czwartek, 26 września 2013

Smuga 1. — 'Porzuciłeś mnie!'


Mówią okropne rzeczy,
Sposoby na to, byś stracił przytomność.
Nie wydaje mi się, by ktoś był w domu,
 I jesteśmy tu tylko sami [...]

Lepiej uciekaj, lepiej uciekaj, lepiej uciekaj, ta, jestem tuż za tobą,
Gdy śpisz, w nocy, ta, nic nie możesz zrobić,
Nie ma miejsca w którym mógłbyś się ukryć, bo jestem tuż za tobą...
[Hollywood Undead - Another Way Out] 
02 października 2013 roku, gdzieś w Atlancie: 
Siedziała na parapecie. Nogi, odziane w szare jeansy wesoło dyndały w powietrzu. Drapała za uchem kota, który ułożył się obok niej. W kącie cicho grało radio. Obserwowałem ją znad kubka herbaty.
Dziewczyna głęboko odetchnęła, po czym spojrzała na spakowany już plecak.
— Znowu uciekasz — rozpocząłem naszą tradycyjną wymianę zdań. — Znowu będę musiał cię szukać.
— Zachowujesz się jak dziecko. Przecież wiesz, dlaczego — fuknęła.
— Musisz być ostrożniejsza. Podobno znowu szukają ludzi ze Strefy Stokrotek — mruknąłem, machinalnie napinając mięśnie. Usłyszałem prychnięcie.
— Najpierw nas bez ostrzeżenia zagazować, by potem dobijać tych, co przetrwali. To bardzo w ich stylu — warknęła. Nie odpowiedziałem. — Jak myślisz, kiedy mnie znajdą? — Spojrzała na mnie. Wzruszyłem ramionami, starając się zachować zmartwioną minę.
— Podejrzewam, że niedługo — wyszeptałem. Kątem oka wychwyciłem pogłębiającą się bruzdę na jej czole. Zacząłem się modlić, by to nie był jeden z jej słynnych ataków, po których nie miałbym co po sobie zebrać.
— Powiedz mi jedno – dlaczego się mną zajmujesz? — zapytała. Uśmiechnąłem się do siebie.
— Pominąć ten fragment, w którym wpadłaś mi do mieszkania z nożem w ręku i groziłaś, że mnie zabijesz, jeśli się tobą nie zajmę? — odparłem pytaniem na pytanie z uśmiechem. Przewróciła oczami.
— Dramatyzujesz. Może to wyglądało nienajlepiej, ale wątpię, bym mogła cię pchnąć — powiedziała.
— A kto cię wie? — mruknąłem zaczepnie. Nagle mięśnie twarzy mojej towarzyski napięły się w grymasie zaniepokojenia. Po krótkiej chwili chwyciła plecak. Nie potrzebowałem więcej sygnałów. Ktoś się zbliżał.
— Jakim cudem tak szybko mnie znaleźli? — syknęła, wciskając się w dresową bluzę. Chwyciłem ją za łokieć.
— Skąd wiesz, że to oni? — zapytałem. Rzuciła mi chłodne spojrzenie.
— Jest ich czworo. Lecą tu w ciężkich traperach, karabinami co chwila o coś uderzają. Na dostawcę pizzy mi to nie wygląda. Słyszałam ich od parteru — wyjaśniła zdawkowo, zakładając plecak. Wypadła na klatkę schodową i pomknęła w górę.
Po chwili do mojego zagraconego mieszkania wbiegła trójka  uzbrojonych po zęby żołnierzy. Na końcu wkroczył dowódca oddziału wraz z psem.
— Pobiegła na dach — wyjawiłem. Kapitan skinął głowa i żołnierze pobiegli za celem. Zostaliśmy sami.
— Idziesz — rozkazał mrukliwie.
— Lepiej nie. Jeśli znowu ucieknie, wróci do mnie i... — zacząłem argumentować, ale dowódca przerwał mi ruchem ręki.
— Jeśli zobaczy, że i ty ją zostawiłeś, straci nadzieję. Nie będzie miała do czego wracać, no chyba, że po twoją śmierć. Mimo wszystko, to ją podkopie. Tym razem nie uda jej się zwiać — powiedział i pociągnął mnie za sobą.
Po kilkunastu minutach oboje patrzyliśmy, jak żołnierze wyplątują dziewczynę ze stalowej sieci i sprawnie ją związują. Patrzyła na mnie z nienawiścią. Jej oczy przybrały ten nienaturalny kolor, który pojawiał się przy niekontrolowanych atakach złości.
— Jesteś potworem, Calma. Doskonale wiesz, że masz nad tym żadnej kontroli. Tam nikogo nie uda ci się skrzywdzić. Zrozum...  — zacząłem się tłumaczyć.
— Porzuciłeś mnie! — syknęła.
— Zeżarłaś kogoś, pamiętasz?! — wrzasnąłem poirytowany. Żołnierze zapakowali ją do podstawionego przez wojsko helikoptera.
— Porzuciłeś mnie... — powtórzyła, nim któryś z nich wepchnął ją do środka.
— Spokojnie, nie dorwie cię — powiedział dowódca, wpuszczając psa na pokład.
— Po prostu jej pilnujcie, dobra? — mruknąłem.
—  Uważaj na słowa. — Kapitan pogroził mi palcem, po czym podążył za swoim oddziałem. Przez chwilę patrzyłem, jak helikopter wzbijał się w powietrze, po czym przeniosłem wzrok na spokojną o tej porze okolicę.
— Ciekawe, jak szybko mnie dorwie...? — mruknąłem do siebie i ruszyłem w stronę schodów.
Atlanta powoli budziła się do życia.

2 komentarze:

  1. Cho, cho, przyznaję dawno nie przeglądałam blogów, ale ten jak na sam początek wydaje się być bardzo ciekawy :) Intrygujące postaci, lecę dalej.
    IceTea

    OdpowiedzUsuń