Miałbyś coś przeciwko, gdybym Cię zabiła?
Czy miałbyś coś przeciwko, gdybym spróbowała?
Stałeś się moim najgorszym wrogiem
Nosisz nienawiść, której ja nie czuję
To już koniec
[Within Temptation — What have you done]Coś ty narobił?
Cane'a
nie było
przez cały
dzień.
Nikt tak w sumie tego nie zauważył. No, z jednym
wyjątkiem.
Jego dziewczyna zaczęła
się
lekko zamartwiać,
bo zniknął
bez żadnego
śladu, a wrócił dopiero
wieczorem, i to bardzo późno.
Nie przejmował się skradaniem.
Arogancka mina rudowłosego
chyba mówiła
wszystko o jego obecnym nastroju.
— Stary, co jest? — Felix przypatrywał się Lucasowi z niepokojem. Szli sobie spokojnie ulicą, pustawą o tej porze. Wszyscy byli teraz albo w pracy, albo w szkole. Niewielu ludzi w czasie wolnym pokazywało się w mieście. Woleli siedzieć w domach, by przypadkiem nie natknąć się na patrole Kevamorse'a. Minęła ich jakaś bizneswoman, nerwowo szepcząca do telefonu. Żaden z nich się nią nie przejął.
— Dark, bądź tak dobra i sprawdź mi kilka portali informacyjnych. Może tam będzie coś więcej napisane — westchnęła Thunderbird, podnosząc głowę znad trzymanego w dłoni tabletu.
— Nie będę pytać, czy coś się stało, bo to od
razu widać.
Zamiat tego zapytam, co ci leży
na wątrobie
— rzekła
po dłuższej
obserwacji Prawie-Nieśmiertelnego.
Rozłożyła się na kanapie w
salonie ze szklanką
wody i książką. Ten tylko
popatrzył na
nią i
ruszył w
stronę
kuchni, kompletnie ją w
tym momencie olewając.
Wrócił z
jabłkiem
w dłoni
i usiadł na
podłodze,
przy kanapie.
—
Nic — odparł
krótko. Śmierdział krwią.
— No dawaj, mi nie powiesz? — spytała
zaczepnie, lekko dźgając go stopą w skroń. Chłopak wyglądał dość dziwnie. Jego
poważna
mina i wyprostowana postawa... cóż,
po prostu nie pasowały
do jego wyglądu
zwyczajnego nastolatka. Nawet nie miał
dzisiaj na sobie czarnego płaszcza,
tylko jakąś
czarną
koszulkę z
logiem zespołu i
zwyczajne dżinsy.
—
Nie — mruknął
lakonicznie, biorąc
gryza jabłka.
— Pachniesz cytrynami. Zmieniłaś szampon? —
Nie patrzył na
nią,
tylko na ekran telewizora. Właśnie leciał jakiś serial komediowy,
mało
interesujący.
— Odpowiem na pytanie, jeśli
ty przestaniesz rozmawiać ze
mną półsłówkami. Sekret
za sekret? — zaproponowała,
siadając
obok niego na ziemi.
— Ten szampon jest naprawdę
niezły,
ale pachnie trochę głupio w połączeniu z
truskawkowym płynem
do kąpieli
— kontynuował
swoje gadanie Cane, nawet nie zwracając
uwagi na słowa
dziewczyny.
— Nie zmieniłam
szamponu i nie kąpię się w
truskawkach. Mógłbyś ze mną normalnie
porozmawiać?
Bardzo ładnie
proszę.
— Nie? Hm, więc
ciekawe, co tak pachnie. — Chłopak
wstał i
z jabłkiem
w dłoni
ponownie skierował się do kuchni. Słychać było huk, jakby
ktoś
szybko otwierał różne szafki. —
Macie tu truskawki?
— Cane, weź z łaski swej
przestań
pierdolić i
chodź
tutaj — westchnęła
dziewczyna. Ile ona musi mieć do
tego człowieka
cierpliwości...
— Ale ja lubię
truskawki — do jej uszu dobiegł
zawiedziony jęk
chłopaka.
— Tym razem będziesz
musiał
zadowolić się tylko
cytrusami i jabłkami,
bo Nightwing idzie na zakupy jutro. — Darkwing wstała, po czym
podeszła
do Cane'. Stanęła
na palcach, by móc spojrzeć mu
prosto w oczy. — Drogi panie Nieśmiertelny,
co ty znowu kombinujesz?
— Cytrynyy! — krzyknął
ucieszony niebieskooki. — Miła
odmiana po słodkich
jagodach na Keyerr. — Powrócił do
przeszukiwania pomieszczenia, ponownie ignorując obecność
bohaterki.
— Cane, czy ty w ten bardzo porypany sposób próbujesz mi przekazać, że jesteś tak naprawdę dziewczyną i to
dodatkowo w ciąży?
— spytała
podejrzliwie Kay. Nastolatek wybuchł śmiechem.
—
Zamknij się,
jestem keyerczykiem — rzucił.
— I to ma cię ze
wszystkiego tłumaczyć, tak?
— Tak. — Cane znowu powrócił do
krótkich wypowiedzi. Nagle zmarszczył
brwi. — Ta krew to ja? — mruknął, wdychając głęboko powietrze
do płuc.
Po chwili wzruszył
ramionami i pokręcił głową. — Dwa
prysznice, wciąż
cuchnę. —
Zamknął z
trzaskiem szafki i podszedł do
kanapy w salonie z zamiarem rozwalenia się na
niej.
— Mama miała
rację –
chcesz pogadać z
facetem, to go sobie najpierw zwiąż —
westchnęła
cicho, drepcząc
za nim. — Weź ty
mi w końcu
powiedz, co ci chodzi po tej twojej rudej głowie.
— Nic — warknął
trochę
podirytowany Prawie-Nieśmiertelny.
— Weź ty
się
chociaż
raz zajmij swoimi sprawami, co? Nic, tylko mi jęczysz nad uchem. To trochę wkurzające. — Westchnął ciężko.
— Trudno. Doskonale wiedziałeś, na co się piszesz,
zgadzając
się na
bycie ze mną. A
teraz mów. — Dark usiadła
na fotelu, zakładając nogę za nogę. Cane
wyszczerzył się.
—
Och, to będzie
trudne. Zawsze wszystko utrudniasz. — Usiadł i nachylił się trochę, obserwując uważnie dziewczynę. Westchnął ciężko.
— Dziękuję — odparła, uśmiechając się od ucha do
ucha. Twarz chłopaka
w jednym momencie stężała.
—
To nie był
komplement — mruknął chłodno.
— Wyobraź
sobie, że
wiem. A teraz mów, czemu dziś
nie idzie z tobą
wytrzymać
bardziej niż
zwykle.
— Nie mam pojęcia,
o co ci chodzi. — Cane wzruszył
ramionami, po czym odchylił się do tyłu i założył ręce za głowę, przymykając oczy. Kayla niespodziewanie parsknęła śmiechem. Błyskawicznie
znalazła
się na
kolanach chłopaka.
— Wiesz dobrze, o co mi chodzi. Nie zmuszaj mnie do zastosowania triku z głębokim dekoltem
— rzuciła.
Chłopak
spojrzał
przelotnie na jej piersi, a jego twarz wciąż
pozostawała
obojętna.
Uniósł do
góry jedną
brew.
—
Serio?
— Serio — westchnęła
podirytowana. — Nie idzie się z
tobą
dzisiaj dogadać.
Coś na
pewno musiało
się
stać —
stwierdziła.
— Nic się
nie stało,
to ty masz jakiś
problem. — Prawie-Nieśmiertelny
wzruszył
ramionami. Zsunął
dziewczynę ze
swoich kolan i wbił
wzrok w telewizor. Najwyraźniej
znowu postanowił ją ignorować.
— Przestań
udawać, że mnie tu nie
ma! — warknęła
dziewczyna. — Zależy
mi na tobie, wariacie, i widzę, że coś jest nie tak,
więc
próbuję ci
pomóc... — zaczęła,
lecz chłopak
brutalnie jej przerwał.
— Zależy
ci? — Jego mina wyrażała rozbawienie.
— Czy ty naprawdę
jesteś na
tyle tępa,
żeby ci na mnie
zależało?
Naprawdę,
nawet najbardziej naiwne idiotki w całej
historii nie nabierały
się na
te całe
przemowy o miłości. — W jego głosie można było wyczuć zirytowanie.
— Najwyraźniej
jestem kucykiem Pony, pełnym
cukru i naiwności
— odparła
niezrażona.
— Nie lubię
takich ludzi — stwierdził
rudowłosy,
przewracając
oczami. — Jestem już zmęczony tym
udawaniem. A wszystko po to, żeby
mieć
jakiś
dach nad głową i móc kogoś przelecieć. To męczenie się nie jest tego
warte — mruknął
jakby do siebie. Odetchnął.
Wciąż
nie patrzył na
Darkwing.
— Uhum. Masz jeszcze w zanadrzu jakieś
bajeczki do powciskania czy już
skończyłeś? — spytała ironicznie.
— Jeszcze chwila. — Niebieskooki skinął głową. — Wkurzasz
mnie. I gdybyś
kiedykolwiek była
ciekawa, jak wyglądam
nago, to możesz
zapytać o
to swojej przyjaciółki.
— Westchnął. —
Czy możemy
już
przejść do
fragmentu, w którym dajesz mi z liścia,
krzycząc, że z nami
koniec, czy ja mam czynić
zaszczyty? — zapytał
znudzonym tonem.
— Skoro jestem nudna i irytująca,
to co tu jeszcze robisz? Dlaczego nie pokicasz z całym tabunem
swoich fanek na Keyerr, tylko męczysz
się tu
z naiwną
idiotką
taką
jak ja? W mieście
jest miliard innych lasek, które chętnie
przyjmą cię pod swój
dach.
— Kusząca
propozycja. — Cane wyglądał, jakby się nad czymś zastanawiał.
— Wiesz co? Może
po prostu stąd
wyjdź,
zapomnijmy o sobie i wszystko będzie
tak, jak kochany księciunio
sobie zażyczy.
— Dziewczyna wstała i
podeszła
do drzwi. Otworzyła
je i wskazała
wyjście
zamaszystym gestem. — Dwa razy w prawo, potem prosto, schody i na końcu w lewo. Życzę miłej podróży.
— Miłego
dnia. — Prawie-Nieśmiertelny
uśmiechnął się sztucznie i
powoli podszedł do
wieszaka, chwytając
swój płaszcz.
— Żegnaj — rzuciła spokojnie i opuściła pomieszczenie.
— Żegnaj — rzuciła spokojnie i opuściła pomieszczenie.
Cane jeszcze przed chwilę się uśmiechał, po czym
wyszedł na
korytarz, a jego mina zrzedła.
Skrzywił się, podciągając bluzkę i obserwując bandaż, który powoli
zaczął
przesiąkać krwią. W końcu pokręcił głową, założył na siebie płaszcz i zacisnął zęby.
—
Dziękuję, Kay —
wyszeptał
ledwo dosłyszalnie.
— Mam nadzieję, że ten sposób będzie dla
ciebie mniej bolesny.
Po
prostu wyszedł, próbując wciąż zachować obojętną minę. Wokół niego było cicho, ale w nim wszystko krzyczało.
* * *
— Stary, co jest? — Felix przypatrywał się Lucasowi z niepokojem. Szli sobie spokojnie ulicą, pustawą o tej porze. Wszyscy byli teraz albo w pracy, albo w szkole. Niewielu ludzi w czasie wolnym pokazywało się w mieście. Woleli siedzieć w domach, by przypadkiem nie natknąć się na patrole Kevamorse'a. Minęła ich jakaś bizneswoman, nerwowo szepcząca do telefonu. Żaden z nich się nią nie przejął.
— Nic — mruknął Roth w odpowiedzi. — Nic a nic. — Stanęli przed przejściem dla pieszych, czekając na zielone światło. Starszemu mężczyźnie lekko drgnęła ręka, gdy zauważył samochód pancerny wojska dyktatora. Czerwonoskóry demon w mundurze omiótł ich znudzonym spojrzeniem, po czym auto minęło bohaterów.
— Mi możesz powiedzieć, naprawdę. — Lucas uśmiechnął się lekko, gdy poczuł, jak dłoń jego chłopaka chwyta jego palce i lekko je ściska. Kolor światła zmienił się i oboje ruszyli przed siebie.
— Chodzi o naszą pannę Idealną. Wkurzyła mnie.
— O co znowu poszło? — spytał rudzielec, starając się ignorować wrzaski jakiegoś menela spod monopolowego, który krzyczał coś w stylu: "Żydzi i geje do gazu!".
Oboje byli na środku ulicy, gdy koło nich śmignął czarny ścigacz, o mało nie potrącając Felixa. Chłopak zdążył uskoczyć, pociągając za sobą Lucasa. Upadli na asfalt.
Osoba prowadząca motor zatrzymała się niedaleko nich z piskiem, paląc opony.
— Hej! — wrzasnął Lonan, lecz głos zamarł mu w gardle, gdy zobaczył postać prowadzącą jednoślad. Rudzielec z trudem się podniósł i spojrzał na napastnika. Mina mu zrzedła.
Black Harpy zsiadła z motocykla i niedbale rzuciła nim o podłoże.
— Witam panów. Felixie Brown i Lucasie Roth, jesteście aresztowani — poinformowała ich wesoło.
* * *
— Dark, bądź tak dobra i sprawdź mi kilka portali informacyjnych. Może tam będzie coś więcej napisane — westchnęła Thunderbird, podnosząc głowę znad trzymanego w dłoni tabletu.
— Uno momento — rzuciła w odpowiedzi Kay, zakładając na uszy słuchawki z wbudowanym mikrofonem. Rozsiadła się na obrotowym krześle i strzeliła kostkami palców. Zaczęła szybko wystukiwać litery na klawiaturze komputera głównego. — Nie wiesz może, gdzie są Phoenix i Corv?
— Niestety nie. — Jej towarzyszka rozsiadła się przy stole z interaktywną mapą świata. Wcisnęła niewielki, żółty guzik znajdujący się na panelu sterowania i po chwili dokładnie przyglądała się holograficznej projekcji Ziemi. Przybliżyła palcami fragment Afryki, gdzie czerniła się wielka dziura po wybuchu bomby atomowej. Skrzywiła się lekko.
— Ej, dlaczego nie mogę połączyć się z Nightwingiem? — spytała zdziwiona Kayla, majstrując przy swoich słuchawkach. To był jej rodzaj komunikatora, zaprojektowany przez nią samą. Z boku miała zamontowane pokrętło, dzięki którym mogła zmieniać częstotliwość fal. Próbowała je właśnie uregulować.
— Kevamorse potrafi wyłapać każdego nawet na częstotliwościach pozaziemskich. Gdyby to pomieszczenie przepuszczało znane ludziom fale radiowe, znaleźliby nas w pięć sekund — odparła spokojnie Thunderbird.
— Uh, no tak — westchnęła czarnowłosa, odkładając słuchawki na stolik obok klawiatury. Zaczęła kręcić się na krześle. — Nie chcę cię martwić, ale żaden dziennikarz na świecie nie znalazł jeszcze nic o Black Harpy poza tymi wydarzeniami, które miały miejsce od czasu najazdu.
— Może jest z innej planety... — mruknęła Thunder, podchodząc do Kayli. — Chyba będziemy musiały skoczyć na zwiad.
Dziewczyna uniosła brwi wysoko do góry. Zatrzymała się.
— Ty chcesz iść ze mną na zwiad? — wydukała. Grzmot potwierdziła skinieniem głowy. — Wow, to coś nowego. Zazwyczaj brałaś ze sobą tylko Phoenixa — zauważyła. Zamaskowana wzruszyła ramionami.
— Nie moja wina, że się zaczął z kimś umawiać i stracił zainteresowanie starymi przyjaciółmi — odparła. — Idziesz czy nie?
— Chętnie — odparła Kay, podnosząc się z fotela. — Swoją drogą, to skąd wy się znacie? — Obie dziewczyny przeszły do pomieszczenia obok, gdzie znajdowała się prowizoryczna garderoba, przypominająca bardziej składzik na aktorskie rekwizyty. Thunder starannie zamknęła za sobą drzwi i ruszyła w stronę antycznej szafy. Na początku ich działalności wytargali ją kiedyś z jakiegoś zniszczonego budynku. Wiecie, brak funduszy i tym podobne sprawy.
— To całkiem długa historia. — Otworzyła drzwiczki i wyciągnęła ze środka granatowy płaszcz. — Znaliśmy się jeszcze przed wojną.
— Rozumiem, że mi nie powiesz nic więcej — mruknęła Kayla, ściągając rękawice bojowe. Thunder uśmiechnęła się kącikiem ust.
— Przecież wiesz, dlaczego to robię — odparła, sięgając po materiałowe spodnie. Czarnowłosa westchnęła.
— Wiem, wiem. "W razie prania mózgu nie będą w stanie nic z was wydobyć, bo nic nie będziecie wiedzieć." — zacytowała niegdysiejszą wypowiedź koleżanki. — Mimo wszystko zaufania nie da się wybudować na niczym.
— Właśnie dlatego rzadko kiedy pracuję z ludźmi. Zaufanie. — Zamaskowana wywróciła oczami, rozprostowując ramiona. Jej piórkowa peleryna wsunęła się w całości pod skórę. — Jakby nie można było po prostu robić swoje i nie zadawać zbędnych pytań.
— Gdyby iść twoim tokiem rozumowania, wystarczy, że którekolwiek z nas nawiązałoby kontakt z kimś od Kevamorse'a i miałby nas na tacy — odparła kąśliwie Kayla. Thunderbird prychnęła, rozbawiona.
— Jakaś ty radykalna — mruknęła. Niespodziewanie czerwony kolor oświetlił pomieszczenie. Do uszu obu pań wdarł się nieprzyjemny dźwięk alarmu. — Co jest, do cholery?! — warknęła starsza. Rzuciła się w stronę drzwi. Darkwing popędziła za nią, w biegu wciskając rękawice znów na dłonie.
Wpadły razem do pokoju głównego. Kayla przypadła do monitora, z prędkością błyskawicy wystukując coś na klawiaturze. Thunder w tym czasie znów "przyozdobiła" się w swoją pelerynę.
— Nie czaję — mruknęła młodsza, nerwowo stukając palcami w blat. — Alarm twierdzi, że coś się dzieje na Baker Street, z kolei nic nie wskazuje na to, by jakikolwiek oddział wojska się zawieruszył w tych okolicach, bo wszyscy zajmują się przygotowaniem parady z okazji Kevamorse'owego "uratowania nas wszystkich od całkowitej anarchii" — wyjaśniła. Grzmot przez chwilę intensywnie myślała, wystukując stopą szybki rytm.
— Pokaż zrzut z kamer — poleciła po chwili, stając wyprostowana. Stukanie ustało.
Nim Kayla zdążyła wklepać kolejną komendę do komputera, jej słuchawki, leżące nieopodal, zaczęły wydawać piskliwy dźwięk. Był to sygnał nadchodzącego połączenia. Dziewczyna założyła je na uszy, przekręciła odpowiednio pokrętło, by odebrać połączenie i sprawić, by wysunął się mikrofon, po czym zamarła. W urządzeniu rozległ się głos Phoenixa.
— Dark, po-pomocy. Dorwali... dorwała nas... — wycharczał.
— Kto? Gdzie? Phoenix, co jest grane?! — wrzasnęła, starając się nie panikować. Chyba nie bardzo jej to wychodziło.
— Bla.. — Rudzielec nie dokończył, gdyż ktoś najprawdopodobniej wyrwał mu komunikator z ręki. Darkwing usłyszała w tle tylko "Dobra robota, chłopaczku". Połączenie zostało zerwane. Wściekła, zerwała z siebie słuchawki i warknęła.
— Dorwali go, prawda? — spytała spokojnie Thunderbird. Młodsza kiwnęła głową, odkładając sprzęt na blat biurka.
— Ich. Jego i Corvusa. Pewnie dlatego włączył się alarm — odparła chłodno i ruszyła ku wyjściu. — Jak tylko dorwę tę sukę, która ich porwała, to rozpierdolę — wysyczała, przeskakując po kilka stopni naraz. Grzmot podążyła za nią, nie okazując jakichkolwiek emocji.
— Nie czaję — mruknęła młodsza, nerwowo stukając palcami w blat. — Alarm twierdzi, że coś się dzieje na Baker Street, z kolei nic nie wskazuje na to, by jakikolwiek oddział wojska się zawieruszył w tych okolicach, bo wszyscy zajmują się przygotowaniem parady z okazji Kevamorse'owego "uratowania nas wszystkich od całkowitej anarchii" — wyjaśniła. Grzmot przez chwilę intensywnie myślała, wystukując stopą szybki rytm.
— Pokaż zrzut z kamer — poleciła po chwili, stając wyprostowana. Stukanie ustało.
Nim Kayla zdążyła wklepać kolejną komendę do komputera, jej słuchawki, leżące nieopodal, zaczęły wydawać piskliwy dźwięk. Był to sygnał nadchodzącego połączenia. Dziewczyna założyła je na uszy, przekręciła odpowiednio pokrętło, by odebrać połączenie i sprawić, by wysunął się mikrofon, po czym zamarła. W urządzeniu rozległ się głos Phoenixa.
— Dark, po-pomocy. Dorwali... dorwała nas... — wycharczał.
— Kto? Gdzie? Phoenix, co jest grane?! — wrzasnęła, starając się nie panikować. Chyba nie bardzo jej to wychodziło.
— Bla.. — Rudzielec nie dokończył, gdyż ktoś najprawdopodobniej wyrwał mu komunikator z ręki. Darkwing usłyszała w tle tylko "Dobra robota, chłopaczku". Połączenie zostało zerwane. Wściekła, zerwała z siebie słuchawki i warknęła.
— Dorwali go, prawda? — spytała spokojnie Thunderbird. Młodsza kiwnęła głową, odkładając sprzęt na blat biurka.
— Ich. Jego i Corvusa. Pewnie dlatego włączył się alarm — odparła chłodno i ruszyła ku wyjściu. — Jak tylko dorwę tę sukę, która ich porwała, to rozpierdolę — wysyczała, przeskakując po kilka stopni naraz. Grzmot podążyła za nią, nie okazując jakichkolwiek emocji.
* * *
Jeszcze trochę i z Kay zrobi się męczennik. Eh, dziś nie chce mi się pisać na końcu. Pozdrawiam!
FelekiLucekFelekiLucek... <3 I CANE W CIĄŻY. (Wiem, aż siara takie komentarze pisać, noale jestem wierną fanką, wolno mi.) Borzeeeeeeeee, pisz ciąg dalszy, bo nie wytrzymam. ;_; To jest zbyt zajebiste.
OdpowiedzUsuńBoże święty. Przeraziłam się, że czegoś nie przeczytałam... Cane w ciąży.
UsuńMój komputer miał problem z dodaniem komentarza, dlatego nie skomentowałam ostatniej notki. W każdym razie i ta i ta poprzednia mi się bardzo podobały ^^ Okropnie mnie nurtuje to 'samobójstwo' Lisy. Jestem pewna, że ona się nie zabiła, ale nigdy nie wiadomo, co tam sobie zaplanowałaś ;)
Czekam na kolejną i zapraszam do siebie :>