niedziela, 12 kwietnia 2015

#2 — Wudu mudu!

— Wieloletnie obserwacje i badania. Setki ofiar. Miliony godzin eksperymentów, a to wszystko tylko po to, by teraz bez przeszkód móc szkolić całe zastępy nowych Voodoo, by oczyszczali Ziemię z dusz, które już od dawna nie powinny istnieć. Cudne, nie?
—  Czy to przypadkiem nie zachwieje równowagą świata? —  spytała Ayida, przechadzając się wraz z Vanity po obiekcie szkoleniowym. —  Wiesz, w końcu Papa Legba może się trochę zdenerwować, że nagle zwalamy na niego tyle pracy, a i bogom stwórcom może się nie spodobać takie spustoszenie...
—  Nie bój trupa —  odparła kobieta, poprawiając fioletową grzywkę, opadającą jej na oczy. — Papa nigdy nie mieszał się w sprawy ludzi. On pozwala się tylko kontaktować ze zmarłymi i pilnuje, żeby nikt niepożądany nie mógł przedostać się na drugą stronę. To głównie przez niego musimy zabijać rekrutów, bo otworzenie kanału w zaświaty w inny sposób nie jest możliwe. A, no i pilnuje, by duchy z tamtej strony już nie wracały.
—  To jakim cudem nasi rekruci... —  Przyszła kapłanka-szamanka nie dokończyła zdania, gdyż potknęła się o kość wystającą z podłogi i runęła jak długa na ziemię. Van roześmiała się, podając jej rękę, by znajoma mogła się podnieść.
—  Widzisz, nasz świat i świat zmarłych oddziela swego rodzaju zapora, którą tylko Papa Legba może usunąć na pewien czas. No, z tego co wiem, to jego druga osobowość, Exu, też teoretycznie to potrafi, ale nie zawsze jej wychodzi... W każdym razie, Papa pomaga też odnaleźć się w zaświatach. Jest bardzo pomocnym, ważnym bogiem, ale również i bardzo surowym, dlatego zawsze każę wam mieć przy sobie tytoń, cygara lub jakiś alkohol. Bez tego go nie wezwiesz.
—  Wspominałaś na ostatnich zajęciach, że zawsze podczas przyzywania duchów jego należy wezwać na początku — przypomniała sobie dziewczyna, szukając wzrokiem potwierdzenia u starszej kobiety.
—  Nie do końca —  odparła ta, kiwając głową na powitanie jednemu z rekrutów, który następnego dnia również miał przechodzić inicjację. —  Papę należy przyzywać podczas każdego rytuału, czasem nawet parzenia herbaty, jeśli chcemy wysłać ją w zaświaty. Bez niego nic nie zrobisz. Jak już mówiłam, to ważny bóg...
— Ale Damballaha nie przebije w hierarchii — stwierdziła Ayida, poprawiając swoje dredy.
— Boga stwórcy nikt nie przebije, to chyba logiczne. — Voodoo uśmiechnęła się, przyglądając się rekrutce. — Nadal jesteś pewna, że chcesz za patronkę boginię tęczy? Nie pamiętam, bym kiedykolwiek spotkała jej kapłankę, a wiesz, Ayida Wedo to pierwotna boginia, jest potężna... Wszystkie najcięższe rytuały spadną na ciebie, uczestniczenie we wszystkich świętach i tego typu sprawy. Staniesz się najważniejszą osobą w naszej grupie, zaraz po Kevamorse'ie. To będzie wymagało mnóstwa pracy, a i rytuał przejścia będzie cięższy — ostrzegła dziewczynę.
— Daj spokój. — Szatynka wywróciła oczami. — Wiem, na co się piszę, serio. Od dawna byłam do tego przygotowywana.
— Zgaduję, że twoi rodzice interesowali się tą religią?
— Byli bardziej wierzący od samych kapłanów-szamanów. Odkąd pamiętam, wmawiali mi, że będę kimś wielkim, jeśli tylko będę służyć Pierwotnej. —  Ayida dmuchnęła w pasemko, które opadło na jej twarz.
Ogółem jej fryzura była bardzo dziwna –  na ramiona przyszłej kapłanki opadały długie dredy, które zaczynały się na wysokości uszu. Wyżej obie strony głowy były wygolone, a przez środek niekontrolowanie rósł irokez, opadający na lewy bok i odsłaniający trzy długie szramy na prawej stronie –  prawdopodobnie pozostałości po ataku wilka. Końcówki brązowych włosów nosiły ślady białej farby w proszku –  był to znak, że dziewczyna jeszcze czekała na rytuał przejścia.
— Nie ma to jak porządni fanatycy. Bez nich prawdopodobnie już nie byłoby tej religii — stwierdziła wesoło Vanity, wycierając niewielką plamę białej farby, która upadła na policzek koleżanki.
— A jak było z tobą? Twoi rodzice też byli wyznawcami?
— Taa... wyznawcami jedynej słusznej religii Zaglądania Do Kieliszka. — Voodoo poprawiła zapięcie kolczyka, które trochę się poluzowało.
— Przykro mi — wymamrotała speszona szatynka. Starsza kobieta wzruszyła ramionami.
— Spoko, mnie to rybka. Już od dawna nie żyją.
Przez dłuższą chwilę obie panie szły w milczeniu, co jakiś czas mijając rekrutów lub strażników. Wszyscy bez wyjątku kłaniali się Vanity, albo przynajmniej skłaniali głowy. Magiczka odpowiadała im tym samym. Gdy tylko rozległ się stuk jej laski o kamienną podłogę, rozmowy wokół milkły.
— Widać, że cię szanują — wyszeptała z podziwem Ayida, gdy jeden z najmłodszych kapłanów-szamanów o mało nie zemdlał ze stresu, gdy go mijały. Van uśmiechnęła się cierpko.
— Lata pracy robią swoje.
— Nie jesteś z tego dumna? — zapytała zaskoczona rekrutka. Kobiety skręciły w lewo, wchodząc w niewielki korytarz, w całości pokryty kośćmi.
— Wiesz... Składano mnie na różnych ołtarzach w ofierze, jestem pod opieką wszystkich bóstw, a i tak umieram, odnoszę rany w walce i muszę ciężko pracować. Ludzie dodatkowo się mnie boją. Niby zrobiłam dużo, a jedyna nagroda, jaka mnie czekała, to tęczowa źrenica oraz kruk zamiast serca i płuc. Powiem szczerze, że to nie było moje największe marzenie — wyznała, uchylając się przed kością udową, wystającą z sufitu.
— Pewnie marzyła ci się władza nad światem, co?
— A po grzyba mi to? Wolałabym zgrzewkę piwa, a nie złośliwego kruka o imieniu Donald. Poprzedni właściciel pewnie też go nie kochał.


***

Trochę Van w ramach zadośćuczynienia za brak jakiejkolwiek aktywności. To pewnie jeszcze trochę potrwa. W niektóre dni nie mam nawet czasu na sen, a co tu mówić o pisaniu.Poza tym, ostatnio coraz mniej tworzę. Zastanawiam się, czy nie rzucić tego, przynajmniej na jakiś czas.
BTW, znacie Akaneiro: Demon Hunters? Zastanawiałam się nad opowiadaniem na podstawie tej gry.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz