piątek, 22 grudnia 2017

Cień III — Kto pod kim dołki kopie, ten jest geologiem

Kiedy się ocknęłam, do pokoju przez zaciągnięte zasłony próbowało wedrzeć się światło. Gwiazdka fruwała po pomieszczeniu, podlewając rośliny.
— Co tu robisz? — spytałam słabo, przecierając opuchnięte oczy. Nie bardzo potrafiłam sobie przypomnieć, co działo się poprzedniej nocy. Pamiętałam tylko, że dużo płakałam i nie mogłam przestać.
Kosmitka natychmiast znalazła się przy mnie.
— Pilnowałam, by ci niczego nie brakowało i by wczorajsza sytuacja już się nie powtórzyła — wyjaśniła, siadając na podłodze. Wyglądała, jakby nie przespała nawet minuty. Wpatrywała się we mnie z niepokojem, głaszcząc moją dłoń.
Dopiero wtedy trybiki w moim mózgu zaczęły pracować. Wczorajsza sytuacja. Cmentarz. Śmierć Sadie.
Pociągnęłam nosem. Byłam zbyt otępiała po końskiej dawce leków, by płakać.
— Spokojnie, łzy mi się skończyły — zażartowałam, by nie dawać dziewczynie dodatkowych powodów do zamartwiania się. Na jej twarzy odmalowało się zdumienie.
— Czy mam przynieść te dziwne, zielone krople Raven, których używa do nawilżania gałek ocznych? — spytała, podrywając się z podłogi. Uspokoiłam ją ruchem dłoni.
— To był tylko żart, Gwiazdko. Nie potrzebuję żadnych specyfików do oczu. — Zmarszczyłam brwi. — Zielone krople?
— Nie jesteś głodna? Może ci coś przynieść? — zmieniła temat. Najwyraźniej magiczne lekarstwa jej przyjaciółki objęte były tajemnicą.
Zaprzeczyłam ruchem głowy, po czym sama podniosłam się do pozycji siedzącej.
— Nic mi nie jest, nie musisz się aż tak o mnie martwić. — Wstałam, rozmasowując nadgarstki. — Chodźmy do reszty. Pewnie czekają na wyjaśnienia.
Gwiazdka kiwnęła głową. Zarzuciłam na siebie pelerynę, którą poprzedniej nocy wrzuciłam do jeszcze nierozpakowanej walizki. Opatuliłam się nią szczelnie, po czym opuściłyśmy pokój.
W salonie czekał już na nas Robin wraz z pozostałymi członkami drużyny.
— Usiądź — poprosił, gdy tylko przekroczyłyśmy próg pomieszczenia. — I, jeśli możesz, wyjaśnij nam o co chodzi.
Westchnęłam ciężko, wykonując polecenie lidera. Gwiazdka natychmiast zajęła miejsce przy mnie. Dopiero wtedy zauważyłam, że przez ten cały czas mocno ściskała moją dłoń.
— Wybacz, że tak zareagowałam. Wiem, że to było nieprofesjonalne z mojej strony. — Zacisnęłam dłonie w pięści, opuszczając głowę. — Ale… Sadie… Przyjaźniłyśmy się, odkąd tylko trafiła do sierocińca  — westchnęłam ciężko, starając się powstrzymać napływające do oczu łzy. Kosmitka delikatnie pogłaskała mnie po plecach.
— Nie masz mnie za co przepraszać. — Lider uklęknął przede mną. Poklepał mnie lekko po kolanie. Podniosłam głowę, ukradkiem przecierając oczy dłonią. — Doskonale rozumiem, jaki to musiał być dla ciebie przykry widok. Po prostu opowiedz nam wszystko po kolei.
Odetchnęłam głęboko, próbując zebrać się w sobie.
— Trafiła do sierocińca, kiedy miała sześć lat, a ja dziewięć. Sadie była chorowita i często coś łapała. Starsze dzieciaki upatrzyły w niej sobie kozła ofiarnego. Opiekowałam się nią, bo było mi jej szkoda. Miała też o dwa lata starszego brata, Cartera. Wybitnie kreatywny dzieciak. Pamiętam, że uwielbiał opowiadać jej bajki na dobranoc i często kradł ze stołówki owoce, bo opiekunki nie chciały marnować witamin na kogoś tak bezużytecznego jak Sadie, jak to mówiły. Zostaliśmy we trójkę najlepszymi przyjaciółmi. Ja byłam rycerzem, Carter jej nadwornym błaznem i złodziejaszkiem, a ona księżniczką. — Uśmiechnęłam się na samo wspomnienie naszych zabaw. Carter uwielbiał wyzywać mnie na pojedynki, które odbywały się na placu zabaw. Okładaliśmy się na niby patykami, a Sadie rozstrzygała spory, wybierając zwycięzcę.
Cholera. Samo mówienie o naszym wspólnym dzieciństwie sprawiało, że tęskniłam za nią jeszcze bardziej.
Poczułam, jak moja dolna warga zaczęła drżeć. Raven błyskawicznie wymamrotała coś pod nosem, a na stoliku przede mną pojawiła się szklanka wody. Uśmiechnęłam się w podzięce. Jednym haustem opróżniłam naczynie, po czym westchnęłam głośno.
— Co było dalej? — zapytał Robin, kiedy przez dłuższy czas po prostu milczałam.
— Dorastaliśmy. Z czasem Sadie coraz mniej chorowała, ku uciesze jej brata. Niestety, kilka osób dalej ją prześladowało. Carter za każdym razem wpadał w straszny szał, kiedy ktoś próbował zrobić jej coś złego. Zdarzało się, że ludzie kończyli z rozbitymi głowami lub innymi uszkodzeniami ciała po tym, jak ten chłopak ich dorwał. A potem… — Znów opuściłam głowę, zaciskając mocno powieki. Nie chciałam znów się rozpłakać. — Dołączyłam do NW i już nigdy więcej jej nie widziałam. Aż do wczoraj.
Zapadła cisza.
Trzy lata. Przez tyle czasu nie dałam im nawet znaku życia. Nie wpadłam zobaczyć, co u nich słychać. Miałam pisać, dzwonić i ich odwiedzać, a tymczasem przepadłam jak kamień w wodę.
A teraz? Było już za późno. Ciało Sadie pewnie leżało już w kostnicy. Moja najlepsza przyjaciółka była trupem. Martwym, zimnym trupem.
— I co, to tyle? — zapytał w pewnym momencie Robin. Kiwnęłam głową, obracając w dłoniach wręczoną mi szklankę.
Chłopak wstał i machinalnie otrzepał spodnie. Zaczął krążyć po salonie, rozmyślając nad czymś intensywnie. Gwiazdka, jako naczelna opiekunka całej drużyny, podążyła za nim, fruwając za liderem w tę i z powrotem.
Odgłosy jego kroków stały się w pewnym momencie wręcz niebywale irytujące.
— Wiesz co? Miałaś rację. — Zatrzymał się nagle, przez co kosmitka o mało na niego nie wpadła. — To był błąd, że cię tu ściągnęliśmy. Zdecydowanie lepiej byłoby dla nas wszystkich, gdybyś została w Porthaven.
Gwałtownie podniosłam głowę, wbijając w niego zaskoczone spojrzenie.
— Żartujesz sobie, prawda? — zapytałam dla pewności. Co mu się nagle stało? Od miesiąca nękał Silenta, by przysłać do Jump City właśnie mnie, po czym po dwóch dniach stwierdził, że to był zły pomysł? Czy on czasem nie miał jakiegoś rozdwojenia jaźni?
Zaprzeczył ruchem głowy.
— Shad, wybacz, ale tak byłoby o wiele lepiej. Nie miałem pojęcia, że od dołączenia do Nightwatch nie odwiedzałaś sierocińca. Jak możesz nam pomóc, skoro od kilku lat cię tam nie było?
Zorientowałam się, że zacisnęłam dłonie w pięści dopiero, kiedy zmiażdżyłam trzymaną szklankę. Szkło posypało się na podłogę.
— Ty sobie ze mnie jaja robisz — wycedziłam, zrywając się. Błyskawicznie znalazłam się przy liderze, wymachując mu przed oczami palcem wskazującym. — Moja najlepsza przyjaciółka nie żyje. Jej morderca dalej jest na wolności i pewnie planuje kolejne zabójstwa. A ty tak po prostu chcesz mnie wykopać z powrotem do Porthaven?
— Shad, posłuchaj…
— Nie, Robinie. Teraz to ty słuchasz mnie. — Powoli traciłam panowanie nad własnym głosem. Wbiłam swój palec wskazujący w czubek nosa chłopaka. — Nie ma nawet takiej opcji, bym się stąd gdziekolwiek ruszyła. Znajdę tego gnojka i odstawię go do więzienia bez względu na to, czy ci się to podoba, czy nie.
Znów zapadła cisza. Podczas, kiedy ja próbowałam ochłonąć, reszta Tytanów była zbyt zaskoczona moją reakcją, by się odezwać. Robin w końcu odsunął mój palec od swojej twarzy.
— Rób jak uważasz, ale nie życzę sobie więcej takich scen — powiedział sucho, patrząc na mnie tym swoim karcącym wzrokiem przywódcy.
— Nie ma problemu — mruknęłam, po czym odwróciłam się na pięcie i wyszłam z pomieszczenia.
***
Lewa ręka, wyrzut w górę. Prawa stopa do przodu. Przeniesienie ciężaru. Prawa ręka przejmuje cień. Obrót, moc zatacza koło. Zatrzymanie, lewa stopa wysunięta do przodu. Obie ręce przed siebie, dłonie złączone opuszkami kciuków i palców wskazujących.
Otworzyłam oczy. Przede mną powinna unosić się ściana, zrobiona z cieni. Tymczasem jedyne, co byłam w stanie dostrzec, to nieruchomy manekin do ćwiczeń.
Westchnęłam sfrustrowana. Od godziny ćwiczyłam dokładnie ten sam ruch i nic mi nie wychodziło. Moc wyjątkowo nie chciała się mnie słuchać.
Wzięłam głęboki oddech, po czym powoli wypuściłam powietrze nosem. Zamknęłam oczy.
Skupienie.
Opuściłam ręce wzdłuż ciała i wyprostowałam plecy. Po chwili uniosłam dłonie nad głowę. Wykonałam pełny obrót. Zatrzymałam się gwałtownie, rozkładając ręce na boki. Zgięłam ręce w łokciach i uderzyłam nimi o siebie, jednocześnie unosząc lewą nogę.
Teoretycznie manekin powinien w tym momencie zostać zmieciony z powierzchni ziemi za pomocą wielkiego czarnego bloku mocy. W praktyce natomiast straciłam równowagę i wylądowałam tyłkiem na podłodze.
Otworzyłam oczy. Manekin dalej stał niewzruszony na swoim miejscu.
— No co jest?! — warknęłam, wstając. Ustawiłam się w pozycji wyjściowej.
— Wyglądasz, jakbyś ćwiczyła jakieś azjatyckie sztuki walki — usłyszałam za sobą. W drzwiach sali treningowej stała Raven, przyglądając mi się uważnie.
— Naoglądałam się za dużo Korry. Od dawna mnie podglądasz? — spytałam, rozluźniając się. Opuściłam ręce.
— Od kilku minut. — Podeszła do mnie. — To co, dasz się namówić na mały pokaz swoich możliwości?
— Chętnie, ale niestety możliwości to ja mam w tym momencie zerowe — prychnęłam, odgarniając mokre od potu kosmyki włosów z czoła. Sfrustrowana, walnęłam manekina pięścią. — Nie mogę się skupić i cienie nie chcą mnie słuchać.
— Polecam medytację. Mi zawsze pomaga.
— Dzięki, chętnie spróbuję. — Powtórzyłam wszystkie wcześniejsze kroki, próbując przywołać przed sobą ścianę cieni. Bez skutku.
Zrezygnowana, zgarnęłam ze stojącej w kącie ławki butelkę z wodą i usiadłam, opierając się o ścianę. Pot spływał mi strugami po plecach. Westchnęłam głośno, przymykając oczy.
Ciągle widziałam martwe ciało Sadie. Wyrzuty sumienia i smutek nie pozwalały mi się skupić na treningu. Warknęłam, uderzając pięścią w ścianę. W takim stanie będę jeszcze bardziej bezużyteczna dla Tytanów i nigdy nie złapię mordercy.
— Potrzebujesz ziół na uspokojenie? — spytała moja towarzyszka. Zawisła w powietrzu w pozie kwiatu lotosu. — Wyglądasz na wycieńczoną.
— Dzięki, to pocieszające — mruknęłam. — Cały czas mam z tyłu głowy Sadie na tym cmentarzu. I świadomość, że przez trzy lata o niej kompletnie zapomniałam. O najlepszych przyjaciołach się po prostu ot tak nie zapomina.
Raven poklepała mnie niepewnie po ramieniu.
— Musi minąć trochę czasu, zanim przejdziesz nad tym do porządku dziennego. To normalne.
— Szkoda tylko, że go nie mam. Musimy złapać tego gościa, zanim znowu postanowi kogoś zabić. — Podrzuciłam kilka razy butelkę w rękach. — A ja muszę być w stanie walczyć, jeśli chcemy to zrobić. Już i tak mi wystarczy dzisiejsza przemowa Robina o mojej bezużyteczności.
Raven oparła łokcie na kolanach.
— Wiesz, wydaje mi się, że zrobił to specjalnie po to, by cię wkurzyć — rzuciła niespodziewanie. Zerknęłam na nią pytająco. — On na pewno wie więcej o tej sprawie, niż nam mówi. A że nie potrafi wyłożyć wszystkiego kawa na ławę, to pewnie zastosował odwróconą psychologię. Jak go znam, to chce, żebyś z nami została, bo ma wobec ciebie jakiś plan. Pytanie tylko, jaki.
— Pokręcony dzieciak — mruknęłam. Opróżniłam butelkę do końca, po czym wbiłam spojrzenie w podłogę. Przez kilka minut panowała między nami cisza — nie jestem najlepsza w podtrzymywaniu konwersacji, a Raven najwyraźniej czuła się dobrze, nic nie mówiąc.
— Wiadomo już coś w sprawie Sadie? Wyniki autopsji, jakieś informacje? — zaczęłam niespodziewanie. Przez to spięcie między mną a Robinem zapomniałam kompletnie wyciągnąć z lidera jakieś szczegóły.
— Wyniki przyszły przed dwiema godzinami. — Odgarnęła z czoła kosmyki włosów i zerknęła na mnie niepewnie. — Na miejscu zbrodni nie znaleziono odcisków palców mordercy, ale za to mamy pewność, że Sadie zginęła przez ten sam narkotyk, co pozostałe ofiary.
Schowałam twarz w dłoniach, z całej siły próbując się nie rozpłakać. Albo zacząć wrzeszczeć jak opętana. Teraz już przynajmniej nie mogłam się dłużej oszukiwać, że śmierć mojej przyjaciółki była przypadkowa. Tylko kto, do ciężkiej cholery, poluje na ludzi z sierocińca? I dlaczego?
Raven chyba wyczuła mój podły nastrój, bo taktownie dała mi chwilę na przetrawienie nowych informacji.
— Jest coś jeszcze...
Podniosłam głowę. Czułam, jak w oczach zbierają mi się łzy.
— Co takiego? — wyszeptałam cicho. Nagle poczułam, jak cała dotychczasowa siła mnie opuściła.
— Czy wiedziałaś o tym, że Sadie pół roku temu uciekła z sierocińca?
***
Vanity uwielbiała siedzieć do góry nogami. Nieważne, czy dopadła akurat sofę, kanapę, fotel czy swój tron z kości, zawsze mościła się na nim w ten sposób, by krew spływała jej do głowy. Na nic zdawały się tłumaczenia wszystkich wokół, że to bardzo niezdrowy nawyk. Zresztą, co oni mogli wiedzieć? W jej żyłach już od dawna nie płynął ten sam płyn, co w organizmach zwykłych ludzi. Wylew z pewnością jej nie groził.
Kapłanka-szamanka siedziała właśnie w takiej pozycji na swoim ulubionym krześle, przeglądając ogłoszenia dotyczące skór i kości zwierzęcych na Amazonie. Wokół niej walały się sterty papierów, brudnych talerzy i przedmiotów rytualnych, w tym misternie zdobiony bęben z przerwaną membraną czy połamane świece zapachowe.
— Czy mogę...? — W drzwiach pomieszczenia stanęła nowa praktykantka, Aydia.
— Pewnie, wbijaj. — Vanity machnęła ręką, odkładając na chwilę tableta.
— Mam kilka informacji, które mogą cię zainteresować… — mówiąc to, dziewczyna podeszła do swojej nauczycielki i podała jej plik starannie zapisanych pochyłym pismem kartek.
Choć pobierała nauki dotyczące kultu dopiero od kilku tygodni, od razu wpadła w oko Van. Ta chętnie przygarnęła ją pod swoje skrzydła, oferując dziewczynie “prywatne nauczanie”. W praktyce skończyło się to na tym, że przyszła kapłanka bogini tęczy robiła za sekretarkę swojej opiekunki, od czasu do czasu trenując i towarzysząc jej w misjach wszelkiego rodzaju.
— Czy to jest raport od Malcolma? — Van przyjęła dokument, podnosząc się, by móc usiąść jak normalny człowiek.
— Tak, właśnie mi go przyniósł. — Aydia skinęła głową. Splotła palce obu dłoni, niepewnie przestępując z jednej nogi na drugą. Ciągle jeszcze nie czuła się zbyt pewnie w obecności kobiety, która według plotek została wybrana przez bogów do przeprowadzenia krucjaty przeciwko niewiernym i sprowadzenia świata na właściwe tory.
Van niespodziewanie wybuchnęła śmiechem.
— Świetnie. Zmarnowaliśmy dwa tygodnie, badając stowarzyszenie szurniętych geologów czczących kamienie. — Odrzuciła kartki w kąt pomieszczenia. — To miasto schodzi na psy, jeśli chodzi o dobre teorie spiskowe i godnych przeciwników. I z kim ja mam się teraz bić?
— Zawsze pozostają Tytani — podsunęła nieśmiało praktykantka. Vanity prychnęła, wstając.
— Proszę cię. Tytani do niczego się nie nadają. Ile razy kogokolwiek z nas złapali? — Ziewnęła. — Właśnie, skoro o nich już mowa. Przekaż Malcolmowi, że mam dla niego kolejną robotę. Musi mi znaleźć więcej informacji na temat tego całego Mortimera. Jeśli znajdzie coś na nową koleżankę Tytanów, też chętnie wszystko przyjmę.
— Um… Malcolm chyba nie jest na razie w stanie za bardzo cokolwiek zrobić. — Aydia zaczęła nerwowo skubać piórka z własnych bransolet. — Wyglądał na mocno poturbowanego, kiedy wręczał mi papiery.
Van uniosła jedną brew.
— Te kamieniaki go tak urządziły? — spytała. Jej dotychczasowy uśmiech gdzieś znikł.
— Nie jestem pewna, ale chyba tak.
— Dawaj mi go tu — westchnęła ciężko. — A z tymi wariatami policzymy się w swoim czasie.
— Tak jest. — Praktykanta skinęła głową, po czym skierowała się w stronę drzwi.
— Czekaj. — Vanity niespodziewanie chwyciła ją za ramię. — Masz może to, o co cię prosiłam?
— A, tak. — Ayida klepnęła się otwartą dłonią w czoło. — Powinnam mieć na drugie imię skleroza. Proszę — rzekła, wyciągając z przypiętej do pasa skórzanej sakwy szczelnie zamknięte, foliowe opakowanie. — Było ciężko się do tego dobrać, ale dałam radę.
— Cudnie! — Rozradowana Van przyjrzała się dokładnie zawartości przedmiotu. — Świetnie się spisałaś! — mówiąc to, cmoknęła praktykantkę w czoło. Ta zarumieniła się lekko.
— Mogę jeszcze o coś zapytać? — Niepewnie potarła dłonią ramię.
— Hm? — Vanity ponownie wzięła tablet w ręce i usiadła na tronie w swojej ulubionej pozycji.
— Jak poszło z tym chłopakiem, o którym mówiłaś wcześniej?
— Voodoo to z niego żadne, ale mógłby nam się przydać do kilku rzeczy. Nie dał się jeszcze przekonać, ale jak nad nim popracuję, to na pewno nam nie odmówi. — Uraczyła koleżankę swoim szerokim, przerażającym uśmiechem psychopaty, wymachując trzymanym wciąż w dłoni foliowym opakowaniem.
W środku znajdowała się pusta strzykawka.
***
Weszłam do pokoju, rozczesując jeszcze wilgotne włosy. Po mojej pogadance z Raven jeszcze chwilę ćwiczyłam, choć nie wiedzieć czemu trening niespodziewanie przerodził się w wykład na temat różnych rodzajów herbat i ich zastosowania. Rae zdecydowanie miała bzika na punkcie ziółek.
Podeszłam do walizki. Spod sterty ubrań wyciągnęłam lekko podniszczonego laptopa. Lekko podniszczona obudowa o iście jadowitym, zielonym kolorze oblepiona była w całości przeróżnymi naklejkami.
Odłożyłam go na stolik. Odpaliłam go, wklepałam hasło i puściłam sobie specjalną składankę muzyczną, przygotowaną z myślą o sprzątaniu. Zabrałam się do rozpakowywania swoich klamotów. W końcu miałam zabalować w wieży jeszcze przez jakiś czas. Poza tym sprzątanie zawsze pomagało mi uporządkować nie tylko swoje rzeczy, ale i myśli.
Dlaczego Sadie uciekła z sierocińca? Było jej tam aż tak źle, czy może miała jakiś inny powód? Może coś jej groziło? No i gdzie, do diabła, zniknął Carter? Przecież to niemożliwe, żeby pozwolił jej na coś takiego.
Zmarszczyłam brwi, przerywając na chwilę upychanie ubrań do szafy. No właśnie, Carter. Jeśli ktoś coś wiedział, to na pewno był to on. Trzeba go było jeszcze tylko znaleźć.
Moje rozmyślania przerwał sygnał nadchodzącego połączenia. Rzuciłam ubrania na podłogę i rozsiadłam się przed komputerem. No tak, Silent. Mieliśmy pogadać zaraz po jego powrocie do Porthaven.
Westchnęłam, po czym odebrałam.
— No w końcu! Miałaś się wczoraj odezwać, zapomniałaś? — Na moim ekranie połowę miejsca zajmowała twarz lidera, a drugą czyjaś ręka, majstrująca coś przy kamerze.
— Wybacz, byłam trochę zajęta. — Przekrzywiłam głowę. — Co ty tam wyprawiasz?
— Archer majstrował coś wczoraj przy komputerze i jak zwykle zapomniał podpiąć z powrotem większości rzeczy.
— To nie byłem ja! — rozległo się gdzieś w tle. Uśmiechnęłam się mimowolnie.
— A ty co podsłuchujesz?! — Obraz w końcu się ustabilizował, a Silent odsunął się na tyle, że mogłam go w końcu normalnie widzieć. — No, to jak ci tam u Tytanów? — zapytał, przeczesując włosy dłonią.
— Przyjęli mnie całkiem ciepło. Myślę, że nawet zaczęłam się dogadywać z Raven. — Uśmiechnęłam się szeroko. Wiedział, po co tak naprawdę pojechałam do Jump City, ale nie chciałam go na razie martwić. — A co u was?
— Był jeden napad na bank zanim zdążyłem  wrócić, ale reszcie udało się podołać temu zadaniu — rzucił. — A teraz lepiej mów, co i jak.
Westchnęłam, związując włosy w niedbały kok. No tak, to przecież Pan Konkret. Nie ma owijania w bawełnę.
— Nie mają żadnych informacji ponad to, że morderca zabija za pomocą narkotyku i układa ciała ofiar w różne dziwne pozy. — Zamilkłam na chwilę. Silent wyglądał na zaniepokojonego. Nie chciałam, żeby za pięć minut wpakował się w samochód i po mnie przyjechał. Przynajmniej do czasu złapania zabójcy. — Pamiętasz Sadie?
To pytanie ewidentnie go zaskoczyło.
— To ta dziewczyna, o której mi kiedyś opowiadałaś?
— Owszem. — Przetarłam twarz dłońmi. Czułam, jak w moim gardle narasta wielka gula, która nie pozwalała mi mówić. — Nie żyje. Tak samo jak kilka innych osób, a wszystkie są powiązane z sierocińcem.
Na chwilę zapadła między nami cisza. Ja uparcie walczyłam z napływającymi do oczu łzami, a Silenta chyba po prostu zatkało. Nie dziwię mu się. Kto nie byłby zszokowany wiadomością, że jeden z jego znajomych został zabity?
— Znacie przynajmniej jego motywy? — zapytał w końcu. Jego lewa brew drgała. Ciekawe, czy był bardziej wściekły, czy zmartwiony.
— Mówiłam ci już, nikt nic nie wie — westchnęłam żałośnie.  Chciałam móc go przytulić, albo chociaż zobaczyć bez pomocy kamerki. To na pewno by mi pomogło zebrać myśli i zastanowić się, co powinnam zrobić.
— Shad, powinnaś wracać do Porthaven. Jeśli morderca dowie się, że też pochodzisz z sierocińca… — Pokręcił głową. — Powiem inaczej: nie mogę ryzykować, że komukolwiek z naszej drużyny stanie się coś złego. Nie wybaczyłbym sobie, gdyby ktoś próbował cię skrzywdzić.
Właśnie tej odpowiedzi się spodziewałam.
— Ktoś zabił moją przyjaciółkę. Nie mogę mu tak po prostu pozwolić biegać po mieście i ryzykować, że ktoś jeszcze zostanie jego ofiarą. — Czułam się źle. Chciałam dopaść mordercę i zmusić go, by zapłacił za to, co zrobił. Ale ta zmartwiona mina Silenta i niepokój w jego głosie… nie chciałam, by się o mnie martwił.
— To zbyt niebezpieczne — zaprotestował. — Wracaj do domu.
— Nie z takimi świrami dawaliśmy sobie radę. Tytani też bronią miasto nie od wczoraj — rzuciłam odrobinę ostrzej, niż planowałam. Silent skrzywił się.— Daj mi chociaż te dwa tygodnie, proszę — dodałam już łagodniej. — Nie wybaczę sobie, jeśli nie pomogę go złapać. To sprawa osobista.
Westchnął ciężko, kręcąc głową z niedowierzaniem.
— Dobra, rób co masz robić. — Opadł ciężko na krzesło obrotowe.
— Tak jest! — Kiwnęłam głową. — Nie martw się tyle o mnie, dam sobie radę. Zaufaj mi trochę.
— Zaufanie nie ma tu nic do rzeczy. Mierzysz się z czymś, o czym nie masz bladego pojęcia i nie wiesz nawet, jak z tym walczyć. — Znowu westchnął, przyglądając mi się uważnie.
— Nie musisz mi o tym przypominać. 
***
Mieszkanie było małe, ciasne i zagracone do granic możliwości. Lata swojej świetności miało już dawno za sobą. Ze ścian odłaziła tapeta, a w niektórych miejscach przy suficie zaczęła gromadzić się pleśń. Przez brudne szyby i jeszcze brudniejsze, ciężkie zasłony do pomieszczenia prawie w ogóle nie docierało światło. Brud i kurz zaczęły wspólnie zakładać kolonię na kuchennym blacie. To zdecydowanie nie było dobre miejsce dla kogokolwiek.
Mortimer lawirował pomiędzy stosami książek, worków ze śmieciami, pudełek po pizzy i podniszczonych książek, próbując znaleźć jakiekolwiek informacje dotyczące pobytu Sadie w Jump City. Dlaczego uciekła z sierocińca? Jak tu trafiła? I przede wszystkim, kto ją utrzymywał? Doskonale wiedział, ile zarabiała i jak bardzo tonęła w zadłużeniach, a mimo to na początku każdego miesiąca była w stanie spłacić czynsz i rachunki. Jej pensja z pewnością na to nie pozwalała.
Sfrustrowany, rzucił trzymaną w dłoniach książkę na zagracony stolik do kawy i opadł na kanapę. Nie mógł się kompletnie na niczym skupić. W całym tym bałaganie nie było ani jednej wskazówki, która nakierowała by go na jakiś trop.
Niespodziewanie jego uwagę przykuło małe, czerwone, migające światełko, ukryte pod stertą ubrań. Delikatnie ją przeniósł, a jego oczom ukazał się podniszczony laptop.
“No w końcu” — Uradowany, zabrał się za poszukiwanie ładowarki. Kiedy udało mu się podpiąć ją do sprzętu i go odpalić, zabrał się za przekopywanie plików dziewczyny. Logicznym wydało mu się rozpoczęcie poszukiwań od przeglądnięcia folderu o jakże wymownej nazwie “WAŻNE”.
W środku znajdowało się kilka zdjęć przedstawiających różne dziwne kamyki i kryształy, osobny folder ze składanką piosenek, zatytułowany “medytacja” oraz jeden plik tekstowy. Mort błyskawicznie go otworzył i pobieżnie przejrzał tekst. Zmroziło mu krew w żyłach.
Czytał list zaadresowany do Shadow.
“A więc to jednak ty” — Przez chwilę wpatrywał się w ekran, próbując się uspokoić na tyle, by nie wyrzucić komputera przez okno. Wziął kilka głębokich wdechów, tak jak uczyła go Elizabeth. W końcu uśmiechnął się pod nosem. Znalazł to, czego potrzebował.
W tym momencie rozległ się dzwonek do drzwi. Chłopak błyskawicznie doskoczył do leżącej pod drzwiami torby i rozsuwając zamek jedną ręką, drugą oparł się o drzwi, by spojrzeć przez wizjer na intruza. Kiedy zobaczył, kto go niespodziewanie odwiedził, warknął poirytowany. Zostawił torbę pełną przyborów do charakteryzacji w spokoju i otworzył drzwi, o mało nie wyrywając ich z zawiasów.
— Co tu robisz? — spytał sucho. Stojąca przed nim Vanity uśmiechnęła się od ucha do ucha, poprawiając bransolety na rękach.
— Przyszłam cię odwiedzić, nie widać? — odparła pytaniem na pytanie. Wyminęła chłopaka i weszła do środka. — Wiesz, mógłbyś czasem posprzątać.
— To nie moje mieszkanie. A ciebie nie powinno tutaj być. Zwłaszcza, jeśli nie chcesz, by policja znalazła twoje odciski palców. — Wskazał podbródkiem jej dłoń, dotykającą każdy możliwy kamień, wystawiony na półce z książkami. Dopiero wtedy zorientował się, że kobieta nosi gumowe rękawiczki.
— Powinnam się w tym momencie obrazić, wiesz? Jak można wątpić w moje zdolności krycia się przed policją? — prychnęła. — Zwłaszcza, że to ciebie o mało nie złapali, jeśli dobrze pamiętam.
— Dzięki tobie — mruknął pod nosem. Zamknął w końcu drzwi, oparł się plecami o nie i splótł ręce na piersi.
— Tak myślisz? — Sięgnęła do torby, z której wyjęła foliowe opakowanie. — A to czasem nie ty zostawiłeś dowody zbrodni na cmentarzu? — Roześmiała się, widząc jego zaskoczoną minę.
— Skąd to masz? — Podszedł do kobiety i wyrwał jej z dłoni opakowanie ze strzykawką. Obejrzał je dokładnie z każdej strony. To bez wątpienia była ta sama strzykawka, którą wtedy nieopatrznie zgubił podczas grzebania Sadie.
— Jak już ci wcześniej mówiłam, mam swoje kontakty. — Puściła do niego perskie oko. Podeszła do chłopaka i pacnęła go palcem w krzywy nos. Ten jęknął, odtrącając jej dłoń. — Dalej go nie poskładałeś? Jesteś bardziej beznadziejny niż myślałam.
— Dzięki, nie potrzebuję twoich komplementów — warknął, osłaniając połamany nos przed jej wścibskimi łapskami.
— Oj, Mort, Mort, ty uparte stworzenie. — Pokręciła głową z niedowierzaniem. — Mówiłam już, że mogę ci pomóc. Nie tylko z nosem. — Wskazała na strzykawkę w jego lewej dłoni.
— Skąd wiedziałem, że nie oddasz mi jej tak po dobroci? — mruknął pod nosem, rozbawiony. — Czego chcesz w zamian?
— Prowadzę taką małą działalność i twoja pomoc bardzo by mi się przydała. — Vanity uśmiechnęła się od ucha do ucha, szczerząc wszystkie zęby. Przeciągnęła się, a jej bransolety zadźwięczały niczym dzwonki w łapaczach snów na wietrze.
— A coś więcej? — Mortimer uniósł brwi.
— Dowiesz się w swoim czasie. — Kobieta odwróciła się i znów zaczęła uważnie badać niezwykle interesujące ją kamienie. — Nie zastanawia cię, dlaczego jedynym miejscem w tym mieszkaniu, w którym panuje jako taki porządek, jest ta szafka? — Wskazała na oglądany mebel.
Zaskoczony Mort przez chwilę nie wiedział, co ma na to odpowiedzieć. Był tak skupiony na szukaniu wskazówek, że jedna szafka obłożona kamykami nie zwróciła jego uwagi.
— Szczerze powiedziawszy, to do tej pory się nad tym nie zastanawiałem — odrzekł w końcu, podchodząc do Van. Kobieta chwyciła w dłoń jeden ze znajdujących się na nim bibelotów.
— Wahadełko z kryształem mlecznym. Ciekawe — wymamrotała pod nosem. Delikatnie ujęła w dwa palce łańcuszek i pozwoliła przedmiotowi spokojnie kołysać się w powietrzu. — A do tego cała masa kryształów górskich i lodowych. — Zmarszczyła brwi.
— A mogłabyś tak mówić w normalnym języku? — zaproponował lekko poirytowany Mortimer. Kamyki to kamyki. Najwyraźniej Sadie lubiła zbierać ładne rzeczy, i co z tego? Tracenie czasu na takie głupoty było bezsensowne. Zwłaszcza, że nie mieli go zbyt dużo. Współlokatorzy mogli wrócić do mieszkania w każdej chwili.
— Chyba wiem, jakie będzie twoje pierwsze zadanie — rzuciła Vanity, odkładając przedmiot na swoje miejsce. — Zawijamy się. Mam kilka rzeczy do załatwienia.


Wesołych świąt dla czytelników oraz wszystkiego najlepszego dla mnie z okazji urodzin! *dziki taniec z tej okazji*
Google ostatnio ześwirowało. Nie wystarczy, że muszę po przerzuceniu notki na blogspota usuwać z HTML określenie koloru tekstu, żebyście nie dostali czarnego tekstu na czarnym tle (albo białego na białym, jak mi się znowu zechce zmienić szablon), to teraz jeszcze coś im się spierdzieliło z justowaniem i tekst po przerzuceniu tutaj leeeeeeeeeeeeeci sobie do końca ekranu i dalej. Jak żyć.
A, i tym razem mamy 16 stron tekstu, przez co odrobinę ucierpi na objętości następny rozdział. Fragment z Mortem miał otwierać następny rozdział, no ale trudno, chciałam, żebyście dostali odrobinę akcji, a nie tylko jęczenie jednej lub drugiej postaci. Mort ratuje sytuację i święta :D.
Przy okazji powitajmy geologów. Już ich lubię. Mam nadzieję, że przypadną Wam do gustu.
Mam dla Was malutką ankietę, jeśli by się wam nudziło i chcielibyście w jakiś sposób wpłynąć na to, co ja tutaj sobie skrobię: klik!
Hm, to chyba tyle. Do zobaczenia w nowym roku!

5 komentarzy:

  1. Nie wiem jak inny, ale do momentu, w którym bohaterki wchodzą do salonu nie wiedziałam o kogo chodzi. Najpierw myślałam, że to Raven, a zdania są po prostu nielogiczne. Dopiero potem zorientowałam się, iż to Shadow. Po prostu z samego początku nie wynikało jasno, że to ona. Albo to ja jestem tak nieogarnięta... Mniejsza o to.
    Cieszę się, że dodałaś ten świetny rozdział planowo. W dzisiejszych czasach rzadko się to zdarza.
    W momencie gdy Shad wchodzi z mokrymi włosami do pokoju, powtarza się słowo "lekko".
    Tobie też życzę Wesołych świąt. I dużo weny. No i może ogarnięcia się Google.
    Wiem, że ten komentarz leci zupełnie w odwrotnej kolejności, ale ja po prostu piszę wyłapane błędy na bieżąco...
    Spodziewałam się troszeczkę więcej Raven, ale zakładam, iż żeby mi dogodzić, trzeba by napisać rozdział tylko i włącznie o niej, także tego... nie przejmuj się.
    Czekam następny, równie dobry rozdział. I wcale nie musi być taki długi. Byleby był.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Planowo miało być więcej Raven, ale w praniu wyszło to. Plus używam 1 os l. poj tylko w sytuacji, gdy Shadow jest pod ręką.
      Dziękuję za wyłapanie błedów :D! Tym razem musiałam sobie radzić bez bety, bo Pirat ostatnio odzywała się na początku listopada. Z tym rozdziałem się strasznie spieszyłam, żeby był na czas. Cóż, najwyraźniej pisanie opowiadania i pracy zaliczeniowej jednocześnie nie jest zbyt sprytne.
      Dziękuję za komentarz :)

      Usuń
  2. Vanity jest poważnie świrnięta XD Ale za to zaczynam ją lubić coraz bardziej X'D Trochę zmartwiłam się, że Robin może się czymś martwić i przez to jest roztargniony. Może nie koniecznie tymi morderstwami, ale on zawsze coś knuje, więc przeczucia Rae mogą być prawdopodobne XP Ten lider NightWatch (nie pamiętam imienia) i Shadow to tak trochę Myth i Rob w moich opowiadaniach XP To uroczę. Podobają mi się oni tak jak Vanity, ale ta to jest po prostu świetna XD

    Czekam na więcej ;*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Van to Van, ona zawsze robi to, co jej się podoba. W pewnym momencie aż się zastanawiałam, czy by nie połączyć jej z Mortem, bo oni to by się w sumie dogadali, tylko biedny Morcik pewnie dostałby szału w zetknięciu z jej czarowaniem.
      Robin to jeden wielki kłębek nerwów. Lider Nightwatch to Silent. Mam nadzieję, że nie opisuję głównej bohaterki i jej love interesta zbyt płasko, bo na razie odnoszę wrażenie, że nikogo ona nie interesuje. Z drugiej strony przez te morderstwa nie bardzo mam jak ukazać jej inne cechy charakteru :/.
      Więcej będzie jakoś pod koniec stycznia/początkiem lutego, jeszcze nie wiem.
      Dziękuję za komentarz :)

      Usuń
  3. Ja tylko przyszłam Cię walnąć ;)
    Komentarz to komentarz, każdy jeden napawa radością, dlatego tutaj piszę, ale jeśli życzyłabyś sobie, o królowo, abym informowała cię w inny sposób, to daj tylko znak

    OdpowiedzUsuń