piątek, 15 lipca 2016

Smuga 8. — Odcinek sponsorowany przez kuchnie i kłótnie rodzinne

Więzienie, w którym Kevamorse trzymał swoich najgroźniejszych wrogów było zdecydowanie zbyt białe i zbyt schludne. Oprócz krwawych plam na posadzce, długie korytarze i puste cele znajdowały się w idealnym stanie. Tak, jakby nigdy wcześniej nikogo w nich nie umieszczono.
— Mamo, przepraszam cię z całego serca — mruknęła do siebie Kayla, wbijając wzrok w zakrwawioną podłogę. Czuła, jak narasta w niej wściekłość. Gdyby nie ta cała pieprzona Black Harpy, czy jak oni ją tam sobie nazwali, za nic nie udałoby im się jej złapać.
— Mamusia ci już nie pomoże, dziecino — rzucił kąśliwie jeden z dwóch strażników, którzy prowadzili ją do celi.
— Tyle to i ja wiem — odparła niechętnie, ukradkiem rozglądając się dookoła. Niespodziewanie stanęła jak wryta z rozdziawionymi ustami.
Naprzeciwko niej, w celi, skuty łańcuchami klęczał Ecstasy. Jego ciało było tak zmasakrowane, że gdyby nie uwijająca się wokół niego Agony i wystający z otwartych ran pordzewiały drut kolczasty dziewczyna za nic nie poznałaby jednego z dwóch pomiotów szatana.
— Ekstazo, widzisz to? — Siostra bliźniaczka wyszczerzyła się upiornie. Każde słowo wręcz wypluwała z ust. — Toż to nasza droga Kayla!
Pokiereszowany diabeł podniósł głowę i splunął czarną, smolistą krwią na posadzkę.
— Taa, Kayla. W końcu ktoś się o ciebie upomniał — wycharczał. Agonia sprawnie leczyła każdą ranę na ciele brata.
— Co, tatuś nadal straszy cię nami w nocy? Może znowu mamy wpaść na małą herbatkę? — spytała niewinnie, starając się nie zadrapać pazurami leczonej ofiary.
— No, ruszaj się! — Zniecierpliwiony jej opieszałością strażnik pchnął Kay kolbą karabinu laserowego. Graysonówna zatoczyła się, ale nie upadła. Posłusznie udała się w stronę swojej nowej celi, gorączkowo zastanawiając się, co diabelskie bliźniaki mogą robić na Ziemi, a tym bardziej w więzieniu? I dlaczego nikt z Piekła jeszcze się o nich nie upomniał?


Kuchnia była bardzo małym pomieszczeniem. Metrów kwadratowych starczyło tylko na ustawienie maleńkiej lodówki, wciśniętej zaraz obok drzwi, stolika i czterech krzeseł pod oknem oraz kuchenki gazowej i blatu, umieszczonych naprzeciw drewnianych mebli. Lawirowanie pomiędzy częścią kuchenną a jadalną w więcej niż jedną osobę było niemożliwe.
Ginger zaparzyła sobie herbatę owocową w swoim ulubionym, lekko poniszczonym kubku, w całości oklejonym kreskówkowymi pająkami i motylami, po czym zasiadła przy stoliku i oparła podbródek na dłoni, przyglądając się szarej rzeczywistości, rozciągającej się za oknem.
Kłótnię, która rozgrywała się w pokoju obok dzielnie ignorowała. Obie jej córki były dorosłe, więc pozostawiła im do rozwiązania kwestię tymczasowego noclegu Seth. Z powodu ostatnich dziwnych wydarzeń w gangu narkotykowym ich ojca najmłodsza latorośl musiała przez kilka tygodni pomieszkiwać u matki.
Gin westchnęła, gdy coś uderzyło w ścianę zaraz za jej plecami. Zupełnie jak dzieci.
"Cóż, Melanie zarabia na siebie, więc jeśli coś zepsują, to będzie musiała sama sobie odkupić." — pomyślała, wzruszając ramionami. Z zamyśleniem przejechała kciukiem po naklejce w kształcie fioletowego, uśmiechniętego motyla i skrzywiła się lekko. Powinna już dawno temu wyrzucić ten kubek. Przypominał o zbyt wielu bolesnych sprawach.
Tytani Północy, Młodzi Tytani, Hollywood, Shadow... Daniel. Miała tylu przyjaciół, więc dlaczego została z dwójką rozwrzeszczanych nastolatek? Gdzie oni wszyscy się podziali?
Zerknęła ze znudzeniem w stronę drzwi. Siostrzyczki przeniosły się z kłótnią na korytarz, wyzywając od idiotek, dziwaczek i innych takich. Rzecz jasna, używały o wiele mniej cenzuralnych słów.
— Dom wariatów — skwitowała najstarsza kobieta w tym gronie, spokojnie popijając herbatę.
— Mamo! — zaczęła z wyrzutem starsza córka. — Ona nie może tak sobie po prostu przychodzić kiedy jej się podoba, wyżerać nam całą zawartość lodówki i wtryniać się do mojego pokoju, kiedy chce!
— Zasadniczo to może, bo jest twoją siostrą. — Ruda wzruszyła ramionami. — A siostry są od tego, by dokuczać sobie nawzajem.
— Spalony argument, krowo — rzuciła z dziką satysfakcją młodsza córka, pokazując język Melanie.
— Jak ja cię zaraz! — Siostra rzuciła się z rządzą mordu w oczach na Seth, prawdopodobnie chcąc pozbawić ją wzroku.
— Tylko spróbuj! — Młoda wykonała sprytny unik, przemykając pod ramieniem przeciwniczki, po czym popędziła do pokoju siostry i zamknęła się od środka na klucz. Kopanie w drzwi i krzyczenie nic nie pomogło.
— Mells, uspokój się — westchnęła Ginger, związując włosy w niedbały kucyk. — Już tydzień tak się tłuczecie, nie możecie sobie odpuścić?
— Nie! Niech sobie nie myśli, że jest jakąś cholerną księżniczką, której wszystko wolno! — Wściekła córka kopnęła jeszcze raz w drzwi.
— Jak je rozwalisz, to płacisz za nowe — ostrzegła ją matka. To ostudziło zapał Melanie na tyle, by ta usiadła obok swojej rodzicielki i westchnęła ciężko, opierając głowę o stół. Nie zareagowała, kiedy leżąca na blacie komórka zawibrowała, oznajmiając połączenie przychodzące.
Ginger rzuciła pytające spojrzenie córce, lecz gdy nie doczekała się żadnej reakcji, sama chwyciła aparat w dłoń i wcisnęła zieloną słuchawkę.
— Słucham — mruknęła, popijając herbatę. O mało się nie zakrztusiła, gdy usłyszała głos po drugiej stronie.
— Ginger... Słuchaj, potrzebuję twojej pomocy. Przyskrzynili Kay.


Kiedy Melanie zapukała do drzwi mieszkania, nikt jej nie odpowiedział. Postanowiła więc wejść bez pozwolenia, co ułatwiły jej niedomknięte drzwi.
Felix po raz dziesiąty okrążył wyspę kuchenną, wgapiając się ekran telefonu. Zamyślony, nie zauważył kabla od ładowarki, rozciągniętego na podłodze i runął jak długi. Pociągnął przez przypadek za sobą drewnianą misę z owocami, która spadając, uderzyła go ramię.
— No do cholery... — mruknął, podnosząc się na łokciach i rozglądając się za upuszczonym telefonem komórkowym. Skrzywił się lekko z powodu bólu i zaklął siarczyście, nie mogąc dostrzec zguby. Rozmasowując obolałe ramię, wstał, a z jego włosów wytrysnęło kilka iskier. 
Zerknął na ekran laptopa, który od tygodnia bezustannie monitorował kolejne ruchy Calmy, Nie wiedział, co się z nią działo, dwa dni wcześniej opuściła strefę zasięgu jego pluskwy i przepadła jak kamień w wodę. Dodatkowo jego dawno nieużywane skrzydła, schowane pod koszulką, zaczynały niemiłosiernie piec, przypominając o tym, że potrzebują rozprostowania i lotu. Nic, tylko same problemy. 
— Cześć, Iskierko. Przeszkadzam? — zapytała przyjaciółka z dzieciństwa, opierając się o framugę drzwi. Felix rzucił jej mordercze spojrzenie.
— Czego chcesz? — warknął, przesuwając kanapę, pod którą również nie znalazł upragnionego telefonu.
— Heej, coś ty taki zły? — Zaskoczona zachowaniem Melanie schyliła się i wyciągnęła poszukiwany przedmiot spod stołu. — Tego szukasz?
— Ta, dzięki. — Rudzielec odebrał od niej przedmiot, po czym warknął sfrustrowany, widząc zbity ekran wyświetlacza. Jego włosy zaczęły lekko dymić. — No po prostu cudnie.
— Powiesz mi w końcu, co się dzieje, że tak się wściekasz? — Nauczona doświadczeniem znajoma sięgnęła po szklankę z wodą, stojącą na blacie. Tak na wypadek, gdyby jej wybuchowy przyjaciel zamierzał dać zbyt gwałtowny upust swoim emocjom.
— Dziewczynę chciałem namierzyć, tylko niestety, zwiała mi. Jest za daleko, bym mógł ją znaleźć. — Zrezygnowany Felix usiadł przy blacie kuchennym i zaczął rozmasowywać skronie palcami. Starał się przy tym zrobić wszystko, by koleżanka nie zauważyła napływających do jego oczu łez. Mels usiadła obok niego i podała mu szklankę, przypatrując się uważnie byłemu wojskowemu.
— Felix, czy ty kogoś śledzisz? A jeśli tak, to dlaczego? — spytała ostrożnie. Po swojej przygodzie w klubie i tajemniczej kobiecie, która wiedziała o niej wszystko, była dość wyczulona na tego typu sprawy.
— Nie bój żaby, Mels. To tylko znajoma, z którą załatwiam interesy. Mam dla niej trochę informacji, o które prosiła, tylko zapomniała zostawić mi danych kontaktowych, więc staram się do niej dotrzeć w inny sposób — zbył ją machnięciem ręki, przyjmując podany przedmiot. Wypił natychmiastowo całą zawartość naczynia. Melanie przyglądała mu się jeszcze przez chwilę.
— Jak wolisz. I tak coś mi się wydaje, że kręcisz. — Przeciągnęła się, rozglądając po mieszkaniu, które przedstawiało istny obraz nędzy i rozpaczy. Nieprane od co najmniej kilku tygodni ubrania walały się po podłodze i meblach, opakowania po daniach typu instant piętrzyły się w koszu i jego okolicach, połamane i trochę zwęglone krzesło stało w kącie, służąc za magazyn dla kabli i różnego rodzaju urządzeń elektrycznych. — Nie sądzisz, że trochę za bardzo skupiasz się na szukaniu tej pani, skoro to podobno zwykła klientka? — wskazała na panujący bałagan, który tak bardzo nie pasował jej do wiecznie dbającego o czystość Felixa.
— To bardzo ważne informacje — mruknął w odpowiedzi, opierając czoło o puste opakowanie po pizzy. Melanie westchnęła ciężko, kręcąc głową. — A tak właściwie co tu robisz? 
— Wpadłam zobaczyć, co u ciebie.
— Nie uwierzę, że tak po prostu wpadłaś z przyjacielską wizytą, nie widziałem cię przeszło od dwóch tygodni. — Posłał jej podejrzliwe spojrzenie. Dziewczyna po prostu się roześmiała, próbując potarmosić mu włosy. Odsunęła dłoń, gdy rozświetliły je pojedyncze płomienie. 
— Oj no już, nie denerwuj się. — Puściła do niego oko. — Interes mam do ciebie i coś mi się wydaje, że możemy sobie wzajemnie pomóc.
— O co chodzi? — Chłopak wyprostował się, opierając łokciami o blat. Płomienie zniknęły równie szybko, co się pojawiły.
— Porwali moją dobrą przyjaciółkę i potrzebuję ludzi, którzy pomogą mi ją odbić. W zamian mogę coś pokombinować przy twojej antenie, żebyś bez problemu mógł znaleźć tą swoją klientkę. — Uśmiechnęła się czarująco, próbując go w ten sposób jakoś przekonać do swojej propozycji.
— Jaką przyjaciółkę? 
— Kayla, kojarzysz może? — Wzruszyła ramionami. Felix tym czasem odsunął się od niej na tyle, na ile pozwolił mu stołek, robiąc przy okazji dramatyczną minę.
— Jak mam niby nie kojarzyć? To TA Kayla, o której tyle nawijasz? — Teatralnym gestem zakrył usta dłonią. Melanie posłała mu pytające spojrzenie.
— Wcale o niej nie nawijam, daj spokój — odparła lekko spięta, doszukując się u swojego przyjaciela pierwszych oznak choroby psychicznej. Jego skoki po humorach na pewno nie były czymś normalnym.
— Niee, wcaale. Kayla kupiła nowy strój w którym tak super wygląda, Kayla zleciała z dachu, Kayla uwielbia orchidee, Kayla to, Kayla tamo — przedrzeźniał ją, nic sobie nie robiąc z jej skwaszonej miny. — I to też wcale nie tak, że praktycznie co do ciebie dzwoniłem, żeby się umówić na wspólne wyjście, to ty akurat robiłaś coś z Kaylą. Albo nie tak, że masz na Dysku Google pełno fantazji erotycznych z nią w roli głównej… Swoją drogą, ty się w niej kochasz, co? — Zręcznie uchylił się przed gradem pięści, jaki miał spaść na jego obolałe ramię i schronił się przed gniewem przyjaciółki po drugiej stronie wyspy.
— SKĄD O TYM WIESZ?! — pisnęła, zarumieniona po czubki uszu. Felix wyszczerzył się do niej łobuzersko, a Melanie schowała twarz w dłonie.
— Musisz bardziej uważać na to, gdzie i u kogo się logujesz na pocztę — odparł wymijająco, puszczając do przyjaciółki oczko.
— Ja cię chyba zamorduję! Jak mogłeś to czytać?! — Rzuciła się na niego z zamiarem rychłego zamordowania go. Rozpoczęła się gonitwa, której towarzyszył śmiech rozbawionego Felixa.


Opuszczenie Młodych Tytanów w przeszłości i nieużywanie magii zdążyło w miarę odzwyczaić panią prawnik od niespodziewanych, nadnaturalnych zdarzeń. Pomimo tego niezbyt zaskoczył ją znikąd otwarty portal, przez który do jej kuchni przedostała się jej kuzynka, Rohkea.
— Gdzie on jest? — rzuciła oschle, rozglądając się po pomieszczeniu. Jej mina wskazywała na rządzę mordu.
— Lucas, to do ciebie! — krzyknęła matka, przeglądając jakieś papiery. — Usiądziesz? — Wskazała na krzesło, stojące obok. Nie spojrzała nawet na Roe.
— Nie, dziękuję, najpierw muszę zamordować twojego syna. — Wbrew własnym słowom Rohkea zajęła miejsce obok kuzynki. — Zdajesz sobie sprawę, co twój kochany synek znów wykombinował?
— Co takiego? — Rachel nie wydawała się być zbyt przejęta kolejnym wybrykiem swojego syna. Przez okres jej pomieszkiwania na Azarath wraz z młodą latoroślą przyzwyczaiła się do ciągłego narzekania Roe na Lucasa.
W tym momencie do kuchni wszedł Lucas, wycierając mokre włosy ręcznikiem. Na widok ciotki przystanął w drzwiach, wyczuwając kłopoty.
— Cześć, ciociu — rzucił nieśmiało, zdejmując powoli ręcznik z głowy. 
— Cześć, mój drogi. Pochwaliłeś się mamie, co udało ci się zmalować tym razem? — wysyczała jadowicie Rohkea. Rachel uniosła jedną brew do góry, podnosząc wzrok znad papierów. Tak wściekłej kuzynki już dawno nie widziała. 
— Lucas, coś ty zrobił? — spytała syna podejrzliwie, przenosząc badawcze spojrzenie na jedynaka. Ten uśmiechnął się niewinnie.
— Nie przypominam sobie, bym coś w tym tygodniu kombinował — rzucił lekko, starając się przybrać minę najbardziej niewinnego szczeniaczka na świecie. 
— Twój kochany synalek — zaczęła Roe, sycząc niczym rozwścieczony wąż — pootwierał sobie portale w piekle, wypuszczając na wolność całe hordy demonów, w tym Jamesa i resztę twoich braci.
Rachel przez chwilę wpatrywała się w kuzynkę bez słowa, przetrawiając informacje. Kiedy ponownie spojrzała na syna, wybuchł toster, stojący na blacie kuchennym. 
— Co proszę? — spytała chłodno. Lucas wysilił się jeszcze trochę, by wyglądać jeszcze bardziej niewinnie.
— A, no tak, coś takiego chyba było. Nie wspominałem ci? — zapytał, po czym błyskawicznie uchylił się, gdy wiszący za nim obraz spadł na podłogę za sprawą mocy jego matki. 
— Lonanie Lucasie Roth, dlaczego mi nic, do cholery, nie powiedziałeś? I po jakiego diabła w ogóle otwierałeś portal? — Młody Roth wiedział, że ma kompletnie przewalone, kiedy tylko matka użyła jego pełnego imienia i nazwiska. Dla bezpieczeństwa wolał schować się za drzwiami.
— Dorwałam Jamesa, który twierdził, że młody chciał z niego wyciągnąć informacje o portalach na Azarath — dorzuciła swoje trzy grosze ciotka, starając się zapanować nad nerwami. — Spryciarz otworzył portal na Carazonie, który już dawno przekazałam Fallenowi. Ja nie wyczułam zawirowań związanych z magią, a Fallen jest zbyt zajęty, by się przejmować czymś takim, skoro w kółko tam ktoś podróżuje. 
— Carazon nie jest twój? — spytał zaskoczony Lucas, wyglądając zza drzwi. Roe z całych sił próbowała go nie zadusić swoją mocą. Przetarła tylko oczy dłońmi.
— Od co najmniej dekady, geniuszu. Możesz mi chociaż wyjaśnić, dlaczego nikomu nic o tym nie powiedziałeś?
— Ja… ja myślałem… — zaczął nieśmiało dukać, a ogrom głupoty, jaką popełnił, wręcz wbił go w podłogę. 
— No to super, że myślałeś, szkoda tylko, że nie wyszło z tego nic dobrego — warknęła Rohkea, wstając. Podeszła do ciągle otwartego portalu i rzuciła oskarżające spojrzenie Rachel, która załamana wpatrywała się w powód większości nieszczęść w jej życiu. — Mam nadzieję, że przynajmniej pomożesz nam wyłapać twoich braci, z resztą damy sobie radę. 
— Wiesz, że dawno nie używałam mocy. Mogę teraz narobić więcej szkody niż pożytku — odparła słabo kobieta, obserwując swojego syna. 
— Tak myślałam. — Rohkea westchnęła, kręcąc głową z niedowierzaniem. — Swoją drogą, to świetnie wychowałaś młodego, gratulacje. Nie mogłaś go tak po prostu oddać mnichom na wychowanie, co? 
Rachel podniosła się, rzucając gniewne spojrzenie kuzynce. Kwiatek za jej plecami wybuchł, rozsypując ziemię dookoła.
— Nie zaczynajmy lepiej tej rozmowy, Roe. Proszę, idź już. — Ciotka Lucasa przeszła przez portal, który z trzaskiem zamknął się za nią. Dopiero wtedy pani prawnik zwróciła się w stronę lekko przerażonego młodego maga. — Najwyraźniej powinniśmy o czymś porozmawiać, synu — rzuciła sucho. Lucas, widząc, że ciotka opuściła już ich kuchnię odprężył się lekko. Zdecydowanie lepiej jest się kłócić z tylko jedną rozwścieczoną czarownicą. 
— No wiesz, nie chciałaś mi nic powiedzieć o ojcu, a portale na Azarath zostały zamknięte, więc musiałem poszukać jakiegoś innego rozwiązania. — Wzruszył ramionami, przewieszając ręcznik przez oparcie krzesła. Matka zazgrzytała zębami. 
— I dlatego wypuściłeś demony z piekła? W jaki sposób to niby miało ci się pomóc dostać na Azarath?!
— Hm, to jest całkiem dobre pytanie. — Lucas przeczesał włosy, zastanawiając się przez chwilę i doprowadzając tym Rachel do szału. — Po prostu myślałem, że wujek James jest na tyle oblatany w tych sprawach, że mi coś podpowie. 
— Ty chyba kompletnie zwariowałeś. Poza tym, co niby liczyłeś znaleźć na Azarath? Nikt tam nawet nie wie o istnieniu twojego ojca!
— Może gdybyś zechciała mi powiedzieć coś więcej, nie doszłoby do tego wszystkiego! — Lucas postanowił wykorzystać swoją starą, ulubioną technikę przerzucania winy na kogoś innego niż on. — To wszystko przez ciebie! Wystarczyło mi po prostu powiedzieć, kim on jest, to nie musiałbym otwierać tego durnego portalu, a moi wujkowie nadal smażyliby się w piekle!
— Nawet nie próbuj tego zrzucać na mnie! — krzyknęła zdenerwowana Rachel. Lampa nad ich głowami zaczęła pękać. — To tylko i wyłącznie twoja wina! Musiałeś jak zwykle myśleć tylko o sobie! Powiedziałam ci o ojcu tyle, ile ci jest potrzebne do życia, reszty nie musisz wiedzieć!
— Tak? To dlaczego nie jesteś mi w stanie przynajmniej powiedzieć, jak miał na imię?! — Lucas również podniósł głos, rzucając wściekłe spojrzenie matce. — Cały czas kręcisz i nic mi nie mówisz, a ja chcę go tylko poznać, to aż taka zbordnia?!
Rachel wzięła głębszy oddech dla uspokojenia nerwów i przymknęła powieki. Lucas tymczasem kontynuował swoją litanię pretensji:
— Nie wiem o nim kompletnie nic! Kompletnie obcy ludzie potrafią powiedzieć o nim więcej, niż ja! Nie znam jego imienia, nie wiem gdzie mieszka, jak wygląda, czy ma rodzinę, kompletnie nic! Na serio myślałaś, ze nie będę chciał go poznać? 
— On nawet nie wie, że istniejesz! — wrzasnęła matka, zaciskając dłonie w pięści. W tym momencie rozleciały się na kawałki wszystkie szklane przedmioty, jakie tylko znajdowały się w mieszkaniu. Zaszokowany Lucas przez kilka minut po prostu wpatrywał się w matkę, która powoli odzyskiwała kontrolę nad sobą.
— On… nie wie, że ma syna? Nie powiedziałaś mu? — zapytał słabo.
— Nie — mruknęła cicho, spuszczając głowę i wpatrując się w płytki podłogowe. Po chwili usłyszała pospieszne kroki, stawiane na potłuczonym szkle, po czym do jej uszu doleciał huk zatrzaskiwanych drzwi.
Dopiero w tym momencie z jej oczu pociekły łzy.




Ok, kilka moich uwag po napisaniu tej Smugi.

  1. Zatrważająco duża część moich postaci jest ruda, wtf. Ginger, DD, potem jeszcze Pan Płomyczek, a do tego Wally, a to tylko ta historia. Na bank ktoś jeszcze się przyplącze. 
  2. Im serio przydałyby się wakacje. Wszyscy łażą wściekli jak osy. Muszę im chyba wrzucić coś do środka na rozluźnienie.
  3. Tehehe, a Lucas i Kayla w takiej najwcześniejszej wersji mieli skończyć jako para, ekhm. Chyba by się wymordowali.
  4. Lipiec to jakiś taki kreatywny miesiąc dla mnie w całym roku, zauważyliście?
  5. CZY ONI WSZYSCY ZAWSZE WSZYSTKO MUSZĄ ZAŁATWIAĆ W KUCHNIACH? Co to, konkurs na to, kto prędzej narobi więcej syfu? I tak wygra Felek, wcześniej zaczął.
A tak poza tym to myślę nad zmianą szablonu, bo ten już mi się mocno znudził. No, to chyba tyle na dziś. Kłaniam się nisko i bawcie się dobrze :D.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz