poniedziałek, 14 lipca 2014

Smuga 1. — Uciekaj od swojego życia

OK. Now, if I was a superhero, where would I hide?  
The Riddler

4 lutego 2013 roku, Jump City:
Przeskakiwała nad większymi zaspami, ściskając w zziębniętych dłoniach torbę podróżną. Nastolatka była zarumieniona od zimnego wiatru i mrozu, ale nie miała czasu, by rozgrzać zmarznięte miejsca. Musiała uciekać. Jak najdalej i jak najszybciej.
Skręciła w boczną uliczkę i schowała się w kontenerze na śmieci. Przykryła się pierwszym lepszym workiem i zacisnęła powieki, starając się unormować oddech. Serce w jej piersi pulsowało jak szalone. Zdesperowana dziewczyna zaczęła się modlić do wszystkich bogów, jakich znała ze szkolnych podręczników do etyki. Jaki to się człowiek robi pobożny w sytuacji zagrożenia...
Szatynka starała się być jak najciszej, by ścigający ominęli kontener. Próbowała też opanować strach, jaki odczuwała. Czasami, gdy uczucia osiągały poziom krytyczny, opanowywało ją szaleństwo. Starała się do tego nie dopuścić, by nie pozabijać kolejnych niewinnych ludzi.
"Nie myśl o matce. Nie myśl o Lisie. Skup się na tym, by cię nie znaleźli." — powtarzała w myślach niczym mantrę. Powoli zapach dawno nie wywożonych śmieci zaczął ją drażnić w nos. Zakryła nos i wargi rękawem kurtki, próbując narobić jak najmniej hałasu.
Ledwo usłyszała tłumione przez śnieg kroki. Wstrzymała oddech. Miała wrażenie, że bicie jej serca słychać było aż na drugiej półkuli.
Ktoś przeszedł uliczkę wzdłuż i wszerz, poszukując najprawdopodobniej nastolatki. Dziewczyna starała się nie piszczeć, gdy nieznajomy podchodził do kosza na odpady. Otworzyła szeroko oczy, gdy pokrywa się podniosła. Jej tęczówki zaczęły przybierać nienaturalny, złoty kolor.
— Jezu, ale to jebie — usłyszała mężczyznę. Facet albo był chory, albo palił, bo po chwili niesamowicie się rozkaszlał.
— Nicolas, zostaw to gówno i chodź tutaj! Musimy ją znaleźć! — Wysoki, skrzeczący, kobiecy głos przedarł się przez głośne objawy chorych płuc.
— Idę, idę — mruknął Nico, zatrzaskując wieko kontenera. Ukrywająca się nastolatka pozwoliła sobie na kilka łez szczęścia, wychwalając w głowie każdego boga, jakiego w tamtej chwili pamiętała. Po kilku minutach kroki i kaszel ucichły. Dla pewności uciekinierka wytrzymała w śmietniku jeszcze dziesięć minut, po czym wyskoczyła ze środka, zaciągając się świeżym powietrzem. Przez chwilę głęboko oddychała, by uspokoić serce. W końcu chwyciła torbę, którą cały czas trzymała przy sobie, po czym wspięła się na drabinkę przeciwpożarową najbliższego budynku.
— Jestem na to zdecydowanie za delikatna — mruknęła do siebie, starając się nie hałasować.


Jestem Calma Jonesberg lub po prostu Thunderbird, jak wolisz. Naprawdę, nie jestem przyzwyczajona do mówienia o sobie, więc wybacz, jeśli coś nie będzie do końca wyjaśnione. Raczej ludzie z mojego otoczenia znają większość używanych przeze mnie terminów.
Zacznijmy od podstaw. Mam pięćdziesiąt procent szans, że nie wiesz nic na temat strefy Stokrotek. Taaak... To dosyć bolesny temat. Nie zdziwię się, jeśli zdecydujesz się stąd wyjść i nigdy nie wracać. Uwierz mi – gdybym mogła, zrobiłabym dokładnie to samo.
Dobra, jeszcze raz. Strefa Stokrotek (lub Strefa 66-7, wojsko różnie ją nazywa) to kilka sąsiadujących ze sobą przecznic na obrzeżach Atlanty. Brzmi słodko i niewinnie, nie? Teoretycznie istny raj, no bo kto mógłby chcieć sterroryzować tak mało znaczące osiedle? Było to idealnie miejsce do zamieszkania, do czasu, gdy rozpylono tam Temses.
Okej, co to Temes? Specjalna, chemiczna mieszanka... w sumie sama nawet nie wiem, czego. Wywołuje rozległe obrzęki i oparzenia skóry, wymioty, bóle brzucha, wysoką gorączkę, halucynacje, zwiększa podatność na zachorowanie, dodatkowo jeszcze napromieniowuje. To nic w porównaniu z tym, co się dzieje, gdy przeżyjesz podanie ci nawet najmniejszej dawki tego świństwa. Po miesiącu zaczynają się mutacje.
Widziałam wiele w swoim życiu – korytarze ubrudzone resztkami mózgu jakiegoś biedaka, który nie zdążył ukryć się przed policją; całą Strefę 51 wraz ze wszystkimi eksperymentami, wykonywanymi tam na ludziach, zmiennokształtnych czy przybyszach z różnych wymiarów i powiem ci jedno – takiej masakry, jaką potrafili zrobić zmutowani, nie potrafił zrobić nikt inny. Wiem z doświadczenia.
Wyobraź sobie, że budzisz się w środku nocy w jakimś ciemnym zaułku, w koszu na śmieci. Wygrzebujesz się z niego, wyciągasz resztki jedzenia z włosów i wtedy zauważasz na swoich dłoniach krew. Mnóstwo krwi i coś, co wygląda jak fragment układu pokarmowego. Mało przyjemne, prawda? To nic – wychodzisz na słabo oświetloną ulicę, a tam morze trupów. Walają się po rozbitych wystawach sklepowych, niektórzy zwisają z balkonów czy lamp ulicznych, mnóstwo ciał zdobi asfalt. Z przerażeniem w oczach obserwujesz tę scenerię – rozszarpane gardła, porozrywane brzuchy, kończyny oddzielone od tułowia... Przechodzisz jedną przecznicę i masz ochotę wrócić. Całą następną ulicę ozdabia krew i wnętrzności tych wszystkich, niewinnych ludzi.
Wiesz, co jest w tym wszystkim najgorsze? Świadomość, że za tym wszystkim stoisz ty, bo dałeś się wyprowadzić z równowagi. Znów trzeba uciekać przed policją, wojskiem i antyterrorystami.
Była nas setka – kobiety, dzieci, starcy, mężczyźni, nastolatki... Zostałam ja. Został też Phoenix, który mieszkał w obrębie kilometra od Strefy 66-7. On w wyniku naprawdę znikomej dawki otrzymał moce ognia. Ja – wścieklicę na zawołanie i pióra wyrastające z ramion. W końcu mieszkałam w centrum Armageddonu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz