— To twój nowy pokój. Rozgość się — rzucił kąśliwie wojskowy, popychając ją w stronę pancernych drzwi. Dziewczyna skuliła się odrobinę, po czym szybko weszła do środka. Gdy od nieprzyjemnego człowieka dzieliło ją kilka warstw kuloodpornych materiałów, westchnęła z ulgą.
Rozejrzała się po pustawym pomieszczeniu, po czym rzuciła torbę podróżną na jedyny niezajęty przez śmieci materac. Z westchnieniem usiadła obok przedmiotu, po czym przeczesała włosy palcami. Ucieczka ze Strefy 51 będzie bardzo ciężkim orzechem do zgryzienia.
— Cześć, jestem Felix — rzucił wesoło rudy nastolatek (a właściwie jeszcze dziecko) z irokezem na głowie, który leżał na pryczy w kącie pokoju. Rzuciła mu krótkie, zaskoczone spojrzenie. — Ty też ze Strefy Stokrotek?
— Skąd? — spytała zdziwiona. Czy aby na pewno wszyscy w tym budynku pomyślnie przeszli badania psychiatryczne...?
— Strefa Stokrotek. — Rudy schylił się, by wyciągnąć coś z walizki, którą miał pod łóżkiem. Po chwili przed oczami dziewczyny pojawiła się wielka mapa USA. — Chodzi mi o okolice tego miasta. — Narysował palcem koło wokół kropki, która podpisana była jako Atlanta.
Szatynka kiwnęła głową.
— Czyli ty też tam byłeś. Nie sądziłam, że ktoś oprócz mnie... — zaczęła niepewnie. Felix ponownie się wyszczerzył.
— Wybacz, że cię zawiodę, ale nie jesteś jedyna.
— Czy ktoś jeszcze przeżył Temes? — spytała z nadzieją. Mina chłopaka zrzedła.
— Jak na razie wiem tylko o naszej dwójce — odparł powoli, podnosząc się do pozycji siedzącej. Dziewczyna pochyliła się do przodu, a brązowe włosy zakryły jej twarz. Jęknęła.
— Dlaczego? — wyszeptała cicho, powstrzymując łzy. — Dlaczego to zrobili? Po co? Z czyjej winy musiało zginąć aż tyle osób? Dlaczego media milczą?
Po chwili poczuła, jak materac obok niej wygina się. Trzynastolatek otoczył ją ramionami.
— Nie wiem zbyt wiele. W sumie, to tyle, co nic. Że niby jakaś wadliwa bomba rozwaliła się podczas transportu, że wszyscy żywi dostaną odszkodowania, że teren wcale nie jest skażony... Bujdy na resorach. — Dziewczyna wtuliła się w jego pierś, wypłakując się w podkoszulek nowego znajomego. Ten wyrozumiale klepał ją po plecach, jednocześnie próbując usunąć ze swoich ust kilka włosów. Dla postronnego obserwatora mogłoby to wyglądać dość komicznie — wysoka dziewczyna wypłakująca się w ramiona szczapowatego chłopaczka...
— A czy ty też masz... ekhum... jakieś "nadprzyrodzone"...
— Moce? — dokończył za nią. — Nie bardzo mam ci jak teraz je pokazać, bo zaraz włączy się alarm przeciwpożarowy.
— Ogień?
— Ogień. — Skinął głową, zmuszając ją, by się trochę odsunęła. Odgarnął włosy z jej twarzy. — Ej, nie rycz. To i tak nic nie zmieni, a po co tracić czas i siły na coś, co nie przynosi efektów? Lepiej zająć się czymś pożytecznym — zaproponował z uśmiechem. Calma uśmiechnęła się lekko na widok uroczej szpary między zębami chłopca.
— Mądry jesteś — stwierdziła, tarmosząc mu fryzurę. Już trochę zdążyła się uspokoić. — No, to co "pożytecznego" masz zamiar robić? — Otarła łzy z policzków i odrzuciła włosy na plecy. Felix spojrzał na zegarek.
— Mamy kwadrans, nim przyjdą po nas i zaprowadzą nas na kolację. Możemy lepiej się poznać. — Znów się wyszczerzył. Nastolatka zmarszczyła brwi.
— Po wszystkich więźniów tak chodzą?
— Tylko po tych wyjątkowo niebezpiecznych. — Puścił do niej oko. — Plusem jest to, że mamy oddzielny stolik i lepsze żarcie.
— A minusem? — westchnęła. Po chwili zastanowienia związała włosy w kucyk.
— Sama zobaczysz — odparł tajemniczo. — Hej, ale ty już wiesz, jakie mam moce, a nawet mi nie powiedziałaś, jak się nazywasz! — wykrzyknął oburzony, splatając ręce na piersi.
— Jestem Calma — ucięła krótko, siadając po turecku na pryczy. Zwaliła torbę na ziemię, przeciągając się. — Tak właściwie, to co oni nam tam władowali? — spytała, trącając przedmiot trampkiem. Felix wzruszył ramionami.
— Nie wiem. Jestem tu dopiero od wczoraj, nie zaglądałem do środka. — odparł. — Ty też masz moce ognia? — spytał niespodziewanie, ożywiając się jeszcze bardziej. Chyba miał niezdiagnozowane ADHD.
— Niestety nie. Mam tylko swego rodzaju psychozę. No, czasami przyciągam też pioruny. — Wzruszyła ramionami. Chłopak westchnął i posmutniał.
— Szkoda. Myślałem, że moglibyśmy sobie zrobić taki ognisty duet, żeby nam się nie nudziło, czy coś. — Zamachał nogami w powietrzu, wpatrując się we własne sznurówki.
Calma zamyśliła się, obserwując młodszego kolegę. Kim byli jego rodzice? Ilu miał przyjaciół? Jak sobie radził w szkole? Czy miał rodzeństwo? Ile ważnych dla niego osób zginęło w wyniku "niespodziewanego wybuchu uszkodzonej bomby"? Niespodziewanie przytuliła chłopca.
— Znowu będziesz płakać? — wydusił. Uścisk był odrobinę za mocny.
— Nie. — Roześmiała się przez łzy, szybko je ocierając. Odsunęła się od Felixa i uśmiechnęła się szeroko. — Nadal możemy tworzyć duet, wiesz? Nie potrzeba do tego tych samych mocy.
Chłopak przez chwilę uważnie wpatrywał się w zielone oczy nowej znajomej. W końcu wyszczerzył się od ucha do ucha.
— Dobra, ale ja wymyślam nam nazwę!
— Przyjechałeś na wakacje i już drugiego dnia dostarczasz mi tu cały skład H.I.V.E. — Renee zakaszlała. Uprzejmie poklepałem ją po plecach. — Dzięki.
— Zawsze do usług — rzuciłem. Deszcz wzmógł się, więc otworzyłem trzymaną w dłoni parasolkę. Staliśmy właśnie pod drzewem, w które dwie godziny temu uderzył samochód. — Ile ofiar?
— Dwie, chociaż możliwe trzy. Kobieta chyba była w ciąży.
— Wydaje mi się, że nie powinnaś w taką pogodę siedzieć na dworze. Zwłaszcza, że nie jesteś już policjantem, tylko detektywem, Renee.
— Dam sobie radę — odparła pani detektyw, zapisując coś w podręcznym notesie. — Dobra, zwłoki zabrane, auto zaraz sprzątną, nic tu po nas — stwierdziła, stawiając kołnierz swojego płaszcza "na sztorc". Pożegnaliśmy się krótko z resztą ekipy i ruszyliśmy w dół ulicy. Pewna rzecz nie dawała mi spokoju. Skoro to był zwykły wypadek i nic nie wskazywało na zamach, to po co ktoś wezwał Question?
— Sprawdziliście ich dom? — spytałem niespodziewanie, wkładając wolną dłoń w kieszeń bluzy z motywem niebieskiego skrzydła. Mijaliśmy właśnie podziemny most, prowadzący do Titans Tower, o którym wiedzieli tylko nieliczni.
— Kilku moich ludzi pojedzie tam od razu, jak ekipa zbierze auto z asfaltu. — Kobieta otuliła się mocniej płaszczem i również schowała zziębnięte dłonie do kieszeni. Zmarszczyła brwi. — To wszystko wygląda na zwykły wypadek... Śliska droga. Sekcja wykaże, czy byli po alkoholu, chociaż wywiad już potwierdził, że mieli dziś umówioną kolację w najdroższej restauracji w mieście. Facet stracił panowanie nad samochodem, pewnie jechał za szybko. Przywalili w drzewo od strony kierowcy, ale odłamki z szyby przecięły tętnicę na szyi jego żony i wykrwawiła się. On zginął na miejscu, złamał kręgosłup w dwóch miejscach.
— Kilku moich ludzi pojedzie tam od razu, jak ekipa zbierze auto z asfaltu. — Kobieta otuliła się mocniej płaszczem i również schowała zziębnięte dłonie do kieszeni. Zmarszczyła brwi. — To wszystko wygląda na zwykły wypadek... Śliska droga. Sekcja wykaże, czy byli po alkoholu, chociaż wywiad już potwierdził, że mieli dziś umówioną kolację w najdroższej restauracji w mieście. Facet stracił panowanie nad samochodem, pewnie jechał za szybko. Przywalili w drzewo od strony kierowcy, ale odłamki z szyby przecięły tętnicę na szyi jego żony i wykrwawiła się. On zginął na miejscu, złamał kręgosłup w dwóch miejscach.
— I wiesz to tak wszystko tylko po spojrzeniu na zwłoki? — Przeskoczyłem nad kałużą, nie chcąc przemoczyć nowych butów, które dostałem na Gwiazdkę. Renee wdepnęła w wodę, w ogóle jej nie zauważając.
— Po prostu kombinuję — westchnęła i kichnęła. Zacząłem podejrzewać, że jest poważnie chora.
— Serio, idź już do domu. Zrób sobie gorącą kąpiel, wypij herbatę z cytryną... Batwoman jest w okolicy, możesz do niej zadzwonić — podsunąłem, klepiąc ją po ramieniu. — To był tylko wypadek, tu nie ma nad czym główkować.
— Chyba masz rację. Dzięki, Richard. — Zakaszlała, plując flegmą. Nie był to zbyt przyjemny widok. — Do zobaczenia niedługo.
— Trzymaj się, Montoya. Weź mój parasol, nie będziesz w takie zimno zawalać na piechtaka bez jakiejkolwiek osłony. — Wręczyłem jej moją parasolkę. Wiesz, tą w gruszki. Przecież nie mogę pozwolić, by chora kobieta tak bez niczego...
— Grayson, streszczaj się. Nie mamy całego dnia — westchnęła Oracle, wklepując kolejne komendy do komputera. Ona, Nightwing i dziesięcioletnia dziewczynka o czarnych włosach znajdowali się właśnie w wieży Tytanów. Mała okryta była kocem. Siedziała spokojnie na kolanach Richarda, zwinięta w kłębek i popijała herbatę, przygotowaną przez kobietę. Obserwowała Barbarę swoimi bystrymi, fioletowymi oczami. Powoli zaczął morzyć ją sen. Tabletki na uspokojenie oraz zmęczenie najwyraźniej robiły swoje.
Dobra, dobra. Już się streszczam.
Dobra, dobra. Już się streszczam.
Pożegnałem się z naszą ulubioną panią detektyw i podreptałem pod adres, który mi wskazała. Wiesz, że to całkiem niedaleko centrum?
— Dick, na miłość boską, mnie to na serio nie interesuje.
— Dick, na miłość boską, mnie to na serio nie interesuje.
Już jestem grzeczny, Barbs. W każdym razie wlazłem tam do tego domu — pewnie jego opis cię nie interesuje, ale muszę ci powiedzieć, że nie wyglądało to jakoś niesamowicie bogato. Ludzie od Renee już się tam uwijali, sprawdzając każdy kąt. Pogadałem z nimi, pokręciłem się trochę. Kojarzysz Treya Cannesa? To on powiedział mi o młodej. Poprosił, bym się nią przez jakiś czas zaopiekował, dopóki nie znajdą dla niej rodziny zastępczej. Kazał mi po nią iść do jakiejś jej koleżanki, u której miała dzisiaj nocować. Wiesz, żaden z tej grupki od Question nie miał czasu pójść do niej i powiedzieć o wypadku. Stwierdziłem, że skoro nie mam nic innego do roboty, to czemu nie? Polazłem pod wskazany adres, grzecznie się przywitałem z właścicielami i spytałem o Kaylę.
Siedziała w salonie razem z koleżankami, więc poprosiłem ją na chwilę do kuchni. Jako córka powinna wiedzieć pierwsza.
— Jak się nazywasz? — Usiadłem obok niej. Nie odsunęła się ani nic takiego, co mnie zaskoczyło.
— Kayla. — Cały czas się we mnie wpatrywała. Ogółem młoda od razu wydała mi się jakaś taka... wesoła. Trochę jak ja, gdy byłem już Robinem.
— Ja jestem Richard. Współpracuję z policją. Przyszedłem zadać kilka pytań odnośnie twoich rodziców.
— Kayla. — Cały czas się we mnie wpatrywała. Ogółem młoda od razu wydała mi się jakaś taka... wesoła. Trochę jak ja, gdy byłem już Robinem.
— Ja jestem Richard. Współpracuję z policją. Przyszedłem zadać kilka pytań odnośnie twoich rodziców.
— Coś się stało? Coś z mamą albo tatą? — zaczęła zasypywać mnie pytaniami. Martwiła się. Nikt jej nic wcześniej nie powiedział.
— Spokojnie, zaraz ci wszystko wyjaśnię. Nie denerwuj się.
Opowiedziałem jej wszystko, co sam wiedziałem o wypadku. Spróbowałem ją wypytać, czy nie odwiedzali ich jacyś podejrzani ludzie, ale Kay zaczęła tak strasznie płakać, że o mało nie udusiła się własnymi łzami. Na szczęście rodzice jej koleżanki mieli proszki uspokajające dla dzieci. Te, co je Batman często podawał Damianowi, gdy dostawał napadów szału. W każdym razie po tych tabletkach od razu się uspokoiła i praktycznie usnęła mi na rękach. Tamci państwo chcieli zatrzymać ją na noc, ale mają jeszcze czwórkę dzieci i stwierdzili, że na dłuższą metę mogłoby być krucho z jedzeniem...
— Więc zabrałeś ją do wieży. — Barbara Gordon zwróciła się ku Richardowi. — Przez ile czasu masz zamiar ją tu trzymać?
Mężczyzna podrapał się po czole w geście zakłopotania.
— Wiesz... Tak sobie pomyślałem, że skoro nie ma żadnej bliskiej rodziny i trafi na pewno do domu dziecka, to... — zaczął niepewnie. Ruda kobieta westchnęła.
— Richard, doceniam, co chcesz zrobić, ale to nienajlepszy pomysł. Zaadoptowanie Kayli w niczym ci nie pomoże. Starzejesz się, dodatkowo jesteś bohaterem, a takim dzieckiem trzeba się zajmować. Ona musi chodzić do szkoły, mieć przyjaciół, normalne życie. — Oracle rozpoczęła swój wywód, poprawiając co chwila okulary.
— Mówisz to takim tonem, jakbym był siedemdziesięcioletnim dziadkiem z paraliżem — wtrącił się. — Potrafię się zajmować dziećmi, serio. Mógłbym ją wyszkolić na następnego Nightwinga...
— A czy przeszło ci przez myśl, że ona może chce być normalnym dzieckiem, a nie pomagierem superbohatera? — spytała kąśliwie kobieta. Odgarnęła z czoła rudy kosmyk i splotła ręce na piersi.
— Na pewno będzie to dla niej lepsze niż dom dziecka — odparł Grayson, delikatnie głaszcząc po włosach Kaylę, która zasnęła na jego kolanach. Przez chwilę między dorosłymi zaległa cisza. Dziewczynka mruknęła coś przez sen, po czym otuliła się ciaśniej kocykiem. Mężczyzna uśmiechnął się, obserwując ją.
— Urocza — stwierdziła Barbara, podjeżdżając bliżej wózkiem. — Chcesz ją adoptować, bo przypomina ci Mari, prawda? — spytała ostrożnie. Richard zamyślił się.
— Akurat nie o tym myślałem, podejmując decyzję. Po prostu... tęsknię za Tytanami. Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak ponuro potrafi tu być, gdy jestem sam w wieży. A ona mogłaby przy mnie być, rosnąć, przyprowadziłaby kiedyś swoich znajomych, chłopaka... Ożywiłaby to miejsce. Sprawiłaby, że coś w końcu by się tu działo.
— Nie możesz myśleć tylko o sobie — zganiła go kobieta.
— Ale ona miałaby przy mnie wszystko! Dom, trochę niepełną, ale rodzinę, wyżywienie, a nawet treningi, jeśli tylko by chciała. Mogłaby ratować ludzi, by inne dzieci nie musiały przechodzić tego samego, co ona. — Mówiąc to, pogłaskał ją delikatnie po policzku. Dziewczynka ewidentnie podbiła jego serce. — Poza tym, spieprzyłem w życiu wiele spraw. Ślub ze Star, z tobą, potem wychowanie Mari, a jeszcze wcześniej to z Rachel... Chciałbym, żeby chociaż opieka nad nią dobrze mi wyszła.
— No nie wiem, Dick. — Kobieta westchnęła. — Przemyśl to jeszcze raz, na spokojnie. Poza tym, sąd może nie dać ci prawa do opieki nad nią. Powinieneś też spytać młodą, czy chciałaby, byś został jej ojcem.
— Nie bój żaby, Barbs. — Puścił do niej oko. — Damy sobie radę.
— Nie bój żaby, Barbs. — Puścił do niej oko. — Damy sobie radę.
Mrah, moja ulubiona notka. <33 Jeszcze tylko daj mi Lucka, a nikt nie ucierpi.
OdpowiedzUsuńUwielbiam cię, kotełku <3
UsuńNie wiem czemu, ale zawsze gdy chcę opublikować komentarz na którymkolwiek z twoich blogów, wyświetla się błąd! Szlag mnie trafił. Piszę z komórki, więc pewnie bedą jakieś błędy.
OdpowiedzUsuńWyżaliłam się, to teraz skomentuję rozdział.
Czytało mi się tak przyjemnie, że ani się obejrzałam, a tu koniec. Śmiałam się jak głupia, gdy przeczytałam o lekach uspokajających Damiana ����:D
Czuć w wypowiedziach Richarda, że chłopak duzo przeszedł. Czekam z niecierpliwością, aż opiszesz jak wpadł w ten psychiczny dołek. Chyba źe w tej wersji nie będzie mial depresji? Uohh... Nie mogę się doczekać ^^
Bawiłam się ostatnio kodem CSS bloga, może to od tego wywala błędy. Co konlretnie ci wyświetla?
UsuńHyhyhy, też piszę z komórki xP
UsuńChyba mam taki problem ze wszystkimi blogami na blogspot x.x
UsuńMam ochotę wyrzucić mój komputer za okno...
Coś poradzimy :D A szablon na komórki działa?
Usuń