sobota, 18 października 2014

Smuga 3. — Walcz tak, jakby dziś był ostatni dzień twojego życia.

Dach był dość nietypowym miejscem do tego typu zajęć, ale remont połowy wieży po ostatnim ataku Plazmusa wymusił na duecie przenosiny w to właśnie miejsce. Pogoda była wspaniała: słońce świeciło na prawie bezchmurnym niebie, a bryza wiejąca znad oceanu przyjemnie chłodziła spocone, rozgorączkowane ciała. Mężczyzna zdjął koszulkę, która tylko mu przeszkadzała. Nie ma też co tu kryć — chciał się pochwalić wyjątkowo umięśnionym torsem.
Dziewczyna uśmiechnęła się kpiąco na ten widok. Jeszcze bardziej bawił ją jego przyspieszony oddech, lekko zamglone oczy i pot spływający z czoła. Sama też była już mocno zmęczona i obolała, ale nie miała zamiaru poddać się jako pierwsza. Coraz bardziej ekscytowała ją sytuacja, w której oboje się znaleźli.
— I co myślisz? — Czuła, jak powoli przemaka nawet jej bielizna.
— Powoli robisz postępy — stwierdził z satysfakcją.
Oboje stali tyłem do siebie, ciężko dysząc. To była porządna walka.
Ona miała na sobie kompletny strój bojowy, który wspomagał odbijanie się od podłoża i zachowanie równowagi, więc teoretycznie powinna mieć przewagę. On był starszy, bardziej doświadczony i świetnie wytrenowany.
— Walcz tak, jakby dziś był ostatni dzień twojego życia. — Odbił się od podłogi, wykonał salto w powietrzu i wylądował przed dziewczyną, próbując podciąć jej nogi. Ta szybko odskoczyła w bok i rzuciła w niego escrimą, celując w kolano. Mężczyzna padł na podłogę i przeturlał się, a broń minęła go o milimetry. Podniósł się błyskawicznie i znowu zaatakował. Nastolatka pisnęła, robiąc unik. Gdy znalazła się poza zasięgiem rąk trenera, zaczęła w niego rzucać każdą możliwą bronią, jaką miała pod ręką. Niestety, ten był zbyt zwinny, by cokolwiek mogło w niego trafić. Zmuszał dziewczynę do ciągłego cofania się, atakując ją z każdej możliwej strony. Parę razy oberwała, gdy za późno chciała zablokować atak. Do jej ostatecznej porażki przyczyniła się połamana płytka, przez którą się pośliznęła i wylądowała z jękiem na tyłku.
Richard roześmiał się i pomógł córce wstać.
— Zawsze się tak kończy. Wymyśl może coś nowego, hm?
— Cicho tam. — Kayla rozmasowała bolące pośladki. — Znacznie lepiej by mi poszło, gdybyś nie zamieniał każdego naszego pikniku w trening.
— Śmierć nie będzie czekać, aż ty się przygotujesz — odparł, parodiując "bardzo mądrych profesorów", jak to razem nazywali przemądrzałych panów z telewizji.
— Daj spokój, przecież nikt nas nie zaatakuje akurat te... — Wypowiedź dziewczyny przerwał potężny huk. Wieża zatrzęsła się w posadach. — Ani słowa — warknęła, patrząc na zadowoloną minę swojego opiekuna prawnego.
— Uwielbiam cię, Kay — rzucił tylko, po czym podbiegł do krańca dachu i skoczył z wesołym okrzykiem.
— Całe życie z wariatami — westchnęła nastolatka, ruszając za Nightwingiem.


18 grudnia 2013 roku, Jump City:
— Powiem ci, że wyobrażałem Ziemię i ludzi w inny sposób — zaczął nastolatek, popijając kawę z tekturowego kubka. Zamyślony, wpatrywał się w okryte śniegiem konary drzew, romantycznie podświetlane przez stojące w równych odstępach przy ścieżce lampy. — Po tych wszystkich opowieściach, które serwowałaś mi na dobranoc, spodziewałem się czegoś... większego. Dumnego. Czegoś, o co warto walczyć. Jakiejś rasy panów, którzy mieli duży wkład w kształtowanie historii Wszechświata.  A tymczasem...
— Smród, brud i ubóstwo? — wcięła się matka, poprawiając czarne, skórzane rękawiczki. Siedzieli na ławce w parku, rozkoszując się chwilą wytchnienia. — Kiedy opuszczałam Ziemię, zapamiętałam ją nieco inaczej. Naprawdę, ludzkość miała wielki potencjał, który zaprzepaściła.
— Teraz tylko się o wszystko kłócą i tłuką. Nie lepiej byłoby bez zbędnych, politycznych ceregieli wykopać tych polityków, którzy nabroili, posadzić na ich stanowiskach mądrych ludzi i zacząć robić cokolwiek, jeśli chodzi o walkę z terroryzmem? Ludzie już od dawna mogliby mieć pod swoją kontrolą prawie tyle planet, co dziadek. — Lucas prychnął, naciągając wolną dłonią czapkę na uszy. Odłożył kawę na bok (Rachel i tak ją podkradła), wstał i podskoczył parę razy dla rozgrzania się. Jego matka również się podniosła i ruszyli w stronę zatłoczonej, hałaśliwej ulicy.
"Zdecydowanie bardziej wolę Azarath. Tu nie ma dla mnie miejsca."
— Wiesz, może to i lepiej, że na razie jest tak, jak jest. Wyobraź sobie, co by było, gdyby nadal byli tacy jadowici wobec siebie, a mieli by więcej planet pod swoim władaniem, co oznacza automatycznie więcej surowców lub nowe technologie, zależy, gdzie by trafili. I co? I napieprzali by się na wszystko, co tylko się da. — Kobieta poprawiła zsuwający się z jej głowy kaptur puchowej kurtki. Pomimo ciepłej czapki i tak zawsze nosiła go na głowie. Zawsze ze śmiechem stwierdzała, że to taka pozostałość po starych nawykach, gdy syn ją o to pytał.
Oboje nie zauważyli drobnej postaci, zbliżającej się w ich stronę. Zwrócili na nią uwagę dopiero, gdy podeszła do nich bliżej i odezwała się.
— Przepraszam — wyrzuciła z siebie szybko, patrząc w oczy Lucasa. Wyglądała na odrobinę... przestraszoną? — Nie widział pan może takiego dużego wilczura? Szaroczarna sierść, niebieskie oczy. Urwał mi się ze smyczy i nie mogę go nigdzie znaleźć.
— Niestety nie — odparł spokojnie chłopak, przyglądając się jej uważnie. Taka drobna i wątła — nic dziwnego, że pies jej uciekł. Zwłaszcza, jeśli był duży. Może husky? One są dosyć duże i żywiołowe. Z takim zwierzęciem nawet niektórzy mężczyźni mają problem, by go wyprowadzić na spacer i przy okazji się nie zabić, a ona?
— A pani?
— Również nie widziałam. — Rachel pociągnęła syna lekko za rękaw kurtki. Ta mała w czerwonej kamizelce zdecydowanie się jej nie podobała, ale dlaczego?
"To już jest  paranoja. Zdecydowanie muszę wrócić do domu" — westchnęła w myślach, po krótkim zastanowieniu puszczając rękę syna.
— Na pewno? — spytała dziewczyna z naciskiem. Albo Lucasowi się wydawało, albo zaczęła drżeć. Zdumiało go lekko jej nerwowe zachowanie, jednak jak na prawdziwego Rotha przystało, nie dał po sobie niczego poznać.
— Na pewno — ucięła krótko kobieta. — Lucas, idziemy. — Chwyciła syna za ramię i popchnęła, zmuszając chłopaka do ruszenia się z miejsca. Ten ukradkowo obejrzał się za siebie.
Dziewczyna nadal stała na ścieżce, lecz tym razem towarzyszył jej pies oraz druga dziewczyna. Zwierzę było bardziej podobne do wilka niż do jakiejkolwiek psiej rasy, nie posiadało również obroży.  Wyszczerzył groźnie kły, warcząc. Blondynka pogłaskała go po łbie.
— Nie krzywdź go, Wilku. To nie jego wina — doleciało do jego uszu. Towarzysząca jej szatynka pociągnęła ją za ramię z zamiarem odejścia. Lucas, zagapiony w te przedziwne postacie, potknął się i wylądował twarzą w zaspie.
— Ostatnio zbyt często się zamyślasz — zganiła go matka. — Jeszcze trochę i przestaniesz ze mną w ogóle rozmawiać.
— Tak jak ty z innymi? — spytał kąśliwie, podnosząc się i otrzepując ze śniegu. Ponownie spojrzał za siebie. Tym razem nie zauważył ani nastolatek, ani wilczura.



— Mogę się zgodzić na ograniczenie liczby zabijanych przez przypadek ludzi, ale dostanę za to pozwolenie na stworzenie własnego oddziału Voodoo. — Vanity wesoło machała nogami w powietrzu, siedząc na blacie biurka. Towarzyszący jej mężczyzna właśnie wciągał na siebie spodnie.
— Serio myślisz, że jak się ze mną prześpisz, to dostaniesz wszystko, co sobie wymarzysz? — spytał ironicznie, poprawiając wytarmoszone włosy. Magini uśmiechnęła się kpiąco, stukając palcami o drewno.
— Ja to wiem, króliczku.  — Wysłała mu całusa w powietrzu, unosząc brew do góry. Zawsze, gdy to robiła, blizny na jej czole przybierały makabryczne kształty. — Z resztą, chyba nie muszę ci przypominać, dzięki komu jesteś właśnie w trakcie wywoływania wojny?
— Masz mnie. — Mężczyzna uśmiechnął się, zarzucając na grzbiet koszulę. Materiał zakrył ciągnącą się od prawej łopatki do lewego biodra szramę na jego plecach. Ten facet dużo przeszedł w przeszłości. — Nie ubierasz się? Ja zaraz muszę wyjść.
— No daj spokój, nie podobam ci się w takiej wersji? — Vannie dumnie wypięła pierś do przodu, zakładając nogę za nogę.
— Ty może i tak, ale ten kruk... — Kevamorse zmierzył nieufnym spojrzeniem zwierzę, które wyglądało zza żeber kobiety, zaciekawione.
— On się nazywa Donald.
Ogółem to, co najbardziej go w niej przerażało, zaraz po szalonych pomysłach i totalnie nieobliczalnym charakterze, była ta "klatka", stworzona z jej kości. Już i tak, że jedynym oknem na świat, jakie posiadał kruk, było rozcięcie, ciągnące się od mostka do szóstej pary żeber. Gdyby łaziła po mieście, świecąc kośćmi i siedzących w środku krukiem... Ble.
Mężczyzna się wzdrygnął. Na sto procent nie wpuściłby jej wtedy do swojego mieszkania, a tym bardziej do łóżka.
— Dość niewinne imię jak na taką bestię. — Bezwiednie rozmasował przegub nadgarstka, który kiedyś został podziobany, gdy po raz pierwszy rozbierał Vanity. Robił to dosyć nieuważnie, ręka mu się omsknęła... Pamiątką po tamtej niezapomnianej nocy w jego biurze było małe wgłębienie w skórze na palcu wskazującym lewej dłoni.
— Mówisz o mnie czy o nim? — zapytała wesoło, szczerząc się. Zeskoczyła z biurka i podeszła do Kevamorse'a, by zapiąć guziki jego koszuli. — Kicaj podbijać świat, króliczku.
Brunet roześmiał się, ukazując lekko zaostrzone kły.

***
Miała być Kay, Lucas i Calma. Wyszła Kay, Lucek, bardzo ważna postać nr 1, bardzo ważna postać nr 2, Wilk, a żeby było weselej, to jeszcze spółka Van i Kevuś. BTW, Kevamorse to tak naprawdę nazwisko. Na imię sobie jeszcze trochę poczekacie.
Tak swoją drogą, to dziś o 21:13 Lucusiowi stuknęłaby osiemnastka, gdyby żył w naszym świecie (ew. w Polsce. A nuż po Stanach biega taki krukowaty demon z matką satanistką...). Sto lat dla Lucka, yay! Można uznać, że ta notka jest dla niego. I dla mojego kotka, byśmy miesięcznicę już ósmą miały :3. O, i jeszcze dla Megan. Bo tak chciała Van.
No, jak się podoba? Wiem, że krótkie i tyle męczone, nie bijcie. 

4 komentarze:

  1. Oemdzi, rozwaliłaś mi mózg tym rozdziałem. Van i Kevuś... Aaaaa, oh noez. I Donald. <3 Kocham Donalda, Donald zawsze musi być. No, ogółem wszystko mi się tutaj podobało. Piszesz coraz lepiej z każdym rozdziałem, coraz więcej opisów dajesz i coraz bardziej mnie to opowiadanie wciąga. Trzymaj tak dalej. Chcę już wiedzieć, kim są te dziewczyny z Wilkiem.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję za dedykację ;) Wszystkiego najlepszego dla Lucasa, i niech w końcu ojca odwiedzi. Chciałabym o tym przeczytać >:D
    Powiem ci szczerze, że Vanity mnie przeraża. Jest taka.. radosna w swoim okrucieństwie. I wolę sobie nie wyobrażać jak wygląda, bo mnie ciarki przechodzą. I dlatego ją uwielbiam :3 Pozdrów ją ode mnie ^-^
    Kay i Richard są tacy uroczy. Ich walka była tak zacięta, że aż musiałam przerwać w połowie i wygooglować "escrima". Na szczęście ciocia Wikipedia szybko mi to wytłumaczyła.
    Te dwie dziewczyny z wilkiem mnie zastanawiają. Czy ja ich czasem nie znam? A może jednak nie.
    Nie mam nic do zarzucenia temu rozdziałowi. Po prostu idealny był. Opłaciło się czekanie tak długo :]
    Pisz szybko następny, bo już mnie ciekawość gryzie co może się stać :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, do ich spotkania to jeszcze spoooro czasu musi upłynąć. Tzn, najpierw Lucek musi się dowiedzieć, kto jest jego ojcem, a to będzie gdzieś tak połowa całej historii...
      Vannie tak lubi <3. A wyobrazić ją sobie można prosto: fioletowe, krótkie włosy, grzywa zasłaniające lee oko (które jest przy okazji tęczowe), prawe oko fioletowe, szramy i blizny na czole (po szkle, w dzieciństwie była bita butelkami po alkoholu). Narzuć jakąś koszulkę na nią, Donalda nie musi być widać xP.
      Van: A też pozdrawiam :D. Mój kościół się powiększa, więc kto chce sobie ze mną potrenować? Nie gwarantuję tego, że przeżyjecie.
      Escrimy to takie kijoszki, które Night używa zamiennie ze swoim kijem. 2 w cenie jednego, a escrimy Kay jeszcze mają taki myk, że mogą się łączyć i stawać się kijkiem :D.
      Obie znasz. Jedna z nich miała kiedyś autyzm. W tej wersji jest po prostu nieśmiałą ciamajdą, a potem bardzo fajną postacią <3.
      Dziękuję za komentarz :)

      Usuń