wtorek, 16 kwietnia 2019

#NWP 7, czyli podsumowanie dotychczasowej pisaniny

Większość z tego już czytaliście, także możecie pominąć ten post. Chyba, że mam na końcu wrzucić przepis na dorayaki :D. Więcej o Matyldzie dostaniecie gdzieś pomiędzy świętami a 7 maja. Poza tym (jeśli się uda, oczywiście), to po 04.05 otrzymacie informację, czy na blogu pojawi się troszkę dłuższe opowiadanie, czy będziecie musieli biegać i kupować gazetę, by je przeczytać. A jak nie wyjdzie, to dostaniecie coś na bloga, tylko w późniejszym terminie. Win/win :D. A teraz zapraszam do czytania.
I wesołych świąt!


Opis bohatera (10 zdań)
Matyldę znał chyba każdy, kto kiedykolwiek przekroczył mury uniwersytetu. Jej sława zaczęła się w momencie, gdy w trakcie pierwszego tygodnia studiów przeniosła się z architektury wnętrz na kierunek poświęcony filozofii biznesu, by później, po przepisaniu się na japonistykę, wylądować na filologii rosyjskiej. Zmiany następowały w jej życiu tak szybko, że po kilku latach takiego studiowania znała rzesze studentów z różnych kierunków, z większością doktorantów mówiła sobie po imieniu, a kilkoro magistrów chętnie zapraszało ją na piątkowe imprezy w plenerze. Nie była również obca żadnemu wykładowcy: każdego dnia istniało ryzyka, że wśród grupy studentów czekających na zajęcia pojawi się niewysoka istota o czarnej, krótko ściętej czuprynie i żywych, wesołych, burych oczach. Pomimo wiecznego niezdecydowania i duszy artysty cieszyła się sympatią wśród otaczających ją ludzi ze względu na swoje pogodne i pomocne usposobienie. Styl ubioru dziewczyny nie dawał zamknąć się w żadnych ramach i kategoriach. Sama Matylda często żartowała, że to, co na siebie włoży, zależy od rzutu kością, układu planet i zmian w układzie lotów statków kosmicznych. Wiodła beztroskie życie wiecznego studenta, które od czasu do czasu przerywane było tragediami w postaci zepsutego po raz wtóry tostera czy braku możliwości kupienia nowego gadżetu z ulubioną postacią z niszowego niezależnego filmu.
Opis mieszkania bohatera (też pewnie z 10 zdań)
Stancja, na której mieszkała, znajdowała się o piętnaście minut drogi spacerkiem od budynku uniwersytetu, co nie przeszkadzało jej spóźniać się na poranne zajęcia. Samo mieszkanie było względnie czyste i utrzymane w jako takim porządku, chaos dawał o sobie znać dopiero po wejściu do pokoju Matyldy. Pomieszczenie było niewielkie i bardzo zagracone – naprzeciwko drzwi stało się łóżko, w tym momencie opanowane przez talerz z niedokończonym śniadaniem, zaplątane ładowarki i magazyn kulturalny otwarty na wywiadzie z norweską artystką awangardową. Obok łóżka leżał stos książek, przyozdobiony niedbale rzuconym szalem, poduszką w kształcie Littena i bujnie rosnącą Pseudosassą japońską, która wytrwale próbowała urosnąć aż do sufitu. W kącie stała zapchana po brzegi szafa, na szczycie której upchnięto jeszcze walizkę, torbę podróżną, kapelusz z szerokim rondem i zepsuty toster. Tuż pod oknem umieszczono niewielkie biurko, na którego blacie spoczywał oklejony naklejkami laptop, dzbanek do filtrowania wody, dwa puste kubki, kilka kartonowych bobików i motków muliny, śrubokręt oraz wydrukowany schemat układu elektrycznego tostera. Nad biurkiem, obok okna wisiała tablica korkowa pełna zdjęć, planów zajęć trzech różnych kierunków, karteczek indeksujących zapisanych drobnym pismem oraz kilka igieł różnej grubości. Pomiędzy biurkiem a drugim kątem pokoju spoczywała bezkształtna pufa-worek w krowie łaty, która wykorzystywana była jako siedzisko dla gości lub składownię ubrań przeznaczonych do wyprania.
Retrospekcja
— A wtedy to skleja nam się ładnie z tym kabelkiem i teraz powinno już wszystko działać. — Mama odłożyła ostrożnie na bok lutownicę, po czym przyjrzała się uważnie swojemu dziełu. Matylda, pomimo wcześniejszych zakazów przysunęła się bliżej, by lepiej widzieć poczynania rodzicielki.
— Teraz już Pan Dango będzie jeździł? — spytała dla pewności, nieufnie spoglądając na kupkę kabli, plastikowych części i układów, które jeszcze pół godziny temu były zepsutym pilotem do samochodzika na baterie.
— Zaraz zobaczymy. Chcesz mi pomóc, Mati?
Dziewczynka energicznie pokiwała głową, za co otrzymała ciepły uśmiech i niewielki śrubokręt krzyżykowy. Pod czujnym okiem matki wkręciła w odpowiednie miejsce trzy śrubki, a gdy w końcu sześciolatka wcisnęła guzik na pilocie, Pan Dango ruszył do przodu. Tylko szybka reakcja mamy uchroniła go od upadku z blatu.
— On jeździ, mamo! Jeździ! — pisnęła z radości, klaszcząc w ręce. — Dziękuję!
— No widzisz? Dałyśmy radę. — Zadowolona pani Ziółkowska odstawiła zabawkę, ściągnęła swoją pociechę na podłogę i wytarła brudne ręce w znoszone jeansy. — Ale zanim pójdziesz się pobawić, musimy o czymś porozmawiać. — Usiadła na podłodze po turecku i oparła się plecami o szafkę kuchenną.
— Coś się stało? — Matylda grzecznie usiadła obok, próbując złożyć nogi tak jak mama. Po kilku nieudanych próbach mruknęła coś, poirytowana, i przyniosła sobie stojące do tej pory w kącie krzesełko.
— Zadzwoniła dzisiaj do mnie twoja pani z przedszkola i powiedziała, że pobiłaś kolegę ze starszej klasy. — Odgarnęła z czoła córki kosmyk ciemnych włosów. Na te słowa Matylda naburmuszyła się i splotła ramiona na piersi. — Chciałam usłyszeć twoją wersję, zanim pójdę jutro z nią porozmawiać.
— No bo to on zaczął! — zaczęła z wyrzutem. — Najpierw ciągnął Zuzię za włosy, a potem popchnął ją i ona upadła i bolało ją kolano a on stał i się z niej śmiał i ja kazałam mu przestać to on zaczął się śmiać jeszcze bardziej i ja go wtedy popchnęłam bo on znowu chciał pchnąć Zuzię i wtedy…
— No, już. Spokojnie. — Kobieta przygarnęła wzburzoną córkę bliżej, przytuliła i pogłaskała ją po włosach. Skrawkiem rękawa otarła łzy, które napłynęły do oczu pociechy, gdy ta opowiadała o całym zdarzeniu. — Czyli rozumiem, że ten chłopak zaczepiał Zuzię, a ty próbowałaś jej pomóc?
Matylda pokiwała głową i pociągnęła nosem.
— Poza tym to pierwszakom w ogóle nie wolno wchodzić do nas! — mruknęła, wtulając twarz w ciepły sweter pachnący fiołkami. W ramionach mamy zaczęła się powoli uspokajać. — A jeszcze pani na mnie nakrzyczała, że go popchnęłam, a że on pchnął wcześniej Zuzię, to nic nie powiedziała!
— Porozmawiam o tym jutro z twoją wychowawczynią. — Rodzicielka nieustannie głaskała plecy dziewczynki. — Wiesz, że nie pochwalam przemocy, ale jestem dumna, że próbowałaś pomóc koleżance. Następnym razem powiedz mu, żeby się odczepił od was, a jeśli to nie zadziała, zawołaj panią.
— To potem wszyscy powiedzą, że jestem skarżypyta i że przerywam zabawę — zauważyła małolata, wycierając nos w rękaw swetra matki.
— Niestety, czasem tak bywa. Ale chyba ważniejsze jest, żeby zostawił Zuzię w spokoju, prawda? — Kobieta uśmiechnęła się do córki, czochrając jej włosy. — Nie ma się co przejmować tym, co powiedzą inni tak długo, jak robisz coś dobrego. A teraz zmykaj się bawić, ja idę w końcu skosić trawę.
Monolog myślowy
— No cześć, rybeczki, co tam słychać? — Matylda wparowała do kuchni, jedna ręką ściągając z siebie szal w kratkę, a drugą grzebiąc w torbie w poszukiwaniu telefonu. — Coś strasznie wali na korytarzu, jakby szczur zdechł pod grzejnikiem.  
Siedzący przy stole Maciek mruknął coś, co miało być formą przywitania. Nie podniósł wzroku znad czytnika nawet wtedy, gdy ciężka torebka dziewczyny wylądowała przed nim na stole.
— A gdzie właściwie jest Elka? – Rzuciła płaszcz na wolne krzesło. Machinalnie przesunęła palcem po ekranie telefonu, nie zwracając  za bardzo uwagi na to, co ogląda. Wrzuciła telefon z powrotem do torby i sięgnęła do szafki po kubek.
— Nie wiem. Ona nie miała jechać na tydzień do swoich starych? — Chłopak zdjął torbę ze stołu, pociągnął łyk kawy i powrócił do czytania.
— Boru, ale z ciebie pacan — westchnęła Mati, pstrykając przełącznik czajnika. — To ja byłam u rodziców, Elka przecież mówiła, że w tym tygodniu ma zapierdziel na uniwerku.
— Jakby mnie to co najmniej obchodziło. — Wzruszył ramionami, po czym ziewnął. — Ostatnio, jak ją widziałem, to jakiś typ do niej przyszedł i siedzieli u niej.
— Masz na myśli Tomka? Całkiem spoko koleś. — Dziewczyna sięgnęła po torbę i zaczęła wyjmować z niej pieczołowicie przygotowane przez ojca słoiki z przeróżnymi marynowanymi potrawami. Słysząc odgłos szkła stukającego o blat Maciek podniósł głowę, zaciekawiony.
— Nie, jakiś inny. Tomka to już chyba od dwóch tygodni nie widziałem. — Z uwagą obserwował kolejne cuda sztuki kulinarnej, wyciągane z przepastnej torby. Dawno temu, kiedy był jeszcze początkującym studentem i własna rozrzutność doprowadziła go do przymierania głodem pod koniec miesiąca, Matylda w całej swej dobroci serca podzieliła się z nim gołąbkami domowej roboty. Od tamtej pory codziennie marzył o ponownym skosztowaniu wspaniałej kuchni ojca Mati. — Jakim cudem ty tam to wszystko pomieściłaś?
— To tylko cztery małe słoiki, więcej mam w walizce. — Posłała mu karcące spojrzenie. — Nawet się tak na nie nie patrz. Specjalnie pytałam przed wyjazdem, czy coś chcesz, to powiedziałeś, że masz to w nosie.
— Bo myślałem, że na zakupy jedziesz, a nie do starych. — Student wyłączył czytnik, odłożył go na stół, po czym wziął delikatnie w dłonie jeden ze słoików i uważnie go obejrzał z każdej strony. — Czy to jest konfitura z płatków róży?
— Nie dla psa kiełbasa, odstaw to. Poza tym, kto robi zakupy przez cały tydzień? — Matylda odebrała mu słoik i na wszelki wypadek wszystkie przetwory przeniosła na blat kuchenny, by nie dosięgły ich zachłanne ręce kolegi. Czajnik zabulgotał, zagwizdał i już po chwili dziewczyna zalała wrzątkiem kubek gorącej herbaty.
— Już ci mówiłem, nie interesuje mnie to, co robisz w wolnym czasie. Elki też od tygodnia nie widziałem, i co? — Naburmuszony kolega splótł ręce na piersi. Matylda na te słowa odstawiła czajnik i przyjrzała mu się badawczo.
— Ile jej nie widziałeś?
— Tydzień. — Zdmuchnął kosmyk włosów z czoła i odchylił się do tyłu na krześle. — Myślałem, że gdzieś sobie pojechała. Miałem w sumie wczoraj do niej dzwonić, bo coś w jej pokoju zaczęło strasznie śmierdzieć, ale polazłem z kumplami na miasto oblać zdanego kolosa i mi się zapomniało.
— Ty to jesteś jednak ewenement na skalę światową. Laski nie ma tydzień, a ten nawet nie zauważył. — Mati przetarła oczy i westchnęła. Sięgnęła znów do torebki i wyciągnęła z niej telefon. Wybrała numer współlokatorki. — Poza zasięgiem — mruknęła po chwili i rozłączyła się.
„To jest w cholerę dziwne.” — przemknęło jej przez głowę.
— Może wyjechała w Bieszczady? Często marudziła, że kiedyś rzuci wszystko w cholerę — zasugerował Maciek.
— Jasne, wyobraź sobie Elkę w miejscu bez zasięgu. — W zamyśleniu zaczęła stukać paznokciami o blat stołu. Student wzruszył po raz kolejny ramionami i znów sięgnął po czytnik. Dziewczyna machnęła na niego ręką. Jak zwykle był przydatny niczym przeterminowany bon na darmową depilację woskiem.
„Na pewno nie pozwoliłaby też, by rozładował się jej telefon, już prędzej odcięłaby sobie rękę.” — Matylda zmarszczyła brwi. Może stało się coś złego?
— Trzeba będzie zajrzeć do jej pokoju — rzuciła nagle. Tak jak się spodziewała, Maciek zareagował na te słowa poirytowanym westchnięciem.
— Ale ty dupę trujesz, kobieto. Co nas obchodzi, gdzie jest i co robi?
— No wybacz, że posiadam trochę empatii, mężczyzno — odgryzła się. — Może coś jej się stało? Może zemdlała i leży tam Bór wie, który dzień, a ty nie raczyłeś się sprawdzić, co z nią? Może ktoś ją porwał?
— Przesadzasz. Ale jak tak bardzo chcesz, to dobra, chodźmy naruszyć jej prawo do prywatności, może nas potem pozwie. — Chłopak wstał i ruszył w stronę korytarza. Mati podreptała za nim, mamrocząc pod nosem złośliwości w stronę kolegi.
„Jak można być takim złamasem, żeby przez tyle czasu się nie zainteresować, co się wokół dzieje? No co za człowiek, słów brakuje. Łeb mu już do końca spróchniał od alkoholu. Żadna komórka się nie zachowała. Walizkę muszę zabrać, bo się słoiki w tej temperaturze ugotują. Ciekawe, co z tą Elką. Gdzie ją wywiało?” — Myśli tłukły jej się po głowie, gdy szła za kolegą. Próbowała zamienić go wzrokiem w kamień, kiedy w końcu stanęli pod drzwiami pokoju Elki. Niestety, plecy Maćka pozostawały nieczułe na złe wibracje wysyłane przez Mati w jego stronę. Chłopak najpierw kulturalnie zapukał.
— Elka, jesteś? — spytał. — Sorka, że ci tak włazimy z butami i łamiemy prawo, mam nadzieję, że wybaczysz nam Matyldowe napady paranoi, bo to jej pomysł był — rzucił, kiedy nie usłyszał odpowiedzi. Pociągnął za klamkę. 
Nozdrza obojga studentów uderzył smród tak paskudny, że Maciek zgiął się w pół i zwymiotował do stojącego pod ścianą buta, a Mati z piskiem uciekła do swojego pokoju.
— Zamknij to! Zamknij, do cholery! — wrzasnęła, zakrywając nos chwyconą w locie koszulką. Chłopak obtarł usta krańcem rękawa i z trudem wyprostował się.
— O jasna cholera… — wydusił.
— Co ty tam robisz? Zamykaj to! — Dziewczyna najpierw wyściubiła nos z pokoju, a gdy Maciek dalej nie reagował na jej słowa, podeszła do niego. Przepchnęła się obok zszokowanego kolegi. To, co zobaczyła, przyprawiło ją o dreszcze. Przez uchylone drzwi widziała jedynie straszny chaos w pokoju znajomej. Wszystkie rzeczy, jakie posiadała Elka, walały się po pokoju w nieładzie, jakby co najmniej przez pomieszczenie przeszło tornado. Wśród całego tego bałaganu leżała dziewczyna. Zwrócona twarzą do ziemi, sztywna, posiniaczona. Jej skóra była blada. Sam zapach nie pozostawiał żadnych złudzeń.
„Okej. Okej. Powoli i spokojnie.” — powtarzała sobie w głowie Matylda — „No dalej. Przypomnij sobie, czego się uczyłaś. Co się robi jak się znajdzie trupa?”
Dopiero w tym momencie uświadomiła sobie, że nie ma zielonego pojęcia, co należy zrobić, bo nigdy nie przyjęto jej na kryminalistykę.
„Trupi jad. Zwłoki wydzielają jad” — przemknęło jej przez głowę. Zamknęła bezwiednie drzwi, podczas gdy zszokowany Maciek wyciągnął z kieszeni telefon i drżącymi rękoma wybrał numer. Dziewczyna powoli osunęła się na kolana, ciężko oddychając.
— Halo, policja? — doleciało do jej uszu. W końcu jej żołądek nie wytrzymał. But przyjął na siebie kolejną porcję wymiocin. 

Myśli

  • mowa niezależna
„Jak można być takim złamasem, żeby przez tyle czasu się nie zainteresować, co się wokół dzieje? No co za człowiek, słów brakuje. Łeb mu już do końca spróchniał od alkoholu. Żadna komórka się nie zachowała. Walizkę muszę zabrać, bo się słoiki w tej temperaturze ugotują. Ciekawe, co z tą Elką. Gdzie ją wywiało?” — Myśli tłukły jej się po głowie, gdy szła za kolegą.

  • mowa zależna
Idąc za kolegą zastanawiała się, jak można przez tyle dni nie zainteresować się miejscem pobytu koleżanki. Wymyślała coraz bardziej wymyślne przekleństwa pod adresem współlokatora, jednocześnie próbując zamienić go spojrzeniem w kamień. Z tego ponurego koncertu wyrzutów pod adresem Maćka wybił ją widok pozostawionej w korytarzu walizki. Przez głowę przemknęła jej myśl, że powinna zabrać przedmiot do pokoju, by wypakować z niego słoiki. Po chwili przypomniała sobie o powodzie całego zamieszania.

  • mowa pozornie zależna
Maciek był kompletnym kretynem, co do tego nie miała żadnych wątpliwości. No bo jak tak można? Elki tydzień w domu nie było, a ten nawet tego nie zauważył. Najwidoczniej alkohol zdążył zabić ostatnie szare komórki studenta, a już na pewno nie oszczędził jego poczucia empatii. Idąc za chłopakiem, Matylda zauważyła pozostawioną w korytarzu walizkę. Powinna jak najszybciej wypakować z niej słoiki, by się nie popsuły w zbyt wysokiej temperaturze. Dziewczyna skarciła się w myślach. Ważniejsza od słoików była teraz Elka. Gdzie, na Boga, wywiało tą kobietę?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz