Mówią okropne rzeczy,
Sposoby na to, byś stracił przytomność.
Nie wydaje mi się, by ktoś był w domu,
I jesteśmy tu tylko sami [...]
Lepiej uciekaj, lepiej uciekaj, lepiej uciekaj, ta, jestem tuż za tobą,
Gdy śpisz, w nocy, ta, nic nie możesz zrobić,
Nie ma miejsca w którym mógłbyś się ukryć, bo jestem tuż za tobą...
[Hollywood Undead - Another Way Out]
02 października 2013 roku, gdzieś w Atlancie:
Siedziała
na parapecie. Nogi, odziane w szare jeansy wesoło dyndały w
powietrzu. Drapała za uchem kota, który ułożył się obok niej. W
kącie cicho grało radio. Obserwowałem ją znad kubka herbaty.
Dziewczyna głęboko odetchnęła, po czym spojrzała na spakowany
już plecak.
— Znowu uciekasz — rozpocząłem naszą tradycyjną wymianę
zdań. — Znowu będę musiał cię szukać.
— Zachowujesz się jak
dziecko. Przecież wiesz, dlaczego — fuknęła.
— Musisz być
ostrożniejsza. Podobno znowu szukają ludzi ze Strefy Stokrotek — mruknąłem, machinalnie napinając mięśnie. Usłyszałem
prychnięcie.
— Najpierw nas bez ostrzeżenia zagazować, by potem
dobijać tych, co przetrwali. To bardzo w ich stylu — warknęła. Nie
odpowiedziałem. — Jak myślisz, kiedy mnie znajdą? — Spojrzała na
mnie. Wzruszyłem ramionami, starając się zachować zmartwioną
minę.
— Podejrzewam, że niedługo — wyszeptałem. Kątem oka
wychwyciłem pogłębiającą się bruzdę na jej czole. Zacząłem
się modlić, by to nie był jeden z jej słynnych ataków, po
których nie miałbym co po sobie zebrać.
— Powiedz mi jedno – dlaczego się mną zajmujesz? — zapytała. Uśmiechnąłem się do
siebie.
— Pominąć ten fragment, w którym wpadłaś mi do
mieszkania z nożem w ręku i groziłaś, że mnie zabijesz, jeśli
się tobą nie zajmę? — odparłem pytaniem na pytanie z uśmiechem.
Przewróciła oczami.
— Dramatyzujesz. Może to wyglądało nienajlepiej, ale wątpię, bym mogła cię pchnąć — powiedziała.
— A kto cię wie? — mruknąłem zaczepnie. Nagle mięśnie twarzy mojej
towarzyski napięły się w grymasie zaniepokojenia. Po krótkiej
chwili chwyciła plecak. Nie potrzebowałem więcej sygnałów. Ktoś
się zbliżał.
— Jakim cudem tak szybko mnie znaleźli? — syknęła,
wciskając się w dresową bluzę. Chwyciłem ją za łokieć.
— Skąd wiesz, że to oni? — zapytałem. Rzuciła mi chłodne
spojrzenie.
— Jest ich czworo. Lecą tu w ciężkich traperach,
karabinami co chwila o coś uderzają. Na dostawcę pizzy mi to nie
wygląda. Słyszałam ich od parteru — wyjaśniła zdawkowo,
zakładając plecak. Wypadła na klatkę schodową i pomknęła w
górę.
Po chwili do mojego zagraconego mieszkania wbiegła trójka uzbrojonych po zęby żołnierzy. Na końcu wkroczył dowódca oddziału wraz z psem.
Po chwili do mojego zagraconego mieszkania wbiegła trójka uzbrojonych po zęby żołnierzy. Na końcu wkroczył dowódca oddziału wraz z psem.
— Pobiegła na dach — wyjawiłem. Kapitan
skinął głowa i żołnierze pobiegli za celem. Zostaliśmy sami.
— Idziesz — rozkazał mrukliwie.
— Lepiej nie. Jeśli znowu
ucieknie, wróci do mnie i... — zacząłem argumentować, ale dowódca
przerwał mi ruchem ręki.
— Jeśli zobaczy, że i ty ją
zostawiłeś, straci nadzieję. Nie będzie miała do czego wracać,
no chyba, że po twoją śmierć. Mimo wszystko, to ją podkopie. Tym
razem nie uda jej się zwiać — powiedział i pociągnął mnie za
sobą.
Po kilkunastu minutach oboje patrzyliśmy, jak żołnierze
wyplątują dziewczynę ze stalowej sieci i sprawnie ją związują.
Patrzyła na mnie z nienawiścią. Jej oczy przybrały ten
nienaturalny kolor, który pojawiał się przy niekontrolowanych
atakach złości.
— Jesteś potworem, Calma. Doskonale wiesz, że
masz nad tym żadnej kontroli. Tam nikogo nie uda ci się skrzywdzić.
Zrozum... — zacząłem się tłumaczyć.
— Porzuciłeś mnie! — syknęła.
— Zeżarłaś kogoś, pamiętasz?! — wrzasnąłem
poirytowany. Żołnierze zapakowali ją do podstawionego przez wojsko
helikoptera.
— Porzuciłeś mnie... — powtórzyła, nim któryś z nich wepchnął ją do środka.
— Spokojnie, nie dorwie cię — powiedział dowódca, wpuszczając psa na pokład.
— Po prostu jej
pilnujcie, dobra? — mruknąłem.
— Uważaj na słowa. — Kapitan
pogroził mi palcem, po czym podążył za swoim oddziałem. Przez
chwilę patrzyłem, jak helikopter wzbijał się w powietrze, po czym
przeniosłem wzrok na spokojną o tej porze okolicę.
— Ciekawe,
jak szybko mnie dorwie...? — mruknąłem do siebie i ruszyłem w
stronę schodów.
Atlanta powoli budziła się do życia.
Cho, cho, przyznaję dawno nie przeglądałam blogów, ale ten jak na sam początek wydaje się być bardzo ciekawy :) Intrygujące postaci, lecę dalej.
OdpowiedzUsuńIceTea
Ice, ty żyjesz : D!
Usuń