—
Żegnaj — rzuciła spokojnie i opuściła pomieszczenie. 
Cane jeszcze przed chwilę się uśmiechał, po czym wyszedł na korytarz, a jego mina zrzedła. Skrzywił się, podciągając bluzkę i obserwując bandaż, który powoli zaczął przesiąkać krwią. W końcu pokręcił głową, założył na siebie płaszcz i zacisnął zęby.
— Dziękuję, Kay — wyszeptał ledwo dosłyszalnie. — Mam nadzieję, że ten sposób będzie dla ciebie mniej bolesny.
Po prostu wyszedł, próbując wciąż zachować obojętną minę. Wokół niego było cicho, ale w nim wszystko krzyczało.

*   *   *

— Stary, co jest? — Felix przypatrywał się Lucasowi z niepokojem. Szli sobie spokojnie ulicą, pustawą o tej porze. Wszyscy byli teraz albo w pracy, albo w szkole. Niewielu ludzi w czasie wolnym pokazywało się w mieście. Woleli siedzieć w domach, by przypadkiem nie natknąć się na patrole Kevamorse'a. Minęła ich jakaś bizneswoman, nerwowo szepcząca do telefonu. Żaden z nich się nią nie przejął.
— Nic — mruknął Roth w odpowiedzi. — Nic a nic. — Stanęli przed przejściem dla pieszych, czekając na zielone światło. Starszemu mężczyźnie lekko drgnęła ręka, gdy zauważył samochód pancerny wojska dyktatora. Czerwonoskóry demon w mundurze omiótł ich znudzonym spojrzeniem, po czym auto minęło bohaterów. 
— Mi możesz powiedzieć, naprawdę. — Lucas uśmiechnął się lekko, gdy poczuł, jak dłoń jego chłopaka chwyta jego palce i lekko je ściska. Kolor światła zmienił się i oboje ruszyli przed siebie. 
— Chodzi o naszą pannę Idealną. Wkurzyła mnie.
— O co znowu poszło? — spytał rudzielec, starając się ignorować wrzaski jakiegoś menela spod monopolowego, który krzyczał coś w stylu: "Żydzi i geje do gazu!".
Oboje byli na środku ulicy, gdy koło nich śmignął czarny ścigacz, o mało nie potrącając Felixa. Chłopak zdążył uskoczyć, pociągając za sobą Lucasa. Upadli na asfalt.
Osoba prowadząca motor zatrzymała się niedaleko nich z piskiem, paląc opony.
 —  Hej! —  wrzasnął Lonan, lecz głos zamarł mu w gardle, gdy zobaczył postać prowadzącą jednoślad. Rudzielec z trudem się podniósł i spojrzał na napastnika. Mina mu zrzedła.
Black Harpy zsiadła z motocykla i niedbale rzuciła nim o podłoże.
 — Witam panów. Felixie Brown i Lucasie Roth, jesteście aresztowani  — poinformowała ich wesoło.

*   *   *

— Dark, bądź tak dobra i sprawdź mi kilka portali informacyjnych. Może tam będzie coś więcej napisane — westchnęła Thunderbird, podnosząc głowę znad trzymanego w dłoni tabletu.
— Uno momento — rzuciła w odpowiedzi Kay, zakładając na uszy słuchawki z wbudowanym mikrofonem. Rozsiadła się na obrotowym krześle i strzeliła kostkami palców. Zaczęła szybko wystukiwać litery na klawiaturze komputera głównego. — Nie wiesz może, gdzie są Phoenix i Corv?
— Niestety nie. — Jej towarzyszka rozsiadła się przy stole z interaktywną mapą świata. Wcisnęła niewielki, żółty guzik znajdujący się na panelu sterowania i po chwili dokładnie przyglądała się holograficznej projekcji Ziemi. Przybliżyła palcami fragment Afryki, gdzie czerniła się wielka dziura po wybuchu bomby atomowej. Skrzywiła się lekko.
— Ej, dlaczego nie mogę połączyć się z Nightwingiem? — spytała zdziwiona Kayla, majstrując przy swoich słuchawkach. To był jej rodzaj komunikatora, zaprojektowany przez nią samą. Z boku miała zamontowane pokrętło, dzięki którym mogła zmieniać częstotliwość fal. Próbowała je właśnie uregulować.
— Kevamorse potrafi wyłapać każdego nawet na częstotliwościach pozaziemskich. Gdyby to pomieszczenie przepuszczało znane ludziom fale radiowe, znaleźliby nas w pięć sekund — odparła spokojnie Thunderbird.
— Uh, no tak — westchnęła czarnowłosa, odkładając słuchawki na stolik obok klawiatury. Zaczęła kręcić się na krześle. — Nie chcę cię martwić, ale żaden dziennikarz na świecie nie znalazł jeszcze nic o Black Harpy poza tymi wydarzeniami, które miały miejsce od czasu najazdu.
— Może jest z innej planety... — mruknęła Thunder, podchodząc do Kayli. — Chyba będziemy musiały skoczyć na zwiad.
Dziewczyna uniosła brwi wysoko do góry. Zatrzymała się.
— Ty chcesz iść ze mną na zwiad? — wydukała. Grzmot potwierdziła skinieniem głowy. — Wow, to coś nowego. Zazwyczaj brałaś ze sobą tylko Phoenixa — zauważyła. Zamaskowana wzruszyła ramionami.
— Nie moja wina, że się zaczął z kimś umawiać i stracił zainteresowanie starymi przyjaciółmi — odparła. — Idziesz czy nie?
— Chętnie — odparła Kay, podnosząc się z fotela. — Swoją drogą, to skąd wy się znacie? — Obie dziewczyny przeszły do pomieszczenia obok, gdzie znajdowała się prowizoryczna garderoba, przypominająca bardziej składzik na aktorskie rekwizyty. Thunder starannie zamknęła za sobą drzwi i ruszyła w stronę antycznej szafy. Na początku ich działalności wytargali ją kiedyś z jakiegoś zniszczonego budynku. Wiecie, brak funduszy i tym podobne sprawy.
— To całkiem długa historia. — Otworzyła drzwiczki i wyciągnęła ze środka granatowy płaszcz. — Znaliśmy się jeszcze przed wojną.
— Rozumiem, że mi nie powiesz nic więcej — mruknęła Kayla, ściągając rękawice bojowe. Thunder uśmiechnęła się kącikiem ust.
— Przecież wiesz, dlaczego to robię — odparła, sięgając po materiałowe spodnie. Czarnowłosa westchnęła.
— Wiem, wiem. "W razie prania mózgu nie będą w stanie nic z was wydobyć, bo nic nie będziecie wiedzieć." — zacytowała niegdysiejszą wypowiedź koleżanki. — Mimo wszystko zaufania nie da się wybudować na niczym.
— Właśnie dlatego rzadko kiedy pracuję z ludźmi. Zaufanie. — Zamaskowana wywróciła oczami, rozprostowując ramiona. Jej piórkowa peleryna wsunęła się w całości pod skórę. — Jakby nie można było po prostu robić swoje i nie zadawać zbędnych pytań.
— Gdyby iść twoim tokiem rozumowania, wystarczy, że którekolwiek z nas nawiązałoby kontakt z kimś od Kevamorse'a i miałby nas na tacy — odparła kąśliwie Kayla. Thunderbird prychnęła, rozbawiona.
— Jakaś ty radykalna — mruknęła. Niespodziewanie czerwony kolor oświetlił pomieszczenie. Do uszu obu pań wdarł się nieprzyjemny dźwięk alarmu. — Co jest, do cholery?! — warknęła starsza. Rzuciła się w stronę drzwi. Darkwing popędziła za nią, w biegu wciskając rękawice znów na dłonie.
Wpadły razem do pokoju głównego. Kayla przypadła do monitora, z prędkością błyskawicy wystukując coś na klawiaturze. Thunder w tym czasie znów "przyozdobiła" się w swoją pelerynę.
— Nie czaję — mruknęła młodsza, nerwowo stukając palcami w blat. — Alarm twierdzi, że coś się dzieje na Baker Street, z kolei nic nie wskazuje na to, by jakikolwiek oddział wojska się zawieruszył w tych okolicach, bo wszyscy zajmują się przygotowaniem parady z okazji Kevamorse'owego "uratowania nas wszystkich od całkowitej anarchii" — wyjaśniła. Grzmot przez chwilę intensywnie myślała, wystukując stopą szybki rytm.
— Pokaż zrzut z kamer — poleciła po chwili, stając wyprostowana. Stukanie ustało.
Nim Kayla zdążyła wklepać kolejną komendę do komputera, jej słuchawki, leżące nieopodal, zaczęły wydawać piskliwy dźwięk. Był to sygnał nadchodzącego połączenia. Dziewczyna założyła je na uszy, przekręciła odpowiednio pokrętło, by odebrać połączenie i sprawić, by wysunął się mikrofon, po czym zamarła. W urządzeniu rozległ się głos Phoenixa.
— Dark, po-pomocy. Dorwali... dorwała nas... — wycharczał.
— Kto? Gdzie? Phoenix, co jest grane?! — wrzasnęła, starając się nie panikować. Chyba nie bardzo jej to wychodziło.
— Bla.. — Rudzielec nie dokończył, gdyż ktoś najprawdopodobniej wyrwał mu komunikator z ręki. Darkwing usłyszała w tle tylko "Dobra robota, chłopaczku". Połączenie zostało zerwane. Wściekła, zerwała z siebie słuchawki i warknęła.
— Dorwali go, prawda? — spytała spokojnie Thunderbird. Młodsza kiwnęła głową, odkładając sprzęt na blat biurka.
— Ich. Jego i Corvusa. Pewnie dlatego włączył się alarm — odparła chłodno i ruszyła ku wyjściu. — Jak tylko dorwę tę sukę, która ich porwała, to rozpierdolę — wysyczała, przeskakując po kilka stopni naraz. Grzmot podążyła za nią, nie okazując jakichkolwiek emocji.

*   *   *

Jeszcze trochę i z Kay zrobi się męczennik. Eh, dziś nie chce mi się pisać na końcu. Pozdrawiam!

2 komentarze:

  1. FelekiLucekFelekiLucek... <3 I CANE W CIĄŻY. (Wiem, aż siara takie komentarze pisać, noale jestem wierną fanką, wolno mi.) Borzeeeeeeeee, pisz ciąg dalszy, bo nie wytrzymam. ;_; To jest zbyt zajebiste.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Boże święty. Przeraziłam się, że czegoś nie przeczytałam... Cane w ciąży.
      Mój komputer miał problem z dodaniem komentarza, dlatego nie skomentowałam ostatniej notki. W każdym razie i ta i ta poprzednia mi się bardzo podobały ^^ Okropnie mnie nurtuje to 'samobójstwo' Lisy. Jestem pewna, że ona się nie zabiła, ale nigdy nie wiadomo, co tam sobie zaplanowałaś ;)
      Czekam na kolejną i zapraszam do siebie :>

      Usuń