Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Młodzi Tytani. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Młodzi Tytani. Pokaż wszystkie posty

środa, 12 czerwca 2024

Gdy śpiewają kruki 2 - Niezapomniane noce

Nie pamiętał, kiedy ostatni raz miał koszmar. Ba, nawet jeśli coś mu się śniło, to zazwyczaj po obudzeniu nie pamiętał treści. Tym bardziej nie podobało mu się, że od dłuższego czasu nie przespał spokojnie ani jednej nocy.

    Pierwszy sen go zaskoczył, ale mężczyzna nie przypisał majakom żadnego większego znaczenia. Pamiętał tylko kolor czerwony i dziwne mamrotania. Zrzucił ten kreatywny wybryk własnego mózgu na przemęczenie. Slade coraz bardziej ścigał go z terminowością, zwiększając przy tym wymagania. Dni zamieniły się w rutynę – wstać, zjeść, wykradać kolejne technologie, położyć się spać wraz z pierwszymi promieniami słońca i tak w kółko.

    Sen się powtórzył. A potem jeszcze raz. I jeszcze jeden. Za każdym razem bardziej wyraźny, bardziej szczegółowy.

    Zaczynało się zawsze od dziwnych szeptów, których treści nie był w stanie zrozumieć. Później pojawiał się ogień, mnóstwo ognia. Wśród płomieni czasem dostrzegał ruiny. Gdy próbował do nich podejść, pochłaniała go ciemność. Zazwyczaj w tym momencie budził się zlany potem.

    Tym razem zamiast ciemności zobaczył wśród pożogi białą smugę. Falowała i zmieniała kształt, przeskakując co chwilę pomiędzy bezkształtną kałużą, falującym na wietrze kwiatem a czymś, co od biedy można było uznać za człowieka. W tej ostatniej postaci wyciągnęła dłoń w jego stronę. Chwycił ją.

    – Nie ułatwiasz mi tego. – Usłyszał tylko, nim rozwiała się wśród dymu.

    Chciał za nią krzyknąć, ale z jego gardła wydobył się dźwięk, który przypominał bardziej krakanie. Gdzieś w oddali odpowiedziały mu podobne głosy.

    Od tamtej nocy sen się zmienił. Scenariusze stały się bardziej prawdopodobne – a to wychodził akurat na akcję, a to wykradał jakąś zamówioną przez pracodawcę technologię. Prędzej czy później otoczenie zalewał ogień i niezrozumiałe szepty. Zjawa już więcej się nie pojawiła. I w sumie nawet nie był pewny, czy chciał, by wróciła.

    Okolice mieszkania obserwował w wolnych chwilach jeszcze przez dwa tygodnie. Może się łudził, że Raven wróci. Albo raczej upewniał się, że dotrzyma swojej części umowy. Trochę byłby przypał, gdyby wparowała z oddziałem policji temu, kto akurat skorzystał z oferty apartamentu na wynajem. No i co gorsza, straciłby jedną z kryjówek.

    Niedzielny chłodny wieczór spędził przy bramie wejściowej do budynku. Wypalał papierosa za papierosem, ze znudzeniem obserwując przechodniów. Choć bardzo się starał, jego myśli wciąż powracały do koszmarów. O co w tym wszystkim do diabła chodziło? Przez kilka pierwszych dni próbował zignorować majaki, ale powtarzalność i intensywność snów go zaniepokoiła. Dlaczego nagle teraz zaczął śnić, i to jeszcze o takich głupotach? I w jaki sposób “nie ułatwia czegoś” tej cholernej zjawie?

    Teoretycznie powinien był w tym czasie brać się za robotę. Slade był świetny, jeśli chodziło o wysokość wypłaty i dostawy xenotium, ale pod każdym innym względem był przysłowiowym wrzodem na dupie. Prędzej czy później X będzie musiał się wyplątać z tego układu. Już dawno odłożył tyle kasy, by móc spokojnie ustawić się na całe życie. Szkoda tylko, że od początku nie chodziło o pieniądze, a adrenalinę. Może powinien przenieść się do innego miasta? Slade miał za dużą obsesję na punkcie Tytanów, by go ścigać.

    Zgasił niedopałek butem i rozejrzał się wokoło. Zaczęło kropić, więc już i tak rzadko uczęszczana ulica zupełnie się wyludniła. Rozległ się szum skrzydeł.

    Nad migoczącą lampą uliczną przysiadł kruk. Przez chwilę przyglądali się sobie wzajemnie, po czym zwierzę zakrakało i przeleciało na pobliski dach. Mężczyzna jeszcze przez chwilę wpatrywał się w miejsce, gdzie przed chwilą widział czarne, szkliste oczy.

    Poczuł się tak, jakby ktoś otworzył mu tamę w głowie, wypuszczając strumień myśli. Nagle wszystko nabrało sensu. Nie mogła odstawić go na komisariat, bo by się wygadał, więc mściła się w inny sposób. Zdradziła się krakaniem. Czy to też czasem nie ona coś mu kiedyś mówiła, o tym że jej czegoś nie ułatwia? Nie pamiętał już kontekstu, ale puzzle wskoczyły na swoje miejsce.

    To Raven nasłała na niego te chore wizje. To wszystko jej wina.

    Potarł dwudniowy zarost i prychnął cichym śmiechem. Odbił się od zimnego muru i pomaszerował w dół ulicy. W jego głowie zaczął kiełkować już plan. Skoro tak chce się bawić, to proszę bardzo.

    Już on jej pokaże, z kim zadarła.

***

    Tytani odetchnęli z ulgą, kiedy po swoim krótkim wypadzie wróciła cała, zdrowa i wypoczęta. Od tamtej pory na misjach spisywała się doskonale, nie dawała również powodów do zmartwień poza nimi. Zdradzić ją mogły jedynie cienie pod oczami, ale te łatwo było ukryć makijażem i kapturem.

    Od czasu pamiętnego wypadu na miasto przespanie bez problemu całej nocy należało do rzadkości. Leżenie i wpatrywanie się przez godziny w sufit było równie męczące, co koszmary, które dopadały ją, gdy zmęczone ciało w końcu zapadało w niespokojny sen. Czasem widziała w nich ogień, innym razem ruiny miasta. Raz zdarzyło się, że wśród pożogi dostrzegła postać, stworzoną z białego dymu. Próbowała do niej dotrzeć, ale ta rozwiała się, gdy tylko jej dotknęła.

    Jednak niezrozumiałe senne wizje nie były najgorsze. Do złowrogich, dziwnych snów zdążyła się przyzwyczaić. W końcu towarzyszyły jej od dzieciństwa. Nie, najgorsze były te momenty, kiedy śniła o nim. Budziła się w przepoconej pościeli, a bardzo szczegółowe przebłyski wspomnień ze snu i tej jednej nocy pchały się pod powieki, gdy tylko zamykała oczy. Takie połączenie gwarantowało czuwanie aż do wschodu słońca. Te same obrazy powracały, gdy tylko próbowała medytować.

    Była wściekła na siebie, że nie potrafiła przestać o nim myśleć. Zagnieździł się w jej głowie niczym pasożyt, kąsając każdą myśl. Odwracanie uwagi pracą pomagało tylko trochę – gdy tylko wracała z misji, ten przeklęty szczur wracał razem z nią. Czasem ktoś z drużyny na kilka chwil odwracał jej uwagę, a wtedy powrót natrętnych myśli uderzał ją niczym cegła.

    Gdy w akcie desperacji zajrzała do własnego umysłu, zastała w nim równie wielki chaos. Emocje kompletnie się rozregulowały, a próba rozmowy z którąkolwiek z kolorowych, mniejszych wersji Raven kończyła się jeszcze większym skołowaniem. Czerwona Złość chciała stłuc delikwenta na kwaśne jabłko, zielona Odwaga miała zamiar wygarnąć mu prosto w oczy, co sobie o nim myśli, a pomarańczowa Złośliwość wspinała się na wyżyny kreatywności, wymyślając coraz to nowsze inwektywy w stronę X’a.

    Jedyną kopią, z którą dało się nawiązać jakikolwiek kontakt, była Inteligencja. Otulona żółtym płaszczem, siedziała w pozie kwiatu lotosu, przypatrując się rozgderanemu towarzystwu. Jej podbródek zrobił się czerwony od pocierania go w zamyśleniu.

    – Masz pomysł, jak je ogarnąć? – Raven przystanęła obok żółtej towarzyszki. Ta zmierzyła ją nieodgadnionym spojrzeniem.

    – Wiesz dobrze, że to, co mam ci do powiedzenia, ci się nie spodoba – odparła powoli, wstając. Wskazała przed siebie dłonią. – Dlatego zanim zacznę, chcę ci coś pokazać.

    Ruszyły razem w stronę wysuszonego, poskręcanego drzewa. Głosy za ich plecami powoli cichły.

    – Mów. Obiecuję, że postaram się podejść do twoich słów z otwartą głową. – Raven westchnęła na widok leniwego uśmiechu części swojej osobowości.

    – Zaczęło się od tego, że Red X cię pocałował – zaczęła Inteligencja, ignorując marsową minę rozmówczyni. – Zaskoczył nas wszystkie. I w sumie to najbardziej nas w nim wyprowadza z równowagi. Cały czas nas zaskakuje. Świat był o wiele prostszy, kiedy był tym złym złodziejem. Złodziei odstawia się policji, a potem idzie na pizzę. A tymczasem on cały czas zachowuje się nie tak, jak powinien.

    – Nie musisz mi mówić. – Raven westchnęła, zrzucając kaptur płaszcza z głowy. – Możesz mi za to powiedzieć, co mam zrobić.

    – Na dobry początek możesz w końcu zrozumieć, co się z tobą dzieje. Albo raczej przyznać przed samą sobą, co się z tobą dzieje.

    Dotarły do drzewa, które z bliska było o wiele większe, niż się mogło początkowo wydawać. Na jednym z jego masywnych korzeni spoczywało uosobienie pasji, namiętności i miłości.

    Raven lekko wzbiła się w powietrze i uważnie obejrzała swoją odzianą na fioletowo kopię. Policzki Pasji płonęły, a rozmarzone spojrzenie błądziło po usianym gwiazdami niebie. Nie zwróciła nawet uwagi na właścicielkę. Mamrotała coś niewyraźnie pod nosem.

    – Kiedy Red nas po raz pierwszy zaskoczył – Inteligencja zawisła w powietrzu tuż obok Rae. Odgarnęła poklejone kosmyki włosów z czoła Pasji. – Wszystkie byłyśmy dość skonfundowane. Ale odkąd spędziliście razem noc… – Wskazała dłonią na nieobecną duchem emocję. – Dość powiedzieć, że Pasji najmocniej się oberwało.

    – Nie chcesz mi chyba powiedzieć, że czuję do tego gada… – zaczęła Raven, ale Inteligencja pokręciła głową.

    – Nie, nie ma tu najmniejszej mowy o miłości. – Wzięła głęboki wdech. – Jeszcze tego by tu brakowało.

    – Co się w takim razie stało? Co jej jest?

    – Jakby to powiedzieć… – Przez chwilę przyglądała się, jak żółty płaszcz powiewał na wietrze, uważnie dobierając słowa. W końcu podniosła wzrok na Raven. – Nie jest w stanie przestać myśleć o nim, ani o tej jednej wspólnej nocy. Nierozładowane napięcie, jeśli wolisz dosadniej. Tęskni za nim w wymiarze… cóż, fizycznym.

    Raven jęknęła i schowała twarz w dłoniach. Owszem, podejrzewała już od dłuższej chwili, co może być źródłem problemu, ale przyznanie tego przed samą sobą było zupełnie inną bajką. Przyznanie, że Red X ją jakkolwiek pociągał…

    Pokręciła głową i spojrzała na Inteligencję.

    – Co muszę zrobić, żeby jej przeszło?

    – Wyjścia masz dwa. – Żółta wzruszyła ramionami. – Albo pójdziesz do niego i powiesz mu, jak sprawa wygląda…

    – To żadna opcja – żachnęła się Rae.

    – Albo – kontynuowała niezrażona towarzyszka – podejdziesz do sprawy jak dorosły człowiek i zainteresujesz się sposobami na rozładowanie tego typu napięcia. – Prychnęła, gdy Rae uniosła brew do góry. – Och, na litość boską, jesteś stara koza, naprawdę muszę ci tłumaczyć wszystko jak dziecku?

    – Jeśli mówisz o tym, o czym myślę, to nie działa. Albo raczej działa, ale za krótko.

    Żółta znów wzruszyła ramionami.

    – Ludzie to bardzo kreatywny gatunek. Jestem pewna, że na ogromnym rynku samopomocy w takich sytuacjach znajdziesz coś dla siebie. Ewentualnie możesz spróbować poprosić kogoś o pomoc.

    – Już wolałabym spłonąć w piekle – mruknęła Raven. Przez dłuższą chwilę obserwowała w ciszy rozgorączkowaną, pojękującą cicho Pasję. W końcu westchnęła. – I to jej pomoże? Przestanie przez to być… taka?

    – Powinno. – Inteligencja kiwnęła głową. – A jeśli nie, to będziemy mieć wszystkie, jak to się kolokwialnie mówi, przesrane.

***
Każdy potencjalny tytuł tej części brzmi o wiele lepiej po angielsku.

poniedziałek, 23 października 2023

Gdy śpiewają kruki 1.5 - Zbrodnia bez ofiar

Salon z rozkładanym tapczanem, stolikiem do kawy, telewizorem starego typu i aneksem kuchennym pełnił jednocześnie funkcję jadalni, sypialni i kuchni. X mieszkanie miał małe, ciasne i zaskakująco czyste. Tak czyste, jakby nikt tu na co dzień nie mieszkał. Może to jakiś pokój hotelowy albo inne Airbnb? Raczej nie zabrał dziewczyn pod swój prawdziwy adres, bez względu na to, czy akurat były superbohaterkami.

Raven zakryła się kołdrą prawie po same uszy. Wyłowiła wzrokiem porozrzucane po podłodze ubrania i przyciągnęła je do siebie telekinezą. Teraz, kiedy już i tak wiedział, kim była, nie musiała kryć się z mocami. Poczuła, jak jej twarz płonie żywym ogniem, kiedy zauważyła bieliznę zarzuconą niedbale na telewizor.

Wymacała kieszonkę w ramonesce i odetchnęła z ulgą. Pudełeczko z czakrą wciąż znajdowało się na swoim miejscu. Przez chwilę zastanawiała się, czy by jej nie założyć. Doszła do wniosku, że przyjmowanie mocy na takim kacu nie było dobrym pomysłem.

Zerknęła na X’a. Wpatrywał się w nią z nieodgadnionym wyrazem twarzy.

– Ani słowa – warknęła.

Roześmiał się nosowo. Niespiesznie sięgnął po dresy. Takimi pierdołami jak koszulka czy bokserki się najwyraźniej nie przejmował. Wstał, przeciągnął się i podszedł do mini-lodówki. Wyciągnął z niej coś i rzucił na poduszkę tuż obok Rae.

– Trzymaj. Zgaduję, że ci się przyda.

Raven z osłupieniem przyglądała się butelce wody gazowanej. W końcu niepewnie po nią sięgnęła.

– Dzięki – wydusiła, skołowana.

– Spoko. – Wzruszył ramionami i sam upił kilka łyków. – Głodna?

Wpatrywała się w niego tak, jakby co najmniej zaproponował jej wspólną wyprawę na Księżyc. Przecież był Czerwonym X’em. Zawodowym złodziejem, krętaczem i głównym powodem, przez który w ogóle pojawiła się poprzedniej nocy w barze. Tacy ludzie nie proponują śniadania jak gdyby nigdy nic.

Pokręciła głową.

– Twoja strata. – Sięgnął do jedynej szafki kuchennej, jaką miał, i wyłowił ze środka patelnię. Niespiesznie wyciągał kolejne produkty, zupełnie ignorując intruza. W końcu jednak nie wytrzymał i posłał jej pytające spojrzenie. – Zamierzasz tak tu tkwić przez cały dzień?

Podciągnęła kołdrę wyżej, by nie widział rumieńców na jej policzkach.

– Nie przebiorę się, kiedy się gapisz – warknęła.

– Jakbym już co najmniej nie widział wszystkiego. – Znów się roześmiał.

– Ostatkiem sił powstrzymuję się, żeby cię nie zabić. Nie ułatwiasz mi tego.

Gdyby spojrzenia mogły mordować, już by leżał martwy z twarzą w cieście naleśnikowym.

– Chcesz, to tam jest łazienka. – Wskazał kciukiem na drzwi przy wejściu, których wcześniej nie zauważyła. – Częstuj się czym potrzebujesz. Jak pogrzebiesz, to może znajdziesz nawet jakąś szczoteczkę do zębów. Czarna jest moja.

Raven, otulona kołdrą niczym eskimos, przyciskając do piersi swoje rzeczy przemknęła do łazienki. Przez całą trasę nie spuściła podejrzliwego spojrzenia z X’a. Ten natomiast nie zwracał na nią w ogóle uwagi, pochłonięty mieszaniem składników.

Dziesięć minut w łazience poświęcone na prysznic i doprowadzenie się do porządku tylko bardziej ją skołowało. Wpatrywała się w swoje odbicie, szorując zęby znalezioną w szafce szczoteczką, próbując rozgryźć, o co temu przeklętemu chłopakowi chodziło. Dlaczego był taki miły? Owszem, była skacowana, ale to tylko oznaczało, że łatwiej można było ją podejść. Ba, w głowie jej tak dzwoniło, że nie była nawet w stanie otworzyć portalu do wieży. Gdzie w takim razie tkwił haczyk? Z której strony powinna oczekiwać podstępu? Jedyne, co wiedziała na pewno, to że nie mogła mu ufać. I że worki pod oczami miała tak wielkie, że mogłaby w nich przemycać zwłoki, gdyby akurat potrzebowała.

Kiedy ponownie wyłoniła się z łazienki, X siedział na złożonym już tapczanie. W spokoju przeżuwał pankejka. Widok spływającego po widelcu syropu klonowego i słodki zapach ciasta sprawił, że żołądek Raven zaczął głośno domagać się pożywienia. No tak, w końcu od nie jadła nic od wczoraj.

X posłał jej nieodgadnione spojrzenie znad talerza. Na widok jej zażenowanej miny westchnął i przesunął talerz w jej stronę.

– Masz. Już nadgryzione, nie otrujesz się. – Sam wstał, wyminął Rae i znów stanął przy patelni.

– Ja… – odezwała się, ale przerwał jej.

– Jedz i nie marudź. – Ziewnął przeciągle.

Z niechęcią odłożyła ściskaną w rękach pościel i zajęła miejsce przy stoliku. Żuła powoli i dokładnie, trochę po to, by przez przypadek nie zwymiotować, a trochę po to, by nie musieć rozmawiać. Musiała przyznać, że pankejki robił dobre, nie za grube i nie za cienkie, takie w sam raz. Ciekawe, czy potrafił gotować też inne dania.

Przyglądała mu się uważnie przez cały czas, on za to nie zwracał na nią zupełnie uwagi. W pełnym skupieniu przygotował porcję ciasta i zabrał się za smażenie. Sprawiał wrażenie, jakby cała ta sytuacja była co najmniej normalna. Jakby jeszcze jakiś czas temu nie próbowali się pozabijać. Jakby wcale nie zrobił jej niezłego bajzlu w głowie na kilka dobrych tygodni.

Cały posiłek przesiedzieli w ciszy. Kiedy skończyły się pankejki, uwagę Raven pochłonęło picie wody małymi łykami. X nie miał żadnych dodatkowych krzeseł, więc usiadł po turecku po drugiej stronie stołu. Przez cały ten czas mistrzowsko ignorował jej obecność. Dopiero kiedy odłożył sztućce na talerz i przetarł usta ręką, odważyła się odezwać.

– To co teraz?

– A co ma być i z czym? – Wzruszył ramionami. Przeciągnął się, aż strzyknęło mu w plecach.

Raven tylko rzuciła okiem na jego umięśnioną klatkę piersiową. Tylko zerknęła.

– No… – machnęła dłonią w nieokreślonym kierunku. – Z tym tutaj.

Przez dłuższą chwilę wpatrywał się w nią ze zmarszczonymi brwiami.

– Słuchaj, nie wiem, czy jesteś zaznajomiona z konceptem jednej nocy, ale polega ona na tym…

– Nie o tym mówię – westchnęła. Modliła się w duchu, by kac szybciej sobie poszedł. Mogłaby wtedy wysłać jego przeklęte dupsko wprost w objęcia aktywnego wulkanu.

– No ale co mam ci powiedzieć? Stało to się stało, na chuj drążyć temat. – Znów wzruszył ramionami i oparł się plecami o ścianę.

Raven już otworzyła usta, by opieprzyć go z góry na dół za to, że swoim głupim wyskokiem spieprzył jej ostatnie kilka tygodni życia, ale w ostatniej chwili się powstrzymała. Nie mogła mu powiedzieć, że miał na nią aż taki wpływ. Spaliłaby się ze wstydu, gdyby się dowiedział.

– Zrobimy tak – zaczął, widząc jej marsową minę. – Ja zamierzam siedzieć cicho, bo i tak mi nie uwierzy, że spałem z Tytanką, no i nic tym nie ugram. Ty pewnie też nie będziesz tego broadcastować, bo Tytani za taką akcję by cię z drużyny na zbity pysk wyrzucili. – Podniósł rękę, gdy już chciała otworzyć usta. – Albo też zabiliby cię śmiechem, co tam wolisz. Podsumowując, mamy oboje kurwa największego w tym wszechświecie pecha, że trafiliśmy na siebie, ale spędziliśmy ze sobą przyjemną noc i co zrobisz. Możesz się oszukiwać ile chcesz, czasu nie cofniesz. – Uśmiechnął się złośliwie, kiedy skrzywiła się na dźwięk strzelania kostkami palców. – Moje rozwiązanie to podać sobie ręce na zgodę i rozejść się w pokoju.

– Tak po prostu? Nie boisz się, że wrócę i wsadzę cię do paki? – zaryzykowała.

Roześmiał się. Brzmiało to na naprawdę szczery śmiech.

– Czyli wolisz wersję z szantażem, no dobrze. – Przetarł twarz i posłał jej cwaniacki uśmieszek. – Jeśli tak koniecznie chcesz, żeby wszyscy się dowiedzieli, to wsadź mnie za kraty i sprawdź, co się stanie. A twoja reakcja będzie najlepszym dowodem w sprawie.

Raven ukryła twarz w dłoniach i westchnęła ciężko. Choć chciała wysłać tego dupka na drugi koniec kosmosu, miał rację. Udawanie, że nic się nie stało, było najlepszą strategią.

– Zgoda. – Wyciągnęła rękę w jego stronę. – Ale spróbuj tylko puścić parę z ust, a zrobię ci z życia jesień średniowiecza.

Roześmiał się i uścisnął jej dłoń.

– Nie spodziewam się niczego innego.

***

Gdy tylko opuściła mieszkanie, posprzątał po ich małej imprezie, zabrał plecak ze strojem X’a i rozejrzał się. Pomieszczenie wyglądało dokładnie tak, jak je zastał. Właściciel, od którego “wypożyczył” kluczyki, nie powinien niczego zauważyć. Tak jak za każdym razem.

Wyszedł przez okno i przeskakując po kilka schodków przeciwpożarowych na raz, wylądował w uliczce na tyłach budynku. Oparł się o chłodną ścianę i odpalił telefon. Skrzywił się na widok dwudziestu nieodebranych połączeń i kilkunastu smsów. Wszystkie od tego samego nadawcy. Jak na fakt, że klient poprzedniego wieczoru sam naciskał na spotkanie w klubie, po czym się nie pojawił, to był strasznie niecierpliwy.

Sięgnął do kieszeni plecaka po fajki i zapalniczkę. Zaciągnął się dymem i odchylił głowę do tyłu. Kiedy tak o tym myślał na trzeźwo, to zainteresował się Rachel (o ile było to jej prawdziwe imię) w sumie tylko dlatego, że się nudził, a ona przy barze wyglądała tak, jakby miała w każdej chwili wyzionąć ducha. Obserwował ją nawet przez chwilę. Waliła jedno mohito za drugim, ale zdecydowanie nie była pijana. Gdy do niej podszedł, jej oczy były czerwone, ale w zupełnie inny sposób niż wtedy, kiedy go dusiła podczas akcji. Uśmiechnął się pod nosem. Kto by pomyślał, że najbardziej ponura z Tytanów interesuje się medycyną alternatywną? I w sumie imprezami. I przede wszystkim nim. Ale w sumie kim on jest, by ją oceniać? Złoczyńcy po mocniejszych akcjach często fundowali sobie imprezy aż do odcięcia świadomości dla relaksu. Najwyraźniej superbohaterowie też potrzebowali od czasu do czasu odpocząć.

Znów się zaciągnął. Roześmiał się cicho na wspomnienie poprzedniej nocy. Był wtedy trochę wstawiony, ale nie pamiętał, by choć przez chwilę skojarzył zjaraną Rachel z Tytanką Raven. Może to przez różnicę w zachowaniu. Musiał przyznać, że całkiem dobrze się z nią bawił. Nie była wybitną tancerką, ale kiedy już poczuła rytm, nie dała mu zejść z parkietu nawet na chwilę. Cholera, kto wie, może gdyby nie tak drastyczne różnice w poglądach na temat prawa, zaproponowałby jej powtórkę?

Zgasił niedopałek papierosa butem. Ruszył w stronę ulicy.

Telefon znów się rozdzwonił. Odebrał połączenie i wtopił się w tłum. 
 
***
Nikt się nie spodziewał kontynuacji one shota sprzed 2 lat, a już tym bardziej nie ja.

niedziela, 27 lutego 2022

Gdy śpiewają kruki [Dzień Fanfików 2022]

 W tym roku nawet się postarałam i przygotowałam dla Was one shota z okazji Dnia Fanfików na TitansGo.pl. Bez zbędnego przedłużania, zapraszam do czytania! I od razu malutka uwaga, że wszystkie dzieciaczki w poniższym opowiadaniu już dawno osiągnęły 21 rok życia.



Kiedy w dniu osiemnastych urodzin rodzice odcięli go od pieniędzy, przeżył szok. Jasne, czasem się odgrażali, że zakręcą kurek, ale nigdy nie brał ich na serio. W końcu jak mogliby zrobić coś tak okrutnego swojemu ukochanemu synowi? Absurd. Zupełny absurd.
Wieczorem konto nadal było puste. Telefon do starych również nie pomógł — matka nie odbierała, a przy ojcu rozłączył się po pięciu minutach tyrady o tym, jak to “musi zmądrzeć” i brak kasy “dobrze mu zrobi”. O mało nie roztrzaskał smartfona o ścianę. Jakim prawem?!

Tej nocy po raz pierwszy dokonał kradzieży. Celem była paczka fajek ze stacji benzynowej. Może nie była to jakaś brawurowa akcja — koleś za ladą wyglądał, jakby zioło zostawiło mu w głowie tylko mole spożywcze — ale pamiętał ten przypływ adrenaliny przez wiele lat. Spocone dłonie, rozbiegany wzrok, to wrażenie, że wszyscy w okolicy wiedzą, co zrobił. Jego sumienie siedziało cicho. W końcu potrzebował tych fajek, prawda? Jeśli już kogoś należało winić, to rodziców, za ich durne pomysły. To oni zepchnęli ukochanego syna w objęcia przestępczego światka.

Potem poszło z górki. Kolejna paczka fajek, trochę alkoholu, żarcie. Potrafił obrobić każdego, patrząc mu z uśmiechem prosto w oczy. Zorientował się, że jest uzależniony od adrenaliny, gdy uciekał przed osiłkami dilera, którego skroił. Sam nigdy nawet nie wypalił skręta, po prostu się nudził. A najlepszym lekiem na nudę była kolejna akcja. Później załatwił sprawę jednym szybkim włamem na komisariat i kradzieżą zarekwirowanego towaru. Był tak dobry, że policja podejrzewała robotę kreta. Zero śladów,
zero odcisków palców, nagrań z kamer - niczego po sobie nie zostawił. Czasem przezywali go przez to Duchem z Jump City.

Plotki szybko wędrowały po ulicach i coraz więcej chętnych zgłaszało się po jego usługi. Ci, którym brakowało oleju w głowie, próbowali zmusić go do współpracy. Zawsze jednak znajdował się ktoś, kto chętnie rozprawił się z szantażystami — czy to inny gang, czy w ostateczności policja. Zawsze też znalazł się ktoś, kto był w stanie obiecać więcej niż poprzednik. Zwykłe prawo popytu i podaży.

Pewnego razu zgłosił się do niego zamaskowany jegomość. Przedstawił się jako Slade. Zdradził mu sekret o ściśle strzeżonym super stroju bojowym, który wspomagany był jakimiś technicznymi nowinkami. Chłopak niewiele z tej gadaniny zrozumiał, oprócz najważniejszego punktu: strój zrobiłby z niego złodzieja idealnego. Wyczuwał przekręt na kilometr — kolejny cwaniak, który chciał go zmusić do współpracy — ale ciekawość wzięła górę. Połknął haczyk. Pewnej nocy włamał się do wieży Tytanów i wykradł strój.

Od tamtej pory zwali go Czerwonym X’em.

Ah, Tytani. Cóż za ciekawe zbiorowisko. Człowiek z blachy, zielony zmiennokształtny dziwoląg, no i oczywiście wielki pan lider. Podobno to on stworzył ten niesamowity skafander. W sumie to chyba powinien mu podziękować. Na pewno postarał się o wiele bardziej pod względem designu niż przy własnych bojowych gatkach. Czerń i szarość wtapiały się lepiej w otoczenie niż pstrokacizna Robina. Tylko tą białą czaszkę na masce mógł sobie podarować.

Były też dziewczyny. Trzeba było przyznać, że śliczna kosmitka o szmaragdowych oczach trochę zbiła go z tropu. Pozwolił sobie nawet na lekki flirt. Przyjął jednak dzielnie na klatę odmowę (oraz wystrzał laserów prosto z oczu) i nie narzucał się. Mógł być złodziejem, ale nie był kompletnym dupkiem. Jak dziewczyna mówi nie, to znaczy nie i kropka.

Była też i gotka, Raven. O niej słyszał najwięcej. Z całej piątki to jej najbardziej bali się przestępcy. Krążyły plotki, że po spotkaniu z nią niektórzy lądowali na terapii elektrowstrząsami. Przez ten cholerny kaptur nie miał za bardzo jak się jej przyjrzeć, choć bardzo chciał. Na jego szczęście zaklęcia dziewczyny były za długie. Inaczej pewnie rozkwasiłaby go o podłogę i na tym zakończyłby karierę. Potrafiła być groźna.

Slade w końcu zdradził swoją cenę. Nie żądał dużo — interesowały go nowe technologie zbrojeniowe, nad którymi pracowało Star Labs. Wystarczyło zrobić krótki rekonesans, a potem kraść. Maksymalnie dwie noce roboty.

Spodziewał się Tytanów. Nie spodziewał się natomiast, że Slade pojawi się na miejscu osobiście. Samą swoją obecnością odciągał uwagę lidera na tyle skutecznie, że Red mógł wyślizgnąć się niezauważony. Niestety, w pościg posłano Raven.

Red X przykucnął za kontenerem na śmieci. Zaklął siarczyście pod nosem. Wyświetlacz na przedramieniu zamigał ostrzegawczo, informując o niskiej zawartości xenotium. Substancji zostało może na dwie teleportacje, nie więcej. Gotka deptała mu po piętach. Musiał bardzo szybko obmyślić jakiś plan.

— Sądziłam, że stać cię na więcej — usłyszał nad sobą. Skoczył w bok. Udało mu się uniknąć przyduszenia przez motocykl w ostatniej sekundzie.

— Mogę powiedzieć to samo — rzucił rozbawiony. Nie mogła zobaczyć uśmieszku pod maską. On za to doskonale widział, jak bardzo działał jej na nerwy.

— Czego szukałeś w laboratorium? — warknęła. Czarna energia skumulowała się przed wyciągniętą dłonią.

W jego stronę wystrzeliły macki. Wykonywał uniki bez większego problemu. Jeśli chciała go powstrzymać, musiała się bardziej postarać.

Za plecami poczuł mur. Chciał już wcisnąć guzik teleportacji, ale w ostatniej chwili zrezygnował. Xenotium było trudne do dostania nawet na czarnym rynku.

— A, no wiesz, naszła mnie ochota na poszerzanie wiedzy. Zwłaszcza tej zakazanej.

Chyba ją zaskoczył tą odpowiedzią. Atak na chwilę ustał.

— Mów, co wiesz — rozkazała. Albo mu się wydawało, albo jej oczy, skryte w cieniu kaptura, zabłysły na czerwono.

Skoczył, kiedy z muru wystrzeliły krucze łapy. Raven była szybsza. Już po chwili zwisał pół metra nad ziemią, związany magicznymi wstęgami. Jej energia była okrutnie nieprzyjemna. W miejscach, w których moc dotykała ciała przez strój, czuł palące mrowienie.

— Ja? Ja nic nie wiem. — Wyszczerzył się. Czasem żałował, że maska zasłaniała całą twarz. Jego uśmiech zawsze działał wszystkim na nerwy. Wyprowadzenie Tytanki z równowagi było jedyną szansą na ucieczkę.

— Mów.

Więzy zacisnęły się na żebrach. Zakaszlał. Lewa ręka zabolała tępo w okolicy ramienia. Po rękawicy spłynęły pierwsze krople krwi.

— Wiesz, znam swoje prawa — zażartował.

Jej zirytowane westchnienie mogłoby przewracać góry. Splotła umięśnione ręce na piersi. Podleciała bliżej. Granatowa peleryna rozwiała się na wietrze.

— Laboratorium, w którym opracowywane są tajne technologie. Ty i Slade obieracie je za cel. Tej samej nocy. — Zacisnęła usta w wąską kreskę. — Pracujecie razem.

To chyba nie było pytanie.

— Wzruszyłbym ramionami, ale nie mogę, sama rozumiesz. — Moc znów go ścisnęła. Zakaszlał. — Słuchaj, nie wiem, czy ktoś ci o tym mówił, ale z martwym przestępcą przesłuchania nie przeprowadzisz.

Poluzowała uścisk czarnych macek. Ale tylko odrobinę.

— No, tak lepiej. W ramach wdzięczności mogę ci coś zdradzić. Nic nie wiem. Miałem zlecenie, wykonałem zlecenie. To, co ukradłem ani to, co się wyrabia w tym laboratorium mnie nie obchodzi. — Udało mu się niepostrzeżenie przesunąć zranioną rękę w stronę pasa. Jedno kliknięcie i tyle go widziała. Musiał tylko dosięgnąć guzika.

— Kłamiesz — warknęła. Nie wydawało mu się, jej oczy rzeczywiście robiły się czerwone. Może denerwowanie jej jednak nie było najlepszym pomysłem.

— Czy te oczy mogą kłamać?

Dobra, trochę się prosił o zmiażdżenie. Przynajmniej umrze w ciekawy sposób.

— Skoro nie chcesz po dobroci… — Podleciała do niego na wyciągnięcie ręki. Uderzył go w nos zapach potu, wosku pszczelego i książek. Nie takiego połączenia się spodziewał. — To przynajmniej dowiemy się, kim jesteś, zanim odstawię cię na komisariat.

Cholera.

Chwyciła palcami krawędź materiałowej maski. Była tak blisko, że poczuł na sobie jej oddech. W końcu mógł też zobaczyć, jak wygląda, nawet pomimo kaptura. Blada cera, krótkie włosy, wąskie usta, ostre rysy twarzy. I te wielkie, fioletowe, tajemnicze oczy.

Spojrzała w białe panele z tytanu hartowanego xenotium. Usta wygięły się nikłym, złośliwym uśmiechu. Nie spieszyła się. Maskę ściągała powoli, jakby napawając się narastającą paniką swojej ofiary.

Musiał bardzo szybko coś wymyślić.

— Hm — mruknęła, kiedy odkryła bliznę biegnącą od podbródka, przez usta i ginącą gdzieś w okolicy lewego płatka ucha. Szrama nie była głęboka, trochę makijażu bez problemu by ją zakryło, ale rzucała się w oczy.

— Niezła czakra — wypalił. Wysunął głowę do przodu, najdalej jak tylko mógł. Ich usta złączyły się w pocałunku.

W tym momencie wydarzyło się kilka rzeczy na raz.

Zaskoczona Raven odskoczyła do tyłu. Zapomniała o zaklęciu. Czarne wstęgi zniknęły.

X wylądował na ziemi i naciągnął maskę z powrotem na twarz.

— Do następnego, piękna. — Wcisnął guzik i rozpłynął się w nicość.

Popełnił kilka błędów podczas tej misji. Mimo to, kiedy zasypiał nad ranem, przed oczami wciąż widział jej zaskoczone spojrzenie.

***

Zaraz po powrocie z misji bez żadnych wyjaśnień wpadła do pokoju lidera. Coś jej mówiło, że Robin nigdy by się tak nie zachował, ale musiała być pewna. Dla własnego zdrowia psychicznego. Kiedyś nie podejrzewali go o to, że złamie prawo, by złapać Slade’a. Może i tym razem wpadł mu do głowy godny pożałowania pomysł z przebierankami za złodziei.

— Raven? Co z Red X’em? — Robin podniósł głowę znad bandażowanej ręki. Czarne włosy, mokre po prysznicu, opadły mu na twarz.

Oparła się rękami o blat stołu.

— Uciekł. Prawdopodobnie pracuje ze Slade’em. Nic konkretnego z niego nie wyciągnęłam. A teraz prosto z mostu. Czy wróciłeś do przebierania się za niego? — Wbiła w mężczyznę wyczekujące spojrzenie. Oby to nie był on. Inaczej będzie musiała go zamordować.

— Nie. Nawet jakbym chciał, strój został skradziony lata temu. — Wstał i obszedł stół. Położył zdrową dłoń na jej ramieniu. Zaniepokojone spojrzenie błękitnych oczu trochę ją uspokoiło. — Co się stało?

Pokręciła głową. Wzięła dwa głębokie wdechy. To przecież oczywiste. Robin prędzej by się przyznał do współpracy z samym Trygonem, niż posunął się do czegoś takiego. No i ta blizna…

To nie był on.

— Nic. Chciałam się tylko upewnić — mruknęła. Przetarła zmęczoną twarz. — Chyba muszę się położyć.

— Jeśli chciałabyś o czymś porozmawiać…

— Tak, wiem, mogę do ciebie przyjść. Dzięki, nie trzeba. — Strąciła dłoń lidera. — Widzimy się jutro. — Po tych słowach otworzyła portal w miejscu drzwi i przeszła od razu do swojego pokoju.

Odwiesiła pelerynę do szafy i opadła na łóżko. Zamknęła oczy. Odetchnęła głęboko. Powietrze było ciężkie od zapachu kadzideł, kurzu i starych ksiąg.

Obiecała sobie, że jak tylko znajdzie tego skurczybyka, to go zabije. A znajdzie go na pewno.


***

— Dobrze, ostatnia sprawa na dzisiaj. — Robin rzucił plik kartek na kanapkę. Splótł ręce na piersi i oparł się o krzesło. — Ręka w górę, kto jest za tym, by Raven zrobiła sobie tydzień wolnego.

Dłonie prawie wszystkich członków drużyny poszybowały w górę. Tylko sama zainteresowana wydawała się zaskoczona propozycją.

— To nie będzie potrzebne — mruknęła. — Dzięki za troskę, dam sobie radę.

— Przyjaciółko Raven — zaczęła miękko Gwiazdka, podlatując do dziewczyny. — Jesteś bardzo zmęczona. Wiemy, że nie sypiasz najlepiej….

Chciała odpowiedzieć, że wysypiałaby się o wiele lepiej, gdyby wciąż nie śnił się jej pewien idiota z szyderczym uśmiechem, ale ugryzła się w język. Spłonęłaby ze wstydu, gdyby którykolwiek z Tytanów dowiedział się, w jaki sposób Red X jej uciekł.

— Pomedytuję. — Wzruszyła ramionami. Co prawda od kilku tygodni nawet i to nie pomagało na ciągłe napięcie, ale zawsze warto próbować. Nie może dać się odsunąć na boczny tor przez jakiegoś skończonego pajaca. Drużyna jej potrzebuje.

— Raven, na ostatniej misji wysadziłaś w powietrze samochód. — Cyborg nawet na chwilę nie oderwał wzroku od ekranu komputera.

— I moje drugie śniadanie — dodał ciszej BB. — I pada do konsoli. I tą biedną roślinkę w korytarzu.

— To już raczej nie jest coś, co może naprawić medytacja. Stanowisz zagrożenie dla drużyny i dla cywili — podsumował Cyb.

— Dobrze, dotarło — ucięła ostro. Westchnęła, widząc zaskoczone spojrzenia pozostałych członków drużyny. — Wezmę urlop, dobrze? Ale tylko tydzień. Ani minuty więcej.

— No, tak ma być. — Robin z uśmiechem sięgnął ponownie po plik papierów i po chwili wręczył zdziwionej dziewczynie wymiętą kartkę. — Każdy z nas wymyślił kilka propozycji na to, jak możesz się zrelaksować.

— Dzięki — mruknęła. Wzięła papier, złożyła go starannie w pół i portalem wysłała do pokoju. Prosto do kosza na śmieci.

— A teraz posłuchaj mnie uważnie — Robin chwycił ją za ramiona i spojrzał prosto w oczy. Automatycznie odsunęła się na tyle, na ile pozwalał jej mocny uścisk. Co w nich wszystkich wstąpiło? — Nie obchodzi mnie, co będziesz musiała zrobić, masz się zrelaksować. Możesz wybrać się na Księżyc, wskrzesić Trygona, nawet złamać prawo, ale na litość boską, wróć wypoczęta, dobra?

Uśmiechnęła się kwaśno.

— Przyjęłam, panie kapitanie.


***

Karaoke odpadło w przedbiegach, nienawidziła śpiewać. Joga i medytacja nie pomogły. Kręgle były nawet całkiem fajne, dopóki nie dostrzegła w tłumie faceta z czerwonym iksem na koszulce. Tyle wystarczyło, by zrujnować wieczór.

Lista tytanowych propozycji kurczyła się w zastraszającym tempie. Z pewnym zaskoczeniem obok takich propozycji, jak tamarańska akupunktura czy malowanie piaskiem zauważyła wpisane lekko krzywym pismem słowo “zioło”, zaraz po słowie “impreza”. To na pewno była propozycja Bestii. Albo chichrającego się Cyborga. Albo obydwu.

Przewróciła oczami nad głupotą chłopaków i ruszyła do następnego punktu na liście. Kiedy jednak wykreślała kolejne i kolejne propozycje, pomysły chłopaków traciły na swojej głupocie. Gdy w końcu na kartce pozostały już tylko dwie pozycje, Raven wzruszyła ramionami. Skoro nic innego nie pomogło, mogła sięgnąć po używki. Najwyżej wysadzi świat w powietrze.

Przelała tyle mocy, ile tylko mogła, do czakry, po czym jednym prostym zaklęciem odczepiła kamień od czoła. Dla pewności zawinęła go w czysty kawałek szmatki namoczonej w świętych wodach azaratckich jezior i schowała pakunek w ukrytej kieszonce ramoneski. Tak na wszelki wypadek.

Skręta wyciągnęła z “tajnej” skrytki Bestii, o której wszyscy wiedzieli. Sam w końcu podsunął jej ten durny pomysł, to mógł się przynajmniej podzielić. Na pewno wolałby, żeby swoje pierwsze doświadczenia z paleniem przeżywała na sprawdzonym i bezpiecznym towarze. Poza tym, sam Robin pozwolił jej złamać prawo. Raczej wybaczą jej taką kradzież. Albo “bezterminową pożyczkę”, jakby to powiedziała Jinx.

Rae teleportowała się przed drzwi pierwszego lepszego klubu znalezionego w Mapach Google. Miał wysokie oceny i podobno serwowali dobre drinki. Nie, żeby zamierzała sięgać po alkohol, ale zawsze dobrze wiedzieć. Ochroniarz tylko kiwnął głową na przywitanie i przepuścił ją poza kolejką. No tak, kiedyś obronili to miejsce przed Modnisiem. Tego faceta to chyba nawet sama osłaniała przed ożywioną armią żołnierzyków z drewna. Miło jest mieć kontakty, o których się nawet nie wie.

Po przekroczeniu progu przeciągnęła palcami po włosach. Te pod wpływem zaklęcia zmieniły kolor na czarny. Za pomocą magii zamaskowała także swój naturalny kolor oczu. Może i było to głupie przebranie, ale nie chciała, by ktoś więcej ją rozpoznał. Tej nocy miała odpoczywać, a nie podpisywać autografy.

Głośna muzyka rezonowała w czaszce. Mocny bit trząsł całym klubem. Duchota wdzierała się do płuc. Ludzie na parkiecie tańczyli do rytmu lub też wesoło obściskiwali się na środku sali. Każda loża była zajęta, więc Raven niechętnie usiadła przy barze. Zamówiła bezalkoholowe mohito i na zdziwioną minę barmana odpowiedziała wilczym spojrzeniem. Spłoszony, wrócił do pracy.

Raven ogarnęła wzrokiem otaczający ją chaos i westchnęła. Dyskoteka zdecydowanie nie była w jej guście, ale… wszyscy chyba dobrze się bawili. A w końcu o to chodziło. Miała odpocząć. Skoro nic innego nie działało, to może ogłuszająca muzyka pomoże jej wymazać z głowy tego cholernika.

Na samo wspomnienie Red X’a sięgnęła nerwowo do kieszeni. Niepewnie włożyła skręta do ust i przeklęła w myślach na widok trzęsących się dłoni, kiedy go odpalała. Zaciągnęła się. Dym był słodki, choć drapał w gardło. Zakaszlała. Może jednak powinna była przeżywać takie pierwsze razy w zaciszu wieży… Z Tytanami za ścianą czułaby się pewniej. W razie, gdyby jej moce zwariowały czy coś. Z drugiej strony pewnie do końca życia musiałaby wysłuchiwać zaczepek Cyborga i fochów Bestii o pożyczonego skręta. To już chyba lepiej cierpieć w głośnym klubie.

Ciekawe, ile będzie musiała wypalić, by imprezowanie zaczęło jej się w końcu podobać.

Na początku nic nie poczuła. Uporczywe drapanie w gardle zalewała hektolitrami bezalkoholowych drinków. Dopiero po dłuższym czasie zauważyła, że muzyka jakby trochę mniej jej przeszkadza. Nawet mogłaby do niej trochę pokiwać głową. Myśli trochę zwolniły. Zaczęły się rozlewać wokół niej, a próba skupienia się kończyła się fiaskiem. Miała wrażenie, że jej wzrok jednocześnie wyostrzył się i rozmył. Mogła policzyć błyszczące blaszki na kuli dyskotekowej, ale za nic nie potrafiła ustalić, ile szklanek po bezalkoholowych drinkach stało przed nią.

— To mój ulubiony kawałek — usłyszała tuż przy swoim uchu. Zaskoczona wbiła wzrok w stojącego obok chłopaka.

W sumie, to powinna chyba powiedzieć młodego mężczyznę. Miał na oko dwadzieścia kilka lat, nie więcej niż dwadzieścia pięć. Czarne, trochę przydługie włosy zaczesał na bok. Na pełnych ustach czaił się cwaniacki uśmieszek. W pierwszej chwili myślała nawet, że stoi przed nią Grayson. Ten facet był jednak trochę wyższy i bardziej umięśniony. I miał ciemniejszą karnację. No i te brązowe oczy, które wpatrywały się w nią z ciekawością.

Kurczę.

— Taak? — odparła mało inteligentnie. Nie mogła oderwać od niego wzroku.

Roześmiał się.

— Widzę, że już się dobrze bawisz. — Usiadł obok i ruchem dłoni zamówił drinka. Jego ruchy były płynne i zdecydowane. Jakby tańczył z powietrzem, a nie zamawiał alkohol. Czy można tańczyć z powietrzem?

Dziewczyna potrząsnęła głową. Jeśli marycha była w czymś dobra, to na pewno w rozpraszaniu myśli.

— To jak ci na imię? — Nieznajomy oparł się plecami o bar. Wciąż mierzył ją tym hipnotyzującym spojrzeniem.

— Rachel — wydusiła i podała mu rękę.

— Tim. — Pocałował wyciągniętą dłoń, po czym wybuchnął śmiechem.

Zawtórowała mu.

— To co tam u ciebie słychać, Tim? — spytała z głupkowatym uśmiechem, popijając drinka.

— A wiesz, niewiele. — Wzruszył ramionami i odebrał swoje zamówienie. — Piątek wieczór, dobra impreza, ciekawe towarzystwo… — Puścił do niej oko.

Prychnęła.

— Szybko oceniasz rozmówców. — Poczuła ochotę, by popuszczać bąbelki w swoim napoju. Jak wymyśliła, tak zrobiła. Skończyło się na tym, że wylała sobie lepkie mohito na twarz i koszulkę.

Tim ze śmiechem podał jej paczkę serwetek zgarniętą z baru. Nawet pomógł doprowadzić się do porządku.

— Ta impreza ssie — poskarżyła się, kiedy już niezgrabnie wytarła resztki napoju z ubrania. Będzie musiała wziąć prysznic, jak tylko wróci do wieży. Będzie się kleiła jak lep na muchy przez resztę wieczoru. Może jakąś złapie. Złapie muchę na mohito i mokry dekolt. I zje. Ble. Po cholerę miałaby jeść muchy? Zjadłaby coś w sumie. Pizza byłaby spoko.

— Może mogę jakoś ją poprawić? — Pytanie rozwiało jej dogłębne rozważania dotyczące łapania owadów.

— W jaki sposób? — Zmarszczyła czoło. Z zaskoczeniem odkryła, że Tim był od niej wyższy o głowę.

W odpowiedzi przystojniak chwycił jej dłoń i pociągnął ją na środek parkietu. I na nic zdały się jęki, że nie potrafi tańczyć.

Sama nie wiedziała, ile piosenek przetańczyli. Po prostu wirowała, a sprawne ręce Tima pilnowały, by przy okazji na nikogo nie wpadła. Kolory i zapachy pływały wokół niej. Cały świat tańczył razem z nią. Czuła ciągłe spojrzenie roześmianych, brązowych oczu. Czuła się wolna.

Nie miała pojęcia, że taniec jest taki fajny.

Piosenka zmieniła się na wolniejszą. Rae wzięła kilka głębszych wdechów i cofnęła się, by zrobić miejsce osobom schodzącym z parkietu. Wpadła na kogoś.

— Ostrożnie. — Tim objął ją w pasie. Docisnęła plecy do jego umięśnionej klatki piersiowej. Tak dla bezpieczeństwa.

— Jestem ostrożna — mruknęła, choć pewnie jej nie dosłyszał. Zauważyła, że wciąż kołysze się w rytm muzyki, kiedy Tim dołączył do tańca. Dotyk na jej talii zaczął parzyć przez ubranie. Poczuła w głębi coś, co do tej pory budziło się w niej w te nieliczne, samotne noce. Zadrżała, kiedy umięśnione dłonie zjechały powoli na biodra.

Odgłosy wokół zaczęły zanikać. Niepewnie odwróciła się w jego stronę. Serce tłukło się w jej piersi. Twarz Tima była dla niej zagadką. Jedynie oczy zdradzały to, co oboje myśleli.

Dotknęła jego klatki piersiowej. Jego serce biło równie szybko.

Powoli uniosła dłoń i wtopiła ją w jego włosy.

— Rachel… — wychrypiał. Uważnie obserwował każdy jej ruch.

Spojrzała mu prosto w oczy.

— Postaraj się, żebym tego nie żałowała — mruknęła i przyciągnęła go do pocałunku.


***

Obudziło ją światło słoneczne, wpadające przez okno. Początkowo mruknęła coś niewyraźnie i przekręciła się na drugi bok. Dopiero po chwili dotarło do niej, że nie jest u siebie. Otworzyła oczy.

Znajdowała się w obcym mieszkaniu, w obcym łóżku. Pościel pachniała potem i płynem do płukania tkanin. Rozespany mózg powoli odtwarzał wydarzenia wczorajszego wieczoru. Przetarła oczy i jęknęła. Jeszcze nigdy nie czuła się tak sobą zażenowana. Będzie musiała zabić Bestię za to, co trzyma w swoich tajnych skrytkach.

Pomimo nocnych przygód była wypoczęta i zrelaksowana. Po raz pierwszy od dawna nie śniła o Red X’ie. Przeciągnęła się. Obróciła się na drugi bok. Chciała się w końcu dowiedzieć, kto był odpowiedzialny za jej dobry humor.

Tim spał z ręką wetkniętą pod głowę. Pochrapywał lekko przez sen. Dopiero wtedy Rae zauważyła, że jego klatka piersiowa była pokryta licznymi bliznami. Niepewnie przesunęła wzrok od jego torsu w górę. Zamarła.

Od podbródka przez usta mężczyzny ciągnęła się lekka szrama.

Drżącą ręką dotknęła twarzy śpiącego. Przesunęła kciukiem wzdłuż lewego policzka. Na jej palcu została odrobina pudru.

Mężczyzna otworzył oczy. Przez chwilę przyglądał się kochance przyćmionym wzrokiem. Dopiero po chwili poderwał się do pozycji siedzącej.

— Błagam, powiedz mi, że ty nie jesteś… — zaczęła cicho, kręcąc głową. To nie mógł być on. To po prostu nie mógł być on. Jakiego pieprzonego pecha musiałaby mieć, by w tak wielkim mieście jak Jump City wpaść na-…

— Raven? — wydukał. Dotknął miejsca, które jeszcze przed chwilę badała. Zaschnięte płatki pudru opadły na poduszkę.

— Red X. Pieprzony Red X.

Wyszczerzył się.

— We własnej osobie.

wtorek, 24 listopada 2020

Dziecię Gwiazd - Przemowa

Część pierwsza znajduje się tutaj. 
Raven jako jedyna nie podeszła do kanapy. Zatrzymała się kilka kroków przed nią, tuż za miejscem, w którym posadzono Aris. Przez całą drogę do salonu pobieżnie lustrowała emocje przybyszki, próbując dotrzeć do jej umysłu. Cóż, ciężko pozbyć się starych nawyków. Kiedy ostatnio pozwoliła sobie na zignorowanie intuicji, wieża została prawie zrównana z ziemią przez Slade’a. A tym razem przeczucie mówiło jej, że ta niepozorna wizyta przyniesie same kłopoty.

    — Dobrze, to teraz opowiedz nam wszystko od początku. — Robin splótł ręce na piersi. Oparł się plecami o krzesło stojące przy komputerze.

    — Cóż… — Aris przez chwilę wędrowała rozkojarzonym wzrokiem po twarzach zebranych. — Trochę trudno będzie znaleźć początek. Może zacznę od tego, że opiekuję się czymś bardzo ważnym i… no, trochę mi ta opieka nie wyszła… no i ogółem ludzie jako gatunek mogą mieć przez to przewalone. — Wzruszyła ramionami z niewinnym uśmiechem.

    — Nic z tego nie rozumiem — wyznał z rozbrajającą szczerością Bestia.

    — Ja też nie. — Robin zmarszczył brwi. — Jaśniej, jeśli można.

    Pomimo usilnych prób, Raven nie była w stanie przeniknąć do umysłu Aris. Jakby odpychała ją jakaś niewidzialna bariera. Musiała przejść odpowiedni trening mentalny. To nigdy nie zwiastowało niczego dobrego.

    — Może spróbuję inaczej. — Aris odwróciła się i wbiła badawcze spojrzenie w stojącą za nią Raven. — Pamiętasz, co się działo, kiedy ostatnio podróżowałaś na Azarath?

    — Trygon próbował mnie powstrzymać i nawiązała się walka. — Zaskoczona Tytanka zmarszczyła brwi. — To było lata temu. Skąd…

    — Mam kumpelę w wydziale komunikacji międzywymiarowej. W każdym razie wygląda to tak, że podczas tej walki cząstka Trygona odprysnęła poza tunel i trafiła do naszej biblioteki i zainfekowała nam niektóre zwoje i ogółem sytuacja wygląda kiepsko.

    W salonie zapadła cisza.

    — Czekaj… co? — jako pierwszy myśli całego zespołu wyartykułował Bestia.

    — A no tak, bo wy nie wiecie. — Dziewczyna westchnęła ciężko, po czym wyrzuciła z siebie potok słów: — Jestem bibliotekarką i opiekunką rzadkich zwojów w Wielkiej Bibliotece Wszechświata w wymiarze Dentraxa II, w której trzymamy, cóż, całą wiedzę wszechświata, no i kilka z tych rzadkich zwojów uległo zniszczeniu i potrzebuję pomocy w ich jak najszybszej naprawie, bo inaczej cholera wie, co się może wydarzyć, przepraszam za brzydkie słowo.

    Raven zamrugała kilka razy, próbując przetrawić nawał informacji. Czytała kiedyś o Dentraxa II, ale te nieliczne źródła, do których udało jej się dotrzeć utrzymywały, że jakiekolwiek przejścia do tego wymiaru zostały zamknięte lub zniszczone.

    — Stąd ten kruk na niebie, prawda? — rzuciła w przestrzeń. Zignorowała pytające spojrzenia reszty drużyny. Obeszła kanapę i stanęła obok lidera. — Otworzyłaś nowe przejście między wymiarami.

    Aris kiwnęła głową.

    — Wiedziałam, że coś takiego przyciągnie waszą uwagę. Trochę to zajęło, przyznaję, ale najważniejsze, że się udało.

    — Jakie przejścia? Jakie kruki? — wybuchnął Bestia. — Rany, o co tutaj chodzi?!

    Robin uciszył go ruchem dłoni.

    — Bardziej interesuje mnie inna kwestia. Wspomniałaś o tym, że grozi nam niebezpieczeństwo. I że stoi za tym Trygon.

    — Tak, no właśnie. Najprościej to wyjaśnić w ten sposób, że Wielka Biblioteka jest trochę jak taki bardzo, bardzo duży komputer. Jeśli dane ulegną uszkodzeniu lub zniszczeniu…

    — Zostaną wymazane z pamięci systemu, jak gdyby nigdy ich tam nie było — przerwał Cyborg, pocierając w zamyśleniu podbródek. — Ale czy w takim razie nie macie kopii zapasowej?

    — Jakieś tam mamy, ale dzięki uprzejmości mojego poprzednika lwia część z nich nie była aktualizowana od wieków. Ich przywrócenie oznaczałoby dla niektórych gatunków powrócenie do czasów z początku istnienia ich cywilizacji. — Aris poprawiła broszkę w kształcie egzotycznego kwiatu, przypiętą na jej piersi. — Z tego, co udało mi się sprawdzić, ludzi cofnęłoby do wczesnego średniowiecza. I to w najlepszym wypadku.

    — Jeśli dobrze rozumiem… — zaczęła niepewnie Gwiazdka. — Cała wiedza o wszystkim, co stało się we wszechświecie zgromadzona jest w bibliotece?

    — Yup.

    — Ale… nawet jeśli wymazanie danych cofnie czas, to przecież nie wymaże to wiedzy z głów istot ludzkich, prawda? — dodała.

    — Nigdy wcześniej coś takiego się nie wydarzyło, więc nie mogę tutaj rzucać prawdami objawionymi. Założenie jest takie, że przepadną wtedy wszystkie dane, bez względu na ich formę. Przepadnie wiedza zgromadzona w rękopisach, które nigdy nie zostaną napisane, przepadną ludowe wierzenia, które przekazuje się ustnie z pokolenia na pokolenie, bieg historii zostanie cofnięty, a przez to zmieniony. Wyobraź sobie, że w jednej chwili cała wiedza, którą posiadasz o dzisiejszym świecie, że nagle trzy czwarte tej wiedzy po prostu znika.

    Raven wymieniła spojrzenie z Robinem. Wyjaśnienie brzmiało na szyte grubymi nićmi, jednak dziewczyna nie wyczuwała fałszu w słowach Aris. A jeśli ta cała paplanina była prawdą i Trygon przetrwał, a przy tym jeszcze mieszał w historii wszechświata…

    Lider skinął lekko głową i zwrócił się w stronę przybyszki.

    — Pomożemy. Czego konkretnie potrzebujesz?

    — Pożyczyć Raven na chwilkę.



***

Miało być odrobinę dłużej, ale ktoś musiał w tym domu obiad zrobić i padło na mnie. Możliwe, że pojawią się byki, bo niepoprawiane. Enjoy :D.

wtorek, 18 sierpnia 2020

Dziecię Gwiazd - Przybycie

    Robin z pewnym zaskoczeniem odkrył, że cała jego drużyna popadła w swego rodzaju rutynę. Dzień w dzień członkowie Młodych Tytanów snuli się po wieży lub mieście w poszukiwaniu rozrywek, a drobne kradzieże czy włamania, którym trzeba było stawić czoła nie pomagały w zabiciu nudy. Po rozbiciu Bractwa Zła na wolności pozostało tylko kilkoro drobnych rzezimieszków, którzy nie stanowili żadnego zagrożenia. Jump City na kilka miesięcy pogrążyło się w błogim spokoju, a mieszkańcy miasta z ulgą powitali pierwszą wiosnę wolną od potworów i złoczyńców. Nienaturalny spokój utrzymał się aż do jesieni.

    Wraz z początkiem grudnia Robin został zaproszony na spotkanie z władzami miasta, na którym otrzymał wiadomość o planowanym zburzeniu wieży T. W okresie pokoju utrzymywanie budynku, jak i nikomu niepotrzebnych herosów było nieopłacalne. Liderowi drużyny udało się wywalczyć sześć miesięcy, w ciągu których mogłaby wydarzyć się jakaś katastrofa.

    Do stycznia nie wydarzyło się nic, co pomogłoby udowodnić Tytanom ich „przydatność”. Lider drużyny powoli zaczynał przyzwyczajać się do myśli, że to mogą być jego ostatnie miesiące spędzone z przyjaciółmi w wieży. Najbardziej palącą kwestią pozostawał sposób przekazania złych wiadomości reszcie drużyny.

    Zaskoczyła go wiadomość, którą otrzymał od Raven w trzeci dzień nowego roku. Znalazł na swoim biurku starannie złożony liścik, w którym przyjaciółka prosiła, by kwadrans po północy nastolatek pojawił się na dachu. Pochyłe i krzywe pismo zdradzało pośpiech piszącej. Świstek zaraz po przeczytaniu zapłonął fioletowym płomieniem i rozpłynął się w powietrzu. Wiadomość na tyle zaintrygowała lidera, że o umówionej porze stanął na dachu wieży T, ubrany w grubą puchową kurtkę.

    Raven czekała na niego, owinięta szczelnie zimowym, niebieskim płaszczem. Z nabożnym skupieniem wpatrywała się w rozgwieżdżone niebo.

    — O co chodzi? — Stanął obok niej, wbijając zziębnięte ręce w kieszenie kurtki. Zima była w tym roku wyjątkowo ostra.

    — Poczekaj, muszę najpierw coś znaleźć. — Nie patrząc na niego, machnęła przed siebie dłonią. Posłała w eter fale czarnej energii, które w mroźnym powietrzu rozprzestrzeniły się dookoła. Po kilku chwilach wskazała coś daleko przed sobą. — Spójrz.

    Robin wytężał wzrok jak mógł, lecz przez pierwsze kilka minut nie był w stanie nic dostrzec. Dopiero po dłuższej chwili dostrzegł cienkie, białe linie, które powoli wyłaniały się na tle nieba, łącząc poszczególne gwiazdy w konstelację.

    — Co to jest? — zapytał, zaskoczony. Gwiazdy zaczęły świecić coraz mocniejszym blaskiem.

    — Nowo powstała konstelacja. — Raven zerknęła na niego spod kaptura.

    Odwzajemnił spojrzenie.

    — To kruk, mam rację?

    — Tak mi się wydaje. — Zrzuciła kaptur, a dawno nieścinane włosy posypały się na ramiona. — Odkryłam to rok temu. Dokładnie o tej konkretnej godzinie gwiazdy reagują na moją magię i świecą tak przez następne dwadzieścia minut. Potem linie znikają i nie jestem w stanie ich przywołać aż do następnego roku.

    — Nigdy ci się nie zdarzało nic takiego z innymi konstelacjami, prawda? — zapytał dla pewności Robin, próbując znaleźć na niebie kolejne gwiazdozbiory. Niestety, bez linii pomocniczych odróżniał tylko Wielki Wóz.

    Dziewczyna zaprzeczyła ruchem głowy.

    — Tym razem jest inaczej niż ostatnio. Wtedy pojawiły się tylko linie, a teraz… — Nie musiała kończyć, ponieważ chłopak doskonale wiedział, co miała na myśli. Gwiazdy nowej konstelacji rozświetlały nocne niebo, przyćmiewając blask innych. Najjaśniejsze zaczęły migotać na fioletowo.

    — Okej, to z pewnością kruk. — Robin wlepił wzrok w dziwne zjawisko nad ich głowami. — Ale co to może znaczyć?

    — Ostrzeżenie? — Córka demona wzruszyła ramionami, siadając po turecku w powietrzu.

    — Może prośba o pomoc? Albo jakieś przepowiednie dotyczące twojego ojca. — Robin zerknął na czakrę na czole przyjaciółki.

    Dziewczyna uchwyciła jego zmartwione spojrzenie

    — To nie on. W dalszym ciągu słyszę, jak odgraża się za zamknięcie go w krysztale. Gdyby coś knuł, zamilkł by chociaż na pięć minut, by obmyślić plan. Poza tym nigdy wcześniej nie korzystał z gwiazd jako sposobu komunikacji. Woli zdobywać planety, a nie je podświetlać.

    Uniosła kąciki ust, by trochę go uspokoić. Przez fioletową poświatę wyglądała jeszcze bardziej blado i tajemniczo niż zazwyczaj.

    — Skoro tak twierdzisz… Ale w takim razie, to o co tutaj chodzi?

    Lider przykucnął i zgarnął dłonią trochę śniegu. Ulepił śnieżkę, którą zaczął podrzucać. Zawsze się czymś bawił, kiedy intensywnie myślał.

    Przez dłuższą chwilę trwali w ciszy, obserwując gwiazdy i zastanawiając się wspólnie nad problemem.

    — A może po prostu za bardzo się przejmujemy? — zasugerował w końcu Robin, podnosząc się do pozycji stojącej. Przyjaciółka rzuciła mu zaskoczone spojrzenie. — Równie dobrze może to być jakieś dziwne zjawisko, które powstało w naturalny, na razie dla nas niewytłumaczalny sposób.

    — Wierzysz w to? — mruknęła Rae, zakładając pasmo włosów za ucho. — To musi zwiastować coś wielkiego. — Uśmiechnęła się krzywo, widząc pytające spojrzenie Robina. — Wiem o planach wyburzenia wieży. Jeśli mamy uratować nasz dom i drużynę, lepiej, aby to migotanie było ważne.

    Lider westchnął, przecierając oczy.

    — Nie wiem, jak ty to robisz, ale jeśli znajdę gdzieś w swoim stroju doczepiony podsłuch, to cię kopnę — zagroził.

    — Możesz mnie nawet teleportować do piekła, jeśli tylko chcesz. Na razie mamy inny problem. — Wskazała palcem niebo. — Coś się w końcu dzieje.

    Linie, które utworzyły konstelację kruka, zaczęły powoli odłączać się od blednących na niebie punktów i ruszyły w stronę dziobu ptaka. Gdy dotarły na miejsce, gwiazda rozbłysła rażącym blaskiem. Na kilka sekund w Jump City zgasły wszystkie światła. Gorąca kula rozświetliła niebo niczym słońce.

    Błysk znikł tak szybko, jak się pojawił. Kiedy oczy ponownie przyzwyczaiły się do ciemności, bohaterowie dostrzegli spadającą gwiazdę. Zmierzała prosto w stronę wieży T.

    — Można to uznać za dostateczne ostrzeżenie. — Chłopak wyciągnął z kieszeni paska komunikator, by ostrzec resztę Tytanów, lecz towarzysząca mu dziewczyna powstrzymała go ruchem dłoni.

    — Mam złe przeczucia — wyszeptała, patrząc mu wyczekująco w oczy.

    — To znaczy?

    — Wyczuwam bardzo poważne kłopoty — odparła tajemniczo córka demona.

    Ognista kula rozbiła się u stóp mieszkania Młodych Tytanów.

    Raven poderwała się do lotu. Stworzyła za pomocą magii platformę, na którą wskoczył towarzyszący jej nastolatek. Ruszyli w stronę miejsca, w którym gwiazda zetknęła się z ziemią.

    Na miejscu czekała na nich reszta drużyny. Cyborg gasił resztki płomieni, a Gwiazdka i Bestia szybowali w powietrzu, próbując cokolwiek dostrzec w gęstym dymie.

    — Pojawiło się kompletnie znikąd. Komputer nawet nie zdążył dobrze odpalić alarmu! Siła uderzeniowa powinna zmieść wieżę z powierzchni ziemi - zaraportował Cyborg, zanim Robin zdążył otworzyć usta.

    Do zebranych dołączyła pozostała dwójka.

    — Dym jest bardzo gęsty. Nie byłam w stanie nic dostrzec. — Gwiazdka odgarnęła z twarzy rude kosmyki.

    — Rany, to jest dopiero czad! Właśnie spadł nam pod drzwi meteor! — Bestia nawet nie starał się ukryć podekscytowania. Przestał podskakwiać w miejscu dopiero, gdy Raven zgromiła go wzrokiem. — To się nazywa noworoczny prezent!

    — Czy widziałaś może kiedyś coś podobnego? — Robin uważnie zlustrował wzrokiem kosmitkę. Zdusił westchnienie ulgi, kiedy przekonał się, że dziewczynie nic nie jest.

    — Nie, jeszcze nigdy czegoś takiego nie widziałam. — Pokręciła powoli głową. Zielone oczy wwiercały się w ścianę dymu.

    — Może przyniosę z garażu wentylator? Powinien być w stanie poradzić sobie z tym całym dymem — zaoferował Cyborg.

    Robin otworzył usta, ale nie zdążył odpowiedzieć.

    — Nie bójcie żaby, Ziemianie! — zaczął wysoki głos. Zdecydowanie należał do młodej kobiety. Na tle dymu pojawiła się sylwetka postaci. — Przybywam w pokoju i nic wam nie zrobię!

    Zaskoczona Gwiazdka posłała zieloną wiązkę światła w stronę miejsca kraksy. Tytani przyjęli pozycje obronne.

    — Czego w słowach „nic wam nie zrobię” nie rozumiecie?
    
    Spomiędzy ton kurzu i dymu wyłoniła się nastolatka. Nie mogła mieć więcej niż osiemnaście lat. Niecodzienny wygląd budził jeszcze więcej pytań niż jej niespodziewane przybycie. Nosiła długą, białą szatę, przypominającą grecką togę. Białe włosy, poprzetykane niebieskimi pasmami związała ciasno w wysoki kucyk.

    — Cześć, Tytani. Sorki za rozwalenie wam podjazdu. — Uśmiechnęła się niewinnie. Kiedy podeszła bliżej, Robin dostrzegł krystalicznie niebieskie oczy. .

    — Może chociaż zdradzisz nam, dlaczego go rozwaliłaś? A najlepiej powiedz też od razu, kim jesteś. — Lider machnął dłonią.

    — To się nazywa wejście z przytupem — mruknęła Raven. Dziewczyny odwołały swoje moce. Bestia z tygrysa przemienił się w człowieka. Cyborg schował do wyposażenia działo soniczne.

    Nieznajoma była już na wyciągnięcie ręki. Wyszczerzyła się od ucha do ucha. Jej ciemna karnacja upstrzona była pieprzykami w kształcie gwiazd.

    — Jestem Aris. I bardzo, ale to bardzo potrzebuję waszej pomocy.



***
Dacie wiarę, że pierwsza wersja tego tekstu wylądowała na blogu dokładnie w dniu rozpoczęcia studiów? A teraz, skoro już jestem po studiach, publikuję wersję poprawioną (i odrobinę uzupełnioną). Jestem ciekawa, czy choć odrobinę poprawił mi sie przez ten czas styl. Chciałabym napisać jeszcze ze dwie/trzy części do tego, które byłyby luźno powiązane. Jak wyjdzie, zobaczymy. Miłej lektury :).

poniedziałek, 6 maja 2019

Powrót do domu, cz.2

 – Dlaczego w sumie nie założysz jej z powrotem? Twoje mocy mogłyby nam bardzo ułatwić sprawę. – Dick wskazał podbródkiem czakrę, którą kobieta obracała w dłoniach. Siedzieli właśnie w samochodzie mężczyzny, zmierzając w stronę swojej starej bazy. Przed niecałą godziną ktoś napadł na muzeum mieszczące się w wieży T. Policja szybko doszła do wniosku, że pomoc Graysona może okazać się w tej sprawie nieoceniona. W końcu to on zarządzał budową wszystkich tajnych przejść i skrytek w budynku jeszcze za czasów działania drużyny.
– Już dawno nie bawiłam się w magię. Takie nagłe skupienie nagromadzonej mocy mogłoby się dla nas źle skończyć. – Rachel uważnie przyglądała się trzymanemu w dłoniach kamyczkowi, zastanawiając się, czy to właśnie tej nocy znów będzie musiała skorzystać z jego pomocy. Niewielki rubin w kształcie deltoidu wyglądał bardzo niepozornie. To za jego pomocą Rachel przez lata koncentrowała swoją moc, dzięki której potrafiła teleportować się z miejsca na miejsce, latać czy używać telekinezy. Postanowiła z nich zrezygnować po rozpadzie drużyny, by móc w końcu spróbować żyć jak normalny człowiek. Z sentymentu trzymała go zawsze w szczelnie zamkniętym pudełku po pierścionku zaręczynowym, które nosiła przy sobie. – Poza tym wydaje mi się podejrzane, że z wieży pełnej elektronicznych cudeniek zniknęła tylko stara, rozwalona maska. Podejrzewam, że Tara i Slade specjalnie chcieli nas tam ściągnąć. Jeżeli ta pogróżka została rzeczywiście wysłana przez Tarę, to znak, że nas obserwowali i wiedzą, że od dawna nie korzystałam z mocy. W takim wypadku wolę, by do ostatniej chwili uważali mnie za słabą, durną prawniczkę, która nie potrafi się bronić.
Dick uśmiechnął się pod nosem.
– To bardzo pokrętna logika, ale niech ci będzie. – Skręcili na most prowadzący do wieży. – Na pewno oboje musimy być przygotowani na walkę. Mam nadzieję, że coś tam z naszych treningów jeszcze pamiętasz.
– To jak jazda na rowerze. Takich rzeczy się nie zapomina. – Posłała mu lekki uśmiech. – Plus jadę na misję z wyszkolonym policjantem, detektywem i bohaterem. Raczej nie mam się czego obawiać.
– Wiadomo. – Puścił do niej perskie oko. Po kilku minutach dotarli na miejsce. Grayson zaparkował samochód na świeżo wybudowanym parkingu, który kiedyś był polem treningowym z przeszkodami. Zgasił silnik i odetchnął głęboko.
– Trochę dziwnie znowu się tu znaleźć po tylu latach – wyznał, przyglądając się budynkowi przez szybę pojazdu. W ogromnych oknach odbijał się blask wschodzącego księżyca i policyjnych kogutów. – To w pewnym sensie taki symboliczny powrót do domu dla mnie.
Rachel poklepała go po dłoni.
– Chodź, idziemy zaprowadzić porządek w tym naszym domu.
Na te słowa Grayson wyszczerzył zęby i jednym susem wyskoczył z samochodu. Kobieta wywróciła oczami i również opuściła pojazd, wrzucając czakrę do kieszeni. Nigdy w końcu nie wiadomo, kiedy może się przydać, prawda?
Oboje przeszli przez duży parking, wymijając kilka policyjnych samochodów i karetkę, po czym weszli do budynku. Jedyną zmianą w wielkim i przestronnym holu było kilka kas, położonych tuż przy wejściu do windy. Gdyby nie cała ta sytuacja, Rachel może i by się wzruszyła na ten widok. W końcu to tutaj łatała nogę Garfielda, a później zaatakował ich Rój...
Od razu przybiegł do nich jeden z mundurowych, wyraźnie zadowolony z ich przybycia.
– Dobrze, że pan jest, panie Grayson. – Mężczyźni uścisnęli sobie dłonie. – Pani Roth, jak mniemam? – Skłonił głowę w jej stronę. – Proszę za mną, pani kapitan już na was czeka.
– Dziękujemy – rzucił Richard i cała trójka ruszyła w stronę windy. Po drodze policjant zaznajomił ich ze sprawą – muzeum zostało obrabowane około godziny jedenastej, kiedy wszyscy pracownicy opuścili już budynek. Na miejscu był tylko jeden ochroniarz, którego znalezniono nieprzytomnego w holu. Nagrania z kamer zarejestrowaly dwóch włamywaczy.
– Nie wiemy, w jaki sposób dostali się do środka. Musieli zhakować alarmy. Nie wiemy też, w jaki sposób uciekli. Po prostu na obrazie z jednej z kamer kradną, a na kolejnej już ich nie ma. – Winda piknęła, drzwi otworzyły się i policjant wyszedł na korytarz. Rachel i Dick wymienili ze sobą porozumiewawcze spojrzenie. Slade i Tara prawdopodobnie wciąż byli w wieży.
W końcu dotarli do pomieszczenia, które kiedyś służyło drużynie za salon, kuchnię i miejsce spotkań. Kobieta z pewnym zdziwieniem zauważyła, że poza kilkoma gablotami z eksponatami upamiętniającymi drużynę niewiele się zmieniło. No, może tylko to, że w końcu zlew nie był zawalony toną brudnych naczyń.
Przy okrągłym stole, ustawionym naprzeciwko wielkiego ekranu, pracowało kilku policjantów. Kobieta w mundurze zdradzającym rangę kapitana na widok gości oderwała się na chwilę od pracy. Rzuciła kilka słów do swoich współpracowników, którzy natychmiast udali się wykonać polecone im zadania.
– Dobrze was znowu widzieć. Szkoda tylko, że w takich okolicznościach – usłyszeli zamiast powitania. Na te słowa zdziwiony Richard przystanął na chwilę. Rachel, która doskonale wiedziała, kto ostatnio otrzymał stanowisko kapitana, uśmiechnęła się pod nosem na widok zaskoczonego przyjaciela. Policjantka zdjęła z głowy czapkę, zasłaniającą do tej pory twarz, po czym uśmiechnęła się promiennie do przybyszów. Na jej ramiona posypały się czarne, kręcone włosy.
– No cześć, Cudowny Chłopcze. Widzę, że wróciłeś na stare śmieci.
– D...Donna? – wydukał zdziwiony Richard. Kiedy kobieta kiwnęła twierdząco głową, Grayson rzucił się jej w ramiona. Rachel z odpowiedniej odległości obserwowała to wylewne powitanie, pełne przytulania i śmiechu. Ta dwójka tak już po prostu miała.
Po kilku minutach przyjaciele opanowali swoją radość z ponownego spotkania na tyle, by móc w końcu skupić się na tym, po co wszyscy przyjechali.
– Ochroniarz twierdzi, że nic nie widział, usłyszał tylko hałas, poszedł go sprawdzić, dostał w głowę i na tym się skończyło. – Donna przeczesała włosy palcami, siadając na krześle. Wystukała kilka przycisków na klawiaturze i po chwili za jej plecami ukazał się zapis z monitoringu. – Mamy tylko tyle.
Rachel i Dick zajęli miejsca naprzeciwko niej. Ekran został podzielony na cztery części, a na każdej z nich wyświetlał się obraz z innej kamery – trzy umieszczone były w pomieszczeniu z eksponatami, a czwarta nagrywała jedyne drzwi wyjściowe.
Wszyscy skupili się na nagraniu. Przez pierwsze dziesięć sekund nic się nie działo. Później w pomieszczeniu pojawił się dym, który bardzo szybko zasłonił pole widzenia kamery. Na innym ujęciu Dick dostrzegł zarysy dwóch postaci – jedna z nich kombinowała coś przy panelu wejściowym, a druga czekała. Gdy otrzymała znak od tej pierwszej, zbiła szybę w gablocie i ukradła maskę. Postaci znów zanurzyły się w dymie, którego ciągle przybywało. Niespodziewanie w trzecim ujęciu na chwilę mignęła czyjaś twarz. Kamera zdążyła uchwycić tylko szczękę zamaskowanego przestępcy, który specjalnie podwinął materiałową maskę, by pokazać widzom język. Tuż po tym występie kamera została zbita.
– Tara – mruknął Dick.
Donna posłała mu zdziwione spojrzenie.
– Poznałeś ją po języku?
– Drzwi cały czas pozostały zamknięte – zauważyła Rachel, splatając ręce na piersiach.
– Sprawdzaliście rury wentylacyjne? – spytał Richard, choć spodziewał się odpowiedzi.
– Tak, chociaż jedyna kratka wentylacyjna w pokoju była nienaruszona. W środku też nie znaleźliśmy żadnych śladów. – Donna wyłączyła ekran i spojrzała to na jedno, to na drugie. – Podejrzewam, że gdzieś tam jest ukryte wejście, ale moi ludzie nie potrafili go znaleźć. Tylko ty miałeś dostęp do dokładnych planów budynku.
– Spaliłem je lata temu, by ktoś ich nie dopadł – wyjaśnił Grayson, przysuwając sobie pod nos dokumenty zgromadzone przez Donnę. 
– Co za paranoik. – Rachel z westchnieniem odchyliła się na oparciu. 
– Słuchajcie, sprawa ma się w ten sposób. – Donna splotła palce dłoni. – Jeśli to naprawdę była Tara, a jej towarzyszem Slade, to mamy do czynienia z psychopatką i wyszkolonym najemnikiem. Mam związane ręce, moi ludzie sobie z nimi nie poradzą. Dopóki też nie będziemy mieć absolutnej pewności, że ta dwójka cały czas jest na terenie wieży, nie mogę wezwać sił specjalnych. Możemy to rozwiązać w ten sposób, że zamykam sprawę ze względu na brak poszlak, zabieram swoich, a wy nieoficjalnie zostajecie na miejscu i kontynuujecie poszukiwania. 
– Nie wiem, czy to najlepszy pomysł – zaczęła Rachel, odgarniając włosy z twarzy. – Jak znam życie Dick pewnie trenował, ale ja ostatni raz biłam się jakieś siedem, osiem lat temu? Z magii też zrezygnowałam. Gdybym teraz spróbowała jej użyć, to w najlepszym przypadku straciłabym przytomność po użyciu telekinezy na kubku. 
– Hej, nie bądź taką pesymistką. Tara może i jest szurnięta, ale pamiętaj, że do tej pory siedziała w jaskini zamieniona w kamień. – Richard poklepał przyjaciółkę po ramieniu. Ta uniosła brew i rzuciła mu wymowne spojrzenie. 
– I Slade na pewno nie przeprowadził jej przynajmniej podstawowego treningu przed napadem na strzeżone muzeum. Brzmi logicznie – sakrnęła. 
Donna uśmiechnęła się pod nosem. 
– Macie po swojej stronie dobrą znajomość terenu. Plus Slade, jakkolwiek dobry by nie był, także się starzeje. Czasy swojej świetności ma już dawno za sobą. – Poprawiła włosy i założyła czapkę. – Inaczej nawet by się nie chował, tylko wparował tutaj z karabinem i pozbył się nas wszystkich. 
W tym momencie zgasło światło. 
Cała akcja potoczyła się bardzo szybko. Odcięto prąd i awaryjny generator. Ziemia zatrzęsła się, a pokój zapełnił dymem. Rozległy się krzyki policjantów oraz wystrzały. Przyjaciele zbili się w ciasną grupę, kaszląc i krztusząc się. Richard wyciągnął spod skórzanej kurtki składany metalowy kij. Machnął nim na oślep. 
– Nie rozdzielać się! – wrzasnęła Donna. – Zostańcie tutaj. Muszę chronić resztę. – Rozwinęła lasso, które nie wiadomo kiedy pojawiło się w jej dłoni. 
– Pewnie, khe-khe, tobie samej świetnie pójdzie – sarknęła Rachel. Stała zwrócona plecami do reszty, gotowa na kolejny atak. Była wściekła na samą siebie. Rezygnacja z mocy i z treningów to najgłupsze, co kiedykolwiek zrobiła. 
– Nasza głupiutka wiedźma w końcu powiedziała coś mądrego! Gratulacje! – rozległo się gdzieś w oddali. 
Donna rzuciła się w tamtą stronę. Rachel i Dick stracili ją z oczu. 
– Donna! 
W odpowiedzi usłyszeli głuche łupnięcie i jej jęk. 
– Slade! Walczysz jak tchórz! Pokaż się, do cholery! – krzyknął w przestrzeń Richard. 
Rachel osłaniała jego plecy, krztusząc się. Dym ciągle nie opadał. 
Gdzieś w oddali rozległ się szaleńczy śmiech Tary, a zaraz po nim świst. Dick pociągnął Rachel, padając na ziemię. Nad ich głowami przeleciał deszcz cegieł. Kobieta zamknęła oczy. Jeśli udałoby się jej skupić, może mogłaby wyczuć, gdzie znajdują się przeciwnicy. 
Grayson zaklął pod nosem. Rachel wyczuła szarpnięcie negatywnej energii tuż obok. Otworzyła oczy i zobaczyła Slade’a skradającego się w ich stronę. Nie zdążyła zareagować – potężne uderzenie głazem zwaliło ją z nóg. Straciła przytomność. 
*** 
Ocknęła się z okropnym bólem głowy. Przez dłuższą chwilę po prostu mrugała, przyzwyczajając wzrok do panujących wokół ciemności. Próbowała się poruszyć. Dopiero wtedy zauważyła, że od pasa w dół została uwięziona w kopcu z litej skały. Jej ręce również zostały zakopane. 
Rozejrzała się, próbując ocenić sytuację. Tuż obok niej w takiej samej pułapce tkwił nieprzytomny Grayson. Z jego czoła sączyła się krew. Pod ścianą leżała Donna. Wrzucono ją do metalowej klatki pod napięciem. 
Rachel zamknęła oczy. Skupiła swoją moc, próbując telepatycznie porozumieć się z którymkolwiek z przyjaciół, na marne. Albo to oni byli zbyt nieprzytomni, by mogła do nich dotrzeć, albo to ona była za słaba. 
Mimowolnie syknęła. Ból się nasilił. Odezwało się również lewa noga. Pewnie złamana. 
– No, w końcu wstałaś. – Do pomieszczenia weszła Tara, odpalając papierosa. Uśmiechnięta od ucha do ucha, przytoczyła do swojego pasa lasso, które połyskiwało złotą poświatą. Podeszła do Rachel i chwyciła ją za podbródek, zmuszając do spojrzenia. 
– Czego chcecie? 
– Nic takiego. Po prostu wytniemy wam nery i opchniemy na czarnym rynku. – Roześmiała się, wydmuchując dym prosto w jej nozdrza. Rachel zakaszlała. 
– Nie drażnij ich. – W pokoju zjawił się Slade. Wyciągnął z pasa telefon i wybrał numer. – I najlepiej siedź cicho, to ważne. 
Tara chciała się jakoś odgryźć, ale mężczyzna machnął na nią dłonią, pogrążając się w rozmowie. Obrażona, pokazała mu język, ale posłusznie odsunęła się od więźniów. Rozsiadła się na krześle naprzeciwko nich, z lubością zaciągając się papierosem. 
Rachel wzięła głęboki oddech dla uspokojenia nerwów. Musiała się jakoś uwolnić, pomóc Graysonowi, wyciągnąć Donnę z klatki i jeszcze złapać przestępców. Do dyspozycji miała własne pięści. 
„No to po nas” – przemknęło jej przez głowę. Natychmiast skarciła się za tak pesymistyczne myślenie. Na pewno istnieje jakieś wyjście z tej sytuacji. Trzeba je tylko znaleźć. 
Zauważyła, że Richard nieznacznie się poruszył. Pełna nadziei, znów zamknęła oczy i ponownie spróbowała telepatii. 
Dick, słyszysz mnie? 
Rachel? – Zerknął na nią zaskoczony. – Co się stało? Cholera, nie czuję ręki. 
Straciłam przytomność. Pamiętam tylko, że Slade się na ciebie czaił. – Otworzyła oczy. 
Tara przyglądała jej się badawczo. By nie wzbudzać podejrzeń, Rachel posłała jej spojrzenie pełne pogardy. Złodziejka na ten widok zachichotała i odchyliła się na oparciu krzesła. 
Słyszysz mnie jeszcze? Martwię się o Donnę. Nie daje znaków życia. 
Możesz ją jakoś obudzić? – Grayson nie podnosił głowy. Pomieszczenie rozświetlały tylko nikły blask lassa, papieros Tary i niewielki ekran generatora prądu. Pewnie żaden z przestępców nie zauważył jego przebudzenia. 
Próbowałam wejść jej do głowy, ale nie dałam rady. Gdybym tylko mogła założyć czakrę… 
Mówiłaś, że to niebezpieczne. 
Zostaliśmy schwytani przez dwóch psycholi, Donna jest nieprzytomna i nie mamy się jak uwolnić. Zgadnij, co jest dla nas w tym momencie większym zagrożeniem. 
– Widzę w tych twoich ślepkach, że coś kombinujesz. Odpuść sobie, nie wyjdziesz stąd żywa. – Tara niespodziewanie wstała i przykucnęła przy pojmanej. – Pojedziecie do laboratorium, w którym przerabiają takich jak wy na mielonkę. 
– To dlaczego nas jeszcze nie zabiliście? – mruknęła Rachel, zdmuchując z czoła sklejone włosy. Ze zdziwieniem zauważyła otarcia na szyi Tary. Ktoś ją dusił? 
– Uwierz mi, gdyby to zależało ode mnie, już dawno gryzłabyś piach. – Obracała przez chwilę niedopałek w palcach. Nagle przytknęła rozżarzoną końcówkę do policzka Rachel. Ta zacisnęła zęby, ale nie wydała z siebie żadnego dźwięku. Nie chciała dać tej psychopatce satysfakcji. 
– Pff, pięknie się popisujesz. – Tara odrzuciła niedopałek, nie przejmując się nawet dogaszaniem go. Wstała i zaczęła krążyć po pomieszczeniu. 
– Co to ma znaczyć? – Slade podniósł głos. – Umawialiśmy się inaczej. Dopóki nie wypełnicie swojej części, nie macie na co liczyć. 
– Jakieś problemy? – wyszeptała Tara, uczepiając się jego ramienia. Ten machnął dłonią, jakby chciał odgonić się od uporczywej muchy. 
Co robimy? – Rachel zerknęła na Graysona. 
Pasowałoby ich czymś zająć. Daj mi pięć minut, coś wymyślę. 
– Dobra. Nie zapomnij o zapłacie. – Slade rozłączył się i podrzucił telefon kilka razy. – Przygotuj ich do wyjazdu. Ja załatwię transport. 
– Tak jest! – Tara zasalutowała. Wyszczerzyła się od ucha do ucha, gdy Slade pogłaskał ją po policzku. 
To może być nasza szansa. Co mam robić? 
Rozpieprz. 
– Koniec leżakowania, idziemy was wrzucić do wulkanu. – Kobieta podeszła do więźniów, odpinając lasso. – Zobaczmy, jak to cacko działa. – Skinieniem dłoni skruszyła skałę wokół Richarda. 
Rzuciła sznur w jego stronę, jednak Grayson był szybszy. Padł na brzuch i przeturlał się na bok. Zanim Tara zdążyła zareagować, cisnął w jej stronę dysk. Wybuchł pod stopami kobiety. Energia odrzuciła ją na ścianę. Richard podbiegł do Rachel. Jego lewa ręka bezwładnie zwisała wzdłuż ciała. Wbił kolejny gadżet w skałę. 
– Zakładaj czakrę i pomóż Donnie. Ja biorę Tarę. – Odskoczył w bok, a kolejny wybuch uwolnił Rachel. Gdy tylko znów mogła poruszać rękami, sięgnęła do kieszeni. Na całe szczęście rubin wciąż tam był. 
– Zamorduję was! – wrzasnęła Tara, z trudem podnosząc się na nogi. 
– To się jeszcze okaże. – Richard natarł na nią. Tym samym kupił Rachel trochę czasu. 
– Azarath, Metrion, Zinthos – wymamrotała pod nosem. Przyłożyła czakrę do czoła. Poczuła, jak cała moc, którą nosiła w sobie do tej pory koncentruje się w niewielkim kamieniu. Wzięła głęboki oddech. Teraz mogła ruszać do walki. 
Ignorując ból w łydce, dokuśtykała najszybciej jak potrafiła do klatki. Donna w dalszym ciągu nie odzyskała przytomności. Machnęła dłonią, by przeciąć kable od generatora. Nagromadzona moc wysadziła urządzenie w powietrze. 
“To było do przewidzenia”. – Przykucnęła przy celi, próbując znaleźć sposób na wydobycie ze środka przyjaciółki. Sztuczka z przecinaniem rzeczy mogłaby zaszkodzić Donnie. 
Rozległ się huk. Grayson upadł obok klatki, jęcząc z bólu. 
– Chcesz się zamienić? – wydusił, próbując wyplątać nadgarstek z uchwytu lassa. 
– Pewnie. – Rachel wstała. Odwróciła się w stronę Tary. 
– Jesteście martwi! – wrzasnęła. Richard, nawet z tylko jedną sprawną ręką, mocno ją poturbował. Na bank miała złamany nos i pewnie kilka żeber. 
– Odpuść sobie, Tara. – Rachel przywołała moc, formując dwie kule czarnej energii wokół swoich dłoni. Dobrze było znów poczuć ten przypływ mocy. – Mamy przewagę liczebną. 
– Chyba kpisz! – Obłąkany śmiech Tary zakończył się charczącym kaszlem. – Jesteście niczym, jak tylko wrzodem na dupie! Już dawno powinnam była was załatwić! 
Rachel przyjęła pozycję bojową. 
– No to spróbuj. 
Tara wydała z siebie dziki ryk, rzucając się na przeciwniczkę z pięściami. Rachel sparowała cios i podcięła Tarze nogi. Ta przeturlała się na bok. Uderzyła pięścią w ziemię, wywołując wstrząs. Rachel wzbiła się w powietrze. Posłała w stronę przestępczyni resztki generatora. Jako rewanż Tara zaczęła miotać w nią kawałkami skały. 
Rachel osłoniła się barierą z czarnej mocy. Czuła, jak jej ciało słabnie. Jeszcze trochę i nie będzie w stanie walczyć. Najważniejsze, żeby odciągnąć tą psychopatkę od Dicka i Donny. Reszta się nie liczy. 
Deszcz kamieni ustał na chwilę. Posłała swoją dotychczasową osłonę w stronę przeciwniczki. Tara pojawiła się tuż za plecami i uderzyła Rachel w kręgosłup. Jęknęła głucho, upadając na kolana. Skuliła się, przywołując cienką barierę. 
Tara rzucała w nią każdym kamieniem, jaki tylko znalazła. Osłona zaczęła pękać pod wpływem uderzeń. 
– I kto jest teraz górą?! – Tara z psychopatycznym uśmiechem na ustach przyciągnęła do siebie wielki kawałek skały. Zaczęła rytmicznie uderzać nim o barierę, która po kilku chwilach rozpadła się. 
Tara chwyciła Rachel za ubranie i podniosła ledwo przytomną przeciwniczkę do góry. Ukształtowała mocą kamień w cienkie ostrze, które zawisło tuż przy szyi pokonanej. 
– Zawsze byłaś nikim. Jesteś wiedźmą, którą powinno się spalić na stosie. Powinnaś gnić w piekle – wycedziła, po czym splunęła krwią w twarz Rachel. 
W tym momencie dookoła Tary zabłysło magiczne lasso. Lina błyskawicznie ją oplotła, zmuszając do upuszczenia broni i Rachel. Ta upadła na podłogę z głuchym łoskotem. 
*** 
– I co teraz? – Pociągnęła łyk ciepłego napoju, który dostała od jednego z ratowników. Płuca ciągle jej dokuczały. Lekarz naciskał, by całą trójkę przewieźć jak najszybciej do szpitala. Przyjaciele zgodnie uparli się, że nigdzie nie pojadą, dopóki wszyscy policjanci nie zostaną wyciągnięci spod gruzów. Przez destrukcyjne zapędy Tary w budynku zawaliła się połowa wschodniej ściany. 
– Slade wrócił. Trzeba będzie się nim zająć. – Richard skinieniem głowy podziękował ratownikowi, który właśnie skończył zabandażować zranioną rękę. 
Cała trójka stała przy karetce. Przyglądali się, jak ratownicy wyprowadzają ostatnich rannych z budynku. Kilku policjantów, którzy w momencie ataku znajdowali się poza wieżą, przejęło od bohaterów Tarę. Pod wpływem lassa trochę spokorniała – na dobry początek przestała ciągle krzyczeć. Wsadzono ją do opancerzonego pojazdu. Postanowiono, że zostanie przesłuchana dopiero na komisariacie. 
– Dlaczego zostawił ją samą? Jeśli na serio chciał nas komuś sprzedać, powinien wrócić jak tylko usłyszał, że walczymy. – Donna wpatrywała się w swój plastikowy kubek z nieodgadnionym wyrazem twarzy. 
– No i komu zależało na złapaniu nas? Co z nami chcieli zrobić? – Pytanie Rachel zawisło w powietrzu. 
– A może… – zaczął niespodziewanie Grayson. – Może Slade’owi o to chodziło? Może chciał się pozbyć Tary? 
– To nie miałoby sensu, patrząc na to, że sam ją wyciągał spod kamienia – zauważyła Rachel. – Ale z drugiej strony… widziałam, że miała otarcia na szyi, jakby ktoś ją dusił. Może Slade się nad nią znęcał.
– Jedyne, co możemy teraz zrobić, to poczekać na jej przesłuchanie. Takie gdybanie do niczego nas nie doprowadzi. – Dick wzruszył ramionami. – Masz rację. – Donna zgniotła pusty kubek. – Zbierajmy się stąd.


Jeśli ktoś wątpił w to, że nie potrafię pisać scen walki, oto dowód. DC w sumie ostatnim razem nie poradziło sobie z walką Terra vs. Raven, a niby ja miałam temu podołać? XD
W dalszym ciągu dziękuję za betę Skoi <3. Co prawda widać, w którym momencie zakończyła betowanie (bo ostatnie sceny pisałam na kilka godzin przed wysłaniem tekstu i już zabrakło czasu na poprawki), ale podziękowania należą się jej za to, że wytrzymała moje ciągłe "no heeeeej, zerkniesz mi na taką a taką scenę?".  
Życzę miłej lekturki i zachęcam do wyrażania opinii :D.

sobota, 4 maja 2019

Powrót do domu, cz.1

Rachel pospiesznie pakowała potrzebne jej rzeczy do torebki, wymieniając w głowie listę przedmiotów, których nie mogła zapomnieć. Telefon, kluczyki do samochodu, klucze do mieszkania, tablet, teczka z dokumentami… 
Zerknęła pospiesznie na zegarek zawieszony nad ścianą. Jeśli nie wyjdzie za dwie minuty, spóźni się na bardzo ważne spotkanie z klientem. Na to nie mogła sobie pozwolić. 
Przystanęła na chwilę. Zlustrowała uważnie biurko i dopiero wtedy zorientowała się, że zapomniała kartki, na której spisała adres. Sięgając po świstek, potrąciła dłonią książkę, która z łoskotem upadła na podłogę. Kobieta mruknęła pod nosem przekleństwo, schylając się. Dopiero wtedy zauważyła pomiętą kopertę, która wypadła ze środka. 
Rachel niedbale odłożyła książkę na biurko, chwyciła w dłonie kopertę i obejrzała ją z każdej strony. Plamy po kawie i tłuszczu wskazywały na niedbalstwo piszącego. W miejscu adresu naklejona była kartka z imieniem i nazwiskiem prawniczki. To oznaczało, że ktoś osobiście pofatygował się aż do kancelarii, by ją dostarczyć. Potrząsnęła kopertą, lecz ta nie wydała z siebie żadnego niepokojącego dźwięku. Skąd to się tu wzięło? 
„Ciekawe”. – Sięgnęła po nożyk do otwierania korespondencji i płynnym ruchem rozcięła papier. Wyciągnęła ze środka złożoną na pół kartkę, równie czystą co opakowanie. Otworzyła list i oniemiała. Na papierze widniało tylko jedno słowo, złożone z liter wyciętych z różnych czasopism. 
„Wiedźma”. 
Co to, do diabła, miało być? Przygryzła wargę. Obróciła kartkę, lecz druga strona nie przyniosła jej żadnych odpowiedzi. Pogróżka, szantaż? A może coś innego? Na świecie istniała tylko jedna osoba, która kiedykolwiek zwróciła się tak do niej. Pytanie tylko, po co miałaby się odzywać po tylu latach? I to jeszcze w ten sposób? 
Rachel westchnęła. Miała ważniejsze rzeczy na głowie niż jakieś dziecinne wycinanki. Wrzuciła list wraz z kopertą do torby, chwyciła płaszcz, poprawiła opadające na czoło włosy i pognała na kolejne spotkanie. 
*** 
Zaparkowała samochód, przeklinając pod nosem cały świat. Dostała wyjątkowo zawiłą sprawę dotyczącą niejasnych transakcji z narażeniem zdrowia lub życia, co samo w sobie nie byłoby takie złe, gdyby pięć minut po spotkaniu recepcjonista nie zalał jej telefonu, a dodatkowo obcas w prawym bucie ulubionej pary czarnych szpilek odmówił posłuszeństwa, przez co drogę od pojazdu do wieżowca musiała przebyć boso. Oby tylko winda nie była zepsuta, bo zasuwać bez obuwia na dziesiąte piętro byłoby katorgą. 
Mamrocząc o niesprawiedliwości i złośliwości rzeczy martwych, chwyciła torebkę, wysiadła z samochodu, wcisnęła guzik na pilocie i na czubkach palców podreptała w stronę drzwi wejściowych do wieżowca, by tylko nie poranić o nic stóp. 
Ktoś przemknął obok niej. Nie zdążyła zobaczyć twarzy ukrytej pod kapturem. Poczuła mocne szarpnięcie paska na ramieniu, a do jej uszu doleciał trzask pękającej sprzączki. Właśnie została bezczelnie okradziona. 
Chciała ruszyć w pogoń. Otworzyła usta. Nie zdążyła zrobić nic więcej, bo przed złodziejem jak spod ziemi wyrósł postawny mężczyzna. Zaskoczony przestępca odbił się od jego klatki piersiowej i zatoczył do tyłu. Nieznajomy natychmiast chwycił go za przedramię, obrócił i jednym płynnym ruchem przygwoździł do ziemi. Torebka wypadła z rąk złodzieja i poszybowała w stronę Rachel. Ta patrzyła zdumiona, jak ląduje prosto w jej dłoniach. Dopiero po chwili dotarło do niej, że właśnie przez przypadek użyła mocy. Wszystko wokół wydarzyło się tak szybko, że prawdopodobnie nikt nie zauważył tej magicznej sztuczki. Złodziej jęczał pod kolanem wbijanym mu w plecy, a nieznajomy dzwonił właśnie na policję. Wokół zaczęli gromadzić się gapie. 
– Cholera jasna! Puszczaj mnie, świrze! Jestem niewinny! – wrzeszczał przestępca, próbując się wyrwać. 
Mężczyzna pozostawał nieugięty i tylko mocniej docisnął go do podłoża, aż ten jęknął przeciągle i zaczął błagać o litość. Kobieta automatycznie odgarnęła opadające jej na czoło włosy i niepewnie podeszła do nieznajomego. Przypominał jej kogoś, jednak nie potrafiła sobie przypomnieć kogo lub gdzie mogła go wcześniej spotkać. 
– Dobrze, zrozumiałem. – Zakończył połączenie i podniósł wzrok na Rachel. – Nic się pani nie stało? 
– Nie, jestem cała. Dziękuję – wydukała i uśmiechnęła się lekko w podzięce. – Gdyby się pan tak nagle nie zjawił… 
– Nie ma za co, cała przyjemność po mojej stronie. – Puścił do niej oczko, co ją zaskoczyło. Facet właśnie położył opryszka jednym ruchem i zachowywał się tak, jakby był to dla niego chleb powszedni. Kim był ten człowiek? 
– Dziękuję – powtórzyła, nie wiedząc, co mogłaby dodać. 
– Puszczaj mnie, powiedziałem! Nie macie na mnie dowodów! Spotkamy się w sądzie! – wrzeszczał pojmany. Przez ciągłe szamotanie się z głowy spadł mu kaptur. 
Rachel ze zdziwieniem zauważyła, że niedoszły złodziej nie mógł mieć więcej jak dwadzieścia lat. Biła od niego bardzo negatywna energia pomieszana z zawodem i wstydem. Kobieta zmarszczyła brwi. Już dawno nie wyczuwała od nikogo tak silnych emocji. 
Na miejsce zdarzenia przyjechał radiowóz, z którego wyskoczyło dwóch policjantów. Mężczyzna przestał przyduszać złodzieja, za to obie jego ręce cały czas trzymał skrzyżowane na plecach w mocnym uścisku. 
– No, gagatku, to się doigrałeś – mruknął, podnosząc krztuszącego się przeciwnika do pionu. 
– Pan go zna? – spytała zaskoczona Rachel. Machinalnie odgarnęła za ucho krótkie, czarne włosy, które ciągle pchały się jej do oczu. 
– Jestem prywatnym detektywem. Śledziłem tego chłopaczka na polecenie jego matki, która chciała się dowiedzieć, skąd młodego stać na nowe, drogie rzeczy, skoro nie pracuje – wyjaśnił. 
– To jest ten złodziej? – spytał dla pewności wyższy funkcjonariusz. Gdy otrzymał odpowiedź twierdzącą, sięgnął po kajdanki. Zakuł go i zaprowadził do radiowozu, podczas gdy jego towarzysz uścisnął dłoń uśmiechniętemu od ucha do ucha mężczyźnie. 
– Dobra robota, Grayson. Pamiętaj, że jesteśmy umówieni na piątek. 
Rachel poczuła, jakby ktoś właśnie zdzielił ją przez łeb tępym narzędziem. Panowie jeszcze przez chwilę rozmawiali, ale do niej nie docierało ani jedno słowo. Po głowie tłukło się jej wypowiedziane wcześniej nazwisko. To dlatego wydawał się jej taki znajomy. Tylko co on tu robił? Przecież tuż po ślubie razem z Kory opuścili planetę… 
Bezwiednie zrobiła krok w przód, przykładając zimną dłoń do czoła. Kręciło się jej w głowie. W uszach dźwięczało nazwisko mężczyzny. 
– Wszystko dobrze? – Grayson znów pospieszył na ratunek, na wszelki wypadek wyciągając ręce w jej stronę. 
Niechcący musnął dłonią jej przedramię, a ją błyskawicznie zalały jego wspomnienia, lęki i emocje. Oszołomiona, zamrugała kilka razy i na wszelki wypadek uszczypnęła się dyskretnie w ramię. Ale jak? Co on tu, do cholery, robił? 
– Pomóc pani usiąść? Chce pani wody? – dotarło do niej jak przez mgłę. 
Pokiwała powoli głową, ściskając mocniej torebkę. Wcześniejsze wykorzystanie mocy dawało o sobie znać, mącąc myśli i wywołując potworny ból. Czarowanie bez czakry przy sobie było bardzo głupim pomysłem, nawet jeśli odbyło się przez przypadek. Ostatni raz coś takiego czuła, gdy ojciec wypalił na niej demoniczne znaki zaklęcia. 
Z pomocą Graysona usiadła na pobliskiej ławce. Wygrzebała z torebki tabletki przeciwbólowe i połknęła od razu dwie, powątpiewając, by zwykły paracetamol poradził coś na magiczne dolegliwości. Uśmiechnęła się słabo i zaprzeczyła ruchem głowy, gdy Grayson zaproponował wezwanie karetki. 
– To pewnie tylko reakcja na stres, adrenalina ze mnie zeszła – mruknęła słabo. 
– Proszę tu chwilę poczekać. – Facet na chwilę gdzieś zniknął, a po dwóch minutach już podsuwał pod nos Rachel butelkę wody. Przyjęła ją z wdzięcznością. 
Pijąc małymi łyczkami, kątem oka co chwilę zerkała na starego znajomego. Jakim cudem nie poznała go wcześniej? Muskularne, wyrzeźbione latami treningów ciało atlety, prosta szczęka, lekko przekrzywiony nos, który złamał podczas jednej z potyczek z Wilsonem, i ta wieczna troska o cały świat, malująca się w oczach koloru nieba. Rachel zastanawiała się, czy ją rozpoznał. A jeśli tak, to dlaczego nic nie mówił? Czy powinna coś powiedzieć? 
Opróżniła całą butelkę i westchnęła głośno. Jej myśli powoli się klarowały, a ból przestał przybierać na sile. 
– Już mi lepiej, dziękuję. – Wzięła kilka głębokich wdechów. – Naprawdę, bez pana ten dzień byłby straszny. 
Wyszczerzył śnieżnobiałe zęby w szczerym uśmiechu. 
– Cieszę się, że mogłem pomóc – odparł wesołym tonem, przejmując pustą butelkę i wrzucając ją do stojącego obok kosza na śmieci. 
– Jeśli mogę się panu jakoś za to wszystko odwdzięczyć… – Sięgnęła do torebki po portfel, lecz Grayson powstrzymał ją ruchem dłoni. 
– Proszę się nie przejmować, wykonywałem tylko swoją pracę. Wystarczającą dla mnie zapłatą jest fakt, że udało mi się złapać przestępcę na gorącym uczynku. 
Nie mogła nie odwzajemnić jego uśmiechu. 
– Nigdy się nie zmienisz, co? – Dopiero zaskoczony wzrok rozmówcy uświadomił jej, jaką głupotę palnęła. 
Przyglądał się jej uważnie przez dłuższą chwilę, po czym nagle podniósł dłoń i zaczął machać w powietrzu palcem, jakby rysował deltoid na wysokości czoła kobiety. 
– Rachel…? 
* * * 
– No, to sporo wyjaśnia. – Splotła dłonie na piersiach, stając przy oknie. 
Roztaczał się z niego widok na kilka pobliskich sklepów, pustawą o tej porze plażę, morze i – co najważniejsze – wyspę, na której kiedyś stała ich stara baza w kształcie litery T. Jakiś czas temu miasto postanowiło zburzyć kilka górnych pięter, czyniąc z niej wieżowiec. Z tego, co słyszała, na parterze otworzono muzeum poświęcone całej grupie i ich przygodom związanym ze zwalczaniem przestępczości. Nigdy nie miała okazji się tam wybrać, choć obiecywała sobie w każdą niedzielę, że w końcu je odwiedzi. 
Zachodzące promienie słoneczne odbijały się od leniwie falującej wody. Kilka ptaków przeleciało nad ostatnimi plażowiczami. 
– A, to. – Uśmiechnął się, rzucając skórzaną kurtkę na oparcie kanapy. Rachel odwróciła się w jego stronę. – To tylko tymczasowe. Czynsz jest absurdalnie wysoki, ale warto było. 
– Nie wolałeś poszukać czegoś tam? – Stuknęła palcem w szybę. Pokręcił przecząco głową. 
– Uwierz mi, chciałem, ale poza muzeum zrobili tam tylko biura. Piętro mieszkalne już dawno poszło do kasacji. – Przeciągnął się i podszedł do aneksu kuchennego. – Kawy? 
– Pytasz, jakbyś mnie nie znał. 
Pstryknął czajnik. Richard wyjął z szafki dwa nijakie, białe kubki. 
– Na jak długo zostajesz? Od jak dawna jesteś w mieście? 
– Od jakichś dwóch, może trzech tygodni. – Zaczął szperać po szufladach w poszukiwaniu herbaty. – A mam tu siedzieć jeszcze przynajmniej przez kolejne trzy. Mam tylko czarną, może być? 
– Pewnie. Bez cukru. – Przysiadła na szarym fotelu, rozglądając się wokół. 
Mieszkanie było utrzymane we względnym porządku. Wyglądało na nowoczesne i schludne dzięki szarym i białym barwom oraz przewadze szkła i metalu wśród mebli. Jedynym kolorowym akcentem w salonie połączonym z niewielką kuchnią było drzewko bonsai na komodzie. Obok niego stała niepasująca przez swoją plastikową, wściekle czerwoną oprawę ramka na zdjęcia. Zaciekawiona Rachel podeszła bliżej i uśmiechnęła się. Zdjęcie przedstawiało Richarda, kobietę o ognistych włosach i brzoskwiniowej skórze oraz dziewczynkę. Trzymana na rękach przez tatę brunetka próbowała ukraść srebrną koronę z zielonym kamieniem z głowy roześmianej kobiety. 
Syk czajnika ucichł. Richard zalał herbatę, pozbył się torebek i przeniósł kubki na stolik do kawy. 
– Dobry dziadzio Bruce zrobił nam to zdjęcie, kiedy wpadł do nas na wakacje – objaśnił, opadając na kanapę. 
Rachel odwróciła się do niego, a jej twarz rozjaśnił delikatny uśmiech. 
– Twoja córka rośnie jak na drożdżach. Ile ma już lat? – Zajęła miejsce na fotelu i chwyciła kubek. Pociągnęła łyk, nie zważając na to, że poparzyła sobie wargi. Skrzywiła się lekko. Herbata ekspresowa to jednak nie to samo… 
– No wybacz, nie mam niestety dostępu do twoich ziółek. Młodej stuknie w tym roku równe pięć lat. – Puścił do niej oko, jakby czytał jej w myślach. A może po prostu zrobiła się przez te lata aż tak przewidywalna? 
Uśmiechnęła się pod nosem, bezwiednie głaszcząc stopami puchaty dywan. Richard niespodziewanie poderwał się z fotela. 
– Ale ze mnie gospodarz! Chcesz coś na ząb? 
– Nie, dziękuję. 
Mimo to popędził do kuchni, by po chwili przynieść dwie miski z przekąskami. 
– I tak dostaniesz. A teraz opowiadaj, co u ciebie. Co robiłaś przez te wszystkie lata? – rzucił, rozstawiając chipsy i mieszankę słonych krakersów. 
– W sumie nic wielkiego. – Wzruszyła ramionami, pociągając kolejny łyk herbaty. Od niechcenia sięgnęła do pierwszej miski z brzegu. – Po tym, jak drużyna się rozpadła, trochę zajęło mi dojście do siebie. Jak już się pozbierałam, zaczęłam uczyć się dzień i noc. Dobrze, że Donna się mną zaopiekowała, pomogła mi… jakby to powiedzieć… pozałatwiać pewne techniczne sprawy, żebym mogła ukończyć liceum. Dostałam się na studia, skończyłam je, potem przez chwilę pracowałam w różnych kancelariach, aż w końcu otworzyłam swoją. – Rzuciła mu znad kubka badawcze spojrzenie. Wyglądał na zrelaksowanego. 
– No tak, musiało ci być w końcu ciężko po tym, co zrobił Gar… – urwał w połowie zdania. – Przepraszam. Nie powinienem był o nim wspominać. 
Pokręciła głową. 
– Nic się nie stało. Garfielda już sobie przepracowałam. 
– To znaczy? – zapytał zaciekawiony, po czym wepchnął sobie do ust garść chipsów. Czasem potrafił zachowywać się jak nastolatek. 
– A co ma znaczyć? – Znowu wzruszyła ramionami, podciągając kolana pod podbródek. – Gar był dla mnie dobrym znajomym, bo nawet przyjacielem bym go za bardzo nie nazwała. Pamiętasz, co się działo, kiedy nagle stwierdził, że widział Tarę? Że tak po prostu zobaczył na ulicy laskę, która od kilku dobrych lat stała zamieniona w kamień w jakiejś jaskini? 
– Wziął i zniknął. 
– No właśnie. Ona go wmaglowała w jakieś straszne rzeczy, całe dnie jak nie chodził pijany, to przyłaził do mnie błagać o pieniądze, bo Tara była zadłużona u kogoś na gigantyczne sumy. Na początku pomagałam, bo myślałam, że on sam z siebie w te kłopoty wpadł. Jak się dowiedziałam, że całą kasę przewala na nią, to kazałam mu iść do diabła. Pieniądze się skończyły, to i nagle wielka miłość wyparowała, a Tara zniknęła z dnia na dzień. – Pociągnęła spory łyk herbaty, wbijając wzrok w okno, byleby tylko nie patrzeć na Graysona. Odchrząknęła, próbując nie stracić nad sobą panowania. 
– I co? 
– I nic. Wpadł pod ciężarówkę. Została po nim rozbita butelka wódki i potłuczone okulary przeciwsłoneczne. – Wzruszyła ramionami, odgarniając włosy z twarzy. W tym momencie była wdzięczna wychowującym ją mnichom, że nie pozwalali jej nigdy okazywać emocji. – Gdyby nie to, że po rozpadzie drużyny zrezygnowałam z wykorzystywania mocy, pewnie szybciej bym wyczuła, co się święci. A tak to Tara zdążyła go oskubać i zniknąć. Resztę historii już znasz. 
Oboje siedzieli przez chwilę w ciszy. 
– Przepraszam, Rachel, nie wiedziałem. – Richard położył dłoń na jej ramieniu w geście wsparcia. Spojrzała tylko na niego. Po chwili kiwnęła głową i strąciła jego rękę. 
– Nie masz mnie za co przepraszać. To było dawno temu. Miło było w końcu się wygadać, to wszystko. – Znów wzruszyła ramionami, jakby próbując sama przed sobą umniejszyć powagę całej sytuacji. Jej uwadze nie uszły zmarszczone brwi Richarda. – Powiedz mi lepiej, dlaczego tak właściwie cię tu przywiało. Raczej nie ściągaliby cię z innej planety, żeby złapać jakiegoś kradnącego dzieciaka. 
– Nie, to była tylko robota na boku, tak przy okazji. – Pochylił się do przodu i przez chwilę w zamyśleniu stukał palcami w blat stolika. W końcu podniósł się z kanapy i podszedł do komody. Odsunął szufladę i po chwili przeszukiwania jej wyjął ze środka plik dokumentów. Położył je na stole przed Rachel. Posłała mu zdziwione spojrzenie. 
– Jakiś czas temu znów uaktywnił się Slade. Bruce dał mi znać, że szykuje się coś poważniejszego, zaczęły się kradzieże bardzo… specyficznych przedmiotów. Moim celem było namierzenie jego działań na terenie tego miasta i dokładniejsze zbadanie sprawy. 
Kobieta pochyliła się nad dokumentami. Stare papiery dotyczące obu przestępców sprzed kilkunastu lat, akta Tary, wycinki z gazet… 
– Nie bardzo rozumiem, po co mi to pokazujesz – wyznała po chwili, odkładając plik kartek na stos dokumentów. 
Richard przysiadł na podłokietniku fotela i pochylił się do przodu. Porozkładał papiery na stole w odpowiedniej kolejności. 
– Tam masz kradzież chipu z laboratorium, tu spis przedmiotów, które zniknęły z muzeum kamieni szlachetnych po ostatnim trzęsieniu ziemi, a tam zgłoszenia dotyczące niepokojącego zachowania w pobliżu lokalnych jaskiń – mówiąc, wskazywał kolejne dokumenty. – Podejrzewamy, że Wilson przywrócił Tarze pamięć sprzed zamiany jej w kamień i razem będą próbowali zemścić się na byłych członkach drużyny. 
– Kto by pomyślał, że blondyna wróci do Slade’a – sarknęła, uważnie wczytując się we wskazane teksty. – Przecież to nie ma sensu. Wilson już dawno temu się zemścił, jak nam mojego ojca na łby ściągnął, a Tara przecież… – Nagle zesztywniała. Niepewnie sięgnęła do swojej torebki. 
– Coś się stało? – Richard spojrzał na nią uważnie. W jego głosie można było odczuć troskę. 
– Dostałam to dzisiaj. Myślałam najpierw, że to ktoś, kogo pomogłam kiedyś wsadzić za kratki, ale teraz… – Podała mu wymiętą, lekko nadpaloną kartkę. Z liter wyciętych z różnych czasopism i artykułów układał się bardzo wymowny napis o treści: „Wiedźma”. Richard obejrzał świstek z każdej strony. 
– Pozwolisz, że to zatrzymam? Podrzucę to znajomym z komisariatu, może kryminolog da radę coś z tego więcej wyciągnąć. Myślisz, że to oni? – Złożył kartę wpół i wsunął ją do kieszeni spodni. Rachel niepewnie pokiwała głową. 
– Tylko jedna osoba w moim życiu zwracała się do mnie per „wiedźmo”. – Uchwyciła jego wzrok. – Wiem, że to dziwne, ale tylko Tara mnie tak nazwała. Ten jeden raz, gdy próbowała nas wszystkich pogrzebać żywcem. 
– Rozumiem – mruknął, pocierając w zamyśleniu podbródek. – W takim razie trzeba będzie ostrzec resztę. Albo lepiej – dopaść ich, zanim komukolwiek zdążą coś zrobić. – Spojrzał na nią wyczekująco. 
– Jeśli myślisz, że znowu wbiję się w trykot i nakleję sobie czakrę na czoło… – zaczęła, ale ten zaprzeczył ruchem głowy. 
– Nie, nie o to mi chodzi. Sama kiedyś powiedziałaś, że w normalnym życiu jesteśmy w stanie pomagać równie skutecznie, jak gdybyśmy biegali jako superbohaterowie po dachach. – Wyciągnął w jej stronę dłoń. – Proponuję współpracę. Prawniczka i detektyw. Co ty na to? 
Przez chwilę przyglądała się jego ręce. W końcu ją uścisnęła, kiwając głową. 
– Wchodzę w to. 
* * * 
Zapięła pas i poprawiła blond włosy, przeglądając się uważnie w lustrze. Czadowo było osiągnąć pełnoletniość i nie postarzeć się z wyglądu nawet o jeden dzień. Uśmiechnęła się do własnego odbicia. W końcu, po tylu latach, znów będzie mogła pokazać tym cholernym trutniom, gdzie ich miejsce. Może tym razem świat nareszcie zrozumie, że superbohaterowie to pomylony koncept. 
Sięgnęła po leżącą na stole paczkę papierosów i odpaliła jednego z nich. Zaciągnęła się dymem i przewróciła oczami. Te niedorajdy nawet nie zdawały sobie sprawy z tego, co mogły osiągnąć, zwłaszcza Rachel. Laska była córką demona, a zamiast podbijać Wszechświat, kisiła się w kancelarii. Co za brak ambicji. 
– Gotowa? – Slade wszedł do pokoju, zakładając rękawice. 
– Zawsze. – Zaciągnęła się po raz ostatni dymem i wrzuciła resztkę papierosa do papierośnicy. Sięgnęła po leżący na stole komunikator, który lata temu otrzymała od Gara „tak na wszelki wypadek”. Po odpowiednim podłączeniu kilku kabli i godzinach pracy nad oprogramowaniem przestępcy uzyskali dostęp do starego satelity, którego drużyna przez pewien czas używała. Dzięki temu Tara mogła podziwiać dwie małe, czerwone kropki na mapie miasta, które razem zmierzały w stronę ich zasadzki. 
– Pamiętaj, masz ich ogłuszyć, nie zabić. – Spojrzał na nią karcąco. – Mam nadzieję, że tym razem nie poniosą cię emocje. 
Machnęła tylko dłonią w powietrzu. 
– Przesadzasz. – Podeszła do niego, próbując dać mu prztyczka w nos, lecz ten chwycił jej dłoń, nim zdążyła go dosięgnąć. – Czym tym się przejmujesz? Wszystko jest przygotowane, wymyśliłeś plan na każdą możliwą sytuację. Nie są dla nas żadnym zagrożeniem. – Prychnęła z wyższością. Zamiast wyrwać rękę z uścisku, pogłaskała mężczyznę po zarośniętym policzku. 
– Powtarzałem to już wiele razy: nie doceniasz ich. – Nie spuszczał wzroku z jej twarzy. – Są wyszkoleni, a ty sama spędziłaś kilka lat pod skałą. Siły są bardzo wyrównane. 
– Proszę cię! – Roześmiała się. W nagrodę za dobry żart cmoknęła Slade’a w policzek. – To są przy mnie dupy wołowe i doskonale o tym wiesz. 
– Jak uważasz. Pamiętaj, że nie będą sami. – Odsunął ją od siebie. Nasunął na twarz maskę, którą przed godziną skradł z muzeum poświęconemu Tytanom. 
– O, już się chwalisz swoją zdobyczą? A co z tym całym „siedzimy cicho i nie zwracamy na siebie uwagi”? – sarknęła. Z przyzwyczajenia sięgnęła po kolejnego papierosa, przy okazji zerkając na ekran żółto-czarnego urządzenia. Według komunikatora mieli jeszcze jakieś niecałe dziesięć minut, zanim będa musieli ruszyć do walki. 
– Zaufaj mi, to przemyślany ruch. 
Nad głowami usłyszeli ciężkie kroki. Policja dopiero kończyła przeczesywać teren. Zapewne nie spodziewali się, że złodzieje przez cały ten czas przebywali na miejscu zdarzenia. 
– Tak panikowałeś, żeby się nie wychylać. Równie dobrze zamiast liściku mogłam w takim razie od razu posłać wiedźmę do piachu. – Zaciągnęła się dymem. 
– O czym ty mówisz? – Slade podszedł do niej powoli, zaciskając i rozluźniając rytmicznie palce prawej dłoni. Już jakiś czas temu zauważyła u niego ten tik nerwowy. Wzruszyła ramionami. 
– Wysłałam Rachel małą przesyłkę, tak dla podniesienia ciśnienia. – Wydmuchała dym prosto w jego twarz. 
Slade zareagował błyskawicznie. Chwycił szyję kobiety tak mocno, że zapalony papieros wypadł jej z ust. Slade uniósł ją kilka centymetrów nad podłogę. Zaskoczona zaczęła okładać go pięściami. 
– Módl się, żeby ten wybryk nie wpłynął na naszą akcję, bo inaczej najbliższa godzina będzie ostatnią, jaką przeżyjesz – wycedził przez zaciśnięte zęby. Kobieta wierzgała nogami, krztusząc się. 
W końcu jej dłonie zajaśniały słabym, żółtym światłem. Kawałek posadzki oderwał się od ziemi i poszybował w stronę mężczyzny. Ten odchylił się na bok. Jednocześnie poluźnił uścisk. 
Tara upadła na podłogę, ciężko oddychając. Krztusiła się przez chwilę, rozmasowując szyję i próbując nabrać powietrza. 
– Pamiętasz, co się stało, gdy wypełzłaś jak robak spod skały? Płaszczyłaś się przede mną i błagałaś, bym cię przyjął do siebie. Chciałaś, bym usunął ci pamięć o twojej przeszłości i pozostawił tylko nienawiść do naszych wrogów. W zamian za to obiecałaś mi bezwzględne posłuszeństwo. – Przykucnął przy niej, chwycił ją za podbródek i spojrzał w przestraszone oczy. – Nie zapominaj, dlaczego w ogóle pozwoliłem ci wrócić. Nie spieprz tego, o co sama tak długo walczyłaś. 
Tara karnie spuściła wzrok, pociągając nosem. Slade miał rację. Jak zwykle miał rację. Obiecała mu to. 
– Przepraszam – wydusiła w końcu. W odpowiedzi otrzymała pocałunek w czoło. 
– Dobra dziewczynka. A teraz się zbieraj. 
Po chwili usłyszała odgłos zamykanych drzwi. Dopiero wtedy odważyła się podnieść wzrok. Została w pomieszczeniu sama. 
Niepewnie podniosła się na nogi i stanęła przy stole. Spojrzała na komunikator i przetarła oczy. Dick i Rachel właśnie dotarli na miejsce.


Wygląda na tak małą ilość tekstu, a to w rzeczywistości 11 z 21 stron tekstu. Jak możecie się domyślić z samego faktu publikacji posta, nie wygrałam konkursu (no ale umówmy się, jakiś koleś napisał fanfika do Metro, Stalkera, mitologii, polskich legend, Biblii i ciul wie jeszcze czego, jakie ja miałam szanse?). Część druga pojawi się za tydzień.
Za betę dziekuję najcudowniejszej na świecie Skoi, która w przeciągu tygodnia zrobiła z tego tekstu czytelne opowiadanie <3. Zapraszam do komentowania!
Brak nazw własnych (Rav, Nightwing itp.) wynika z regulaminu konkursu (a ja wróciłam praktycznie godzinę temu z wesela) i mojego lenistwa w poprawianiu.