W tym roku nawet się postarałam i przygotowałam dla Was one shota z okazji Dnia Fanfików na TitansGo.pl. Bez zbędnego przedłużania, zapraszam do czytania! I od razu malutka uwaga, że wszystkie dzieciaczki w poniższym opowiadaniu już dawno osiągnęły 21 rok życia.
Kiedy w dniu osiemnastych urodzin rodzice odcięli go od pieniędzy, przeżył szok. Jasne, czasem się odgrażali, że zakręcą kurek, ale nigdy nie brał ich na serio. W końcu jak mogliby zrobić coś tak okrutnego swojemu ukochanemu synowi? Absurd. Zupełny absurd.
Wieczorem konto nadal było puste. Telefon do starych również nie pomógł — matka nie odbierała, a przy ojcu rozłączył się po pięciu minutach tyrady o tym, jak to “musi zmądrzeć” i brak kasy “dobrze mu zrobi”. O mało nie roztrzaskał smartfona o ścianę. Jakim prawem?!
Tej nocy po raz pierwszy dokonał kradzieży. Celem była paczka fajek ze stacji benzynowej. Może nie była to jakaś brawurowa akcja — koleś za ladą wyglądał, jakby zioło zostawiło mu w głowie tylko mole spożywcze — ale pamiętał ten przypływ adrenaliny przez wiele lat. Spocone dłonie, rozbiegany wzrok, to wrażenie, że wszyscy w okolicy wiedzą, co zrobił. Jego sumienie siedziało cicho. W końcu potrzebował tych fajek, prawda? Jeśli już kogoś należało winić, to rodziców, za ich durne pomysły. To oni zepchnęli ukochanego syna w objęcia przestępczego światka.
Potem poszło z górki. Kolejna paczka fajek, trochę alkoholu, żarcie. Potrafił obrobić każdego, patrząc mu z uśmiechem prosto w oczy. Zorientował się, że jest uzależniony od adrenaliny, gdy uciekał przed osiłkami dilera, którego skroił. Sam nigdy nawet nie wypalił skręta, po prostu się nudził. A najlepszym lekiem na nudę była kolejna akcja. Później załatwił sprawę jednym szybkim włamem na komisariat i kradzieżą zarekwirowanego towaru. Był tak dobry, że policja podejrzewała robotę kreta. Zero śladów,
zero odcisków palców, nagrań z kamer - niczego po sobie nie zostawił. Czasem przezywali go przez to Duchem z Jump City.
Plotki szybko wędrowały po ulicach i coraz więcej chętnych zgłaszało się po jego usługi. Ci, którym brakowało oleju w głowie, próbowali zmusić go do współpracy. Zawsze jednak znajdował się ktoś, kto chętnie rozprawił się z szantażystami — czy to inny gang, czy w ostateczności policja. Zawsze też znalazł się ktoś, kto był w stanie obiecać więcej niż poprzednik. Zwykłe prawo popytu i podaży.
Pewnego razu zgłosił się do niego zamaskowany jegomość. Przedstawił się jako Slade. Zdradził mu sekret o ściśle strzeżonym super stroju bojowym, który wspomagany był jakimiś technicznymi nowinkami. Chłopak niewiele z tej gadaniny zrozumiał, oprócz najważniejszego punktu: strój zrobiłby z niego złodzieja idealnego. Wyczuwał przekręt na kilometr — kolejny cwaniak, który chciał go zmusić do współpracy — ale ciekawość wzięła górę. Połknął haczyk. Pewnej nocy włamał się do wieży Tytanów i wykradł strój.
Od tamtej pory zwali go Czerwonym X’em.
Ah, Tytani. Cóż za ciekawe zbiorowisko. Człowiek z blachy, zielony zmiennokształtny dziwoląg, no i oczywiście wielki pan lider. Podobno to on stworzył ten niesamowity skafander. W sumie to chyba powinien mu podziękować. Na pewno postarał się o wiele bardziej pod względem designu niż przy własnych bojowych gatkach. Czerń i szarość wtapiały się lepiej w otoczenie niż pstrokacizna Robina. Tylko tą białą czaszkę na masce mógł sobie podarować.
Były też dziewczyny. Trzeba było przyznać, że śliczna kosmitka o szmaragdowych oczach trochę zbiła go z tropu. Pozwolił sobie nawet na lekki flirt. Przyjął jednak dzielnie na klatę odmowę (oraz wystrzał laserów prosto z oczu) i nie narzucał się. Mógł być złodziejem, ale nie był kompletnym dupkiem. Jak dziewczyna mówi nie, to znaczy nie i kropka.
Była też i gotka, Raven. O niej słyszał najwięcej. Z całej piątki to jej najbardziej bali się przestępcy. Krążyły plotki, że po spotkaniu z nią niektórzy lądowali na terapii elektrowstrząsami. Przez ten cholerny kaptur nie miał za bardzo jak się jej przyjrzeć, choć bardzo chciał. Na jego szczęście zaklęcia dziewczyny były za długie. Inaczej pewnie rozkwasiłaby go o podłogę i na tym zakończyłby karierę. Potrafiła być groźna.
Slade w końcu zdradził swoją cenę. Nie żądał dużo — interesowały go nowe technologie zbrojeniowe, nad którymi pracowało Star Labs. Wystarczyło zrobić krótki rekonesans, a potem kraść. Maksymalnie dwie noce roboty.
Spodziewał się Tytanów. Nie spodziewał się natomiast, że Slade pojawi się na miejscu osobiście. Samą swoją obecnością odciągał uwagę lidera na tyle skutecznie, że Red mógł wyślizgnąć się niezauważony. Niestety, w pościg posłano Raven.
Red X przykucnął za kontenerem na śmieci. Zaklął siarczyście pod nosem. Wyświetlacz na przedramieniu zamigał ostrzegawczo, informując o niskiej zawartości xenotium. Substancji zostało może na dwie teleportacje, nie więcej. Gotka deptała mu po piętach. Musiał bardzo szybko obmyślić jakiś plan.
— Sądziłam, że stać cię na więcej — usłyszał nad sobą. Skoczył w bok. Udało mu się uniknąć przyduszenia przez motocykl w ostatniej sekundzie.
— Mogę powiedzieć to samo — rzucił rozbawiony. Nie mogła zobaczyć uśmieszku pod maską. On za to doskonale widział, jak bardzo działał jej na nerwy.
— Czego szukałeś w laboratorium? — warknęła. Czarna energia skumulowała się przed wyciągniętą dłonią.
W jego stronę wystrzeliły macki. Wykonywał uniki bez większego problemu. Jeśli chciała go powstrzymać, musiała się bardziej postarać.
Za plecami poczuł mur. Chciał już wcisnąć guzik teleportacji, ale w ostatniej chwili zrezygnował. Xenotium było trudne do dostania nawet na czarnym rynku.
— A, no wiesz, naszła mnie ochota na poszerzanie wiedzy. Zwłaszcza tej zakazanej.
Chyba ją zaskoczył tą odpowiedzią. Atak na chwilę ustał.
— Mów, co wiesz — rozkazała. Albo mu się wydawało, albo jej oczy, skryte w cieniu kaptura, zabłysły na czerwono.
Skoczył, kiedy z muru wystrzeliły krucze łapy. Raven była szybsza. Już po chwili zwisał pół metra nad ziemią, związany magicznymi wstęgami. Jej energia była okrutnie nieprzyjemna. W miejscach, w których moc dotykała ciała przez strój, czuł palące mrowienie.
— Ja? Ja nic nie wiem. — Wyszczerzył się. Czasem żałował, że maska zasłaniała całą twarz. Jego uśmiech zawsze działał wszystkim na nerwy. Wyprowadzenie Tytanki z równowagi było jedyną szansą na ucieczkę.
— Mów.
Więzy zacisnęły się na żebrach. Zakaszlał. Lewa ręka zabolała tępo w okolicy ramienia. Po rękawicy spłynęły pierwsze krople krwi.
— Wiesz, znam swoje prawa — zażartował.
Jej zirytowane westchnienie mogłoby przewracać góry. Splotła umięśnione ręce na piersi. Podleciała bliżej. Granatowa peleryna rozwiała się na wietrze.
— Laboratorium, w którym opracowywane są tajne technologie. Ty i Slade obieracie je za cel. Tej samej nocy. — Zacisnęła usta w wąską kreskę. — Pracujecie razem.
To chyba nie było pytanie.
— Wzruszyłbym ramionami, ale nie mogę, sama rozumiesz. — Moc znów go ścisnęła. Zakaszlał. — Słuchaj, nie wiem, czy ktoś ci o tym mówił, ale z martwym przestępcą przesłuchania nie przeprowadzisz.
Poluzowała uścisk czarnych macek. Ale tylko odrobinę.
— No, tak lepiej. W ramach wdzięczności mogę ci coś zdradzić. Nic nie wiem. Miałem zlecenie, wykonałem zlecenie. To, co ukradłem ani to, co się wyrabia w tym laboratorium mnie nie obchodzi. — Udało mu się niepostrzeżenie przesunąć zranioną rękę w stronę pasa. Jedno kliknięcie i tyle go widziała. Musiał tylko dosięgnąć guzika.
— Kłamiesz — warknęła. Nie wydawało mu się, jej oczy rzeczywiście robiły się czerwone. Może denerwowanie jej jednak nie było najlepszym pomysłem.
— Czy te oczy mogą kłamać?
Dobra, trochę się prosił o zmiażdżenie. Przynajmniej umrze w ciekawy sposób.
— Skoro nie chcesz po dobroci… — Podleciała do niego na wyciągnięcie ręki. Uderzył go w nos zapach potu, wosku pszczelego i książek. Nie takiego połączenia się spodziewał. — To przynajmniej dowiemy się, kim jesteś, zanim odstawię cię na komisariat.
Cholera.
Chwyciła palcami krawędź materiałowej maski. Była tak blisko, że poczuł na sobie jej oddech. W końcu mógł też zobaczyć, jak wygląda, nawet pomimo kaptura. Blada cera, krótkie włosy, wąskie usta, ostre rysy twarzy. I te wielkie, fioletowe, tajemnicze oczy.
Spojrzała w białe panele z tytanu hartowanego xenotium. Usta wygięły się nikłym, złośliwym uśmiechu. Nie spieszyła się. Maskę ściągała powoli, jakby napawając się narastającą paniką swojej ofiary.
Musiał bardzo szybko coś wymyślić.
— Hm — mruknęła, kiedy odkryła bliznę biegnącą od podbródka, przez usta i ginącą gdzieś w okolicy lewego płatka ucha. Szrama nie była głęboka, trochę makijażu bez problemu by ją zakryło, ale rzucała się w oczy.
— Niezła czakra — wypalił. Wysunął głowę do przodu, najdalej jak tylko mógł. Ich usta złączyły się w pocałunku.
W tym momencie wydarzyło się kilka rzeczy na raz.
Zaskoczona Raven odskoczyła do tyłu. Zapomniała o zaklęciu. Czarne wstęgi zniknęły.
X wylądował na ziemi i naciągnął maskę z powrotem na twarz.
— Do następnego, piękna. — Wcisnął guzik i rozpłynął się w nicość.
Popełnił kilka błędów podczas tej misji. Mimo to, kiedy zasypiał nad ranem, przed oczami wciąż widział jej zaskoczone spojrzenie.
***
Zaraz po powrocie z misji bez żadnych wyjaśnień wpadła do pokoju lidera. Coś jej mówiło, że Robin nigdy by się tak nie zachował, ale musiała być pewna. Dla własnego zdrowia psychicznego. Kiedyś nie podejrzewali go o to, że złamie prawo, by złapać Slade’a. Może i tym razem wpadł mu do głowy godny pożałowania pomysł z przebierankami za złodziei.
— Raven? Co z Red X’em? — Robin podniósł głowę znad bandażowanej ręki. Czarne włosy, mokre po prysznicu, opadły mu na twarz.
Oparła się rękami o blat stołu.
— Uciekł. Prawdopodobnie pracuje ze Slade’em. Nic konkretnego z niego nie wyciągnęłam. A teraz prosto z mostu. Czy wróciłeś do przebierania się za niego? — Wbiła w mężczyznę wyczekujące spojrzenie. Oby to nie był on. Inaczej będzie musiała go zamordować.
— Nie. Nawet jakbym chciał, strój został skradziony lata temu. — Wstał i obszedł stół. Położył zdrową dłoń na jej ramieniu. Zaniepokojone spojrzenie błękitnych oczu trochę ją uspokoiło. — Co się stało?
Pokręciła głową. Wzięła dwa głębokie wdechy. To przecież oczywiste. Robin prędzej by się przyznał do współpracy z samym Trygonem, niż posunął się do czegoś takiego. No i ta blizna…
To nie był on.
— Nic. Chciałam się tylko upewnić — mruknęła. Przetarła zmęczoną twarz. — Chyba muszę się położyć.
— Jeśli chciałabyś o czymś porozmawiać…
— Tak, wiem, mogę do ciebie przyjść. Dzięki, nie trzeba. — Strąciła dłoń lidera. — Widzimy się jutro. — Po tych słowach otworzyła portal w miejscu drzwi i przeszła od razu do swojego pokoju.
Odwiesiła pelerynę do szafy i opadła na łóżko. Zamknęła oczy. Odetchnęła głęboko. Powietrze było ciężkie od zapachu kadzideł, kurzu i starych ksiąg.
Obiecała sobie, że jak tylko znajdzie tego skurczybyka, to go zabije. A znajdzie go na pewno.
***
— Dobrze, ostatnia sprawa na dzisiaj. — Robin rzucił plik kartek na kanapkę. Splótł ręce na piersi i oparł się o krzesło. — Ręka w górę, kto jest za tym, by Raven zrobiła sobie tydzień wolnego.
Dłonie prawie wszystkich członków drużyny poszybowały w górę. Tylko sama zainteresowana wydawała się zaskoczona propozycją.
— To nie będzie potrzebne — mruknęła. — Dzięki za troskę, dam sobie radę.
— Przyjaciółko Raven — zaczęła miękko Gwiazdka, podlatując do dziewczyny. — Jesteś bardzo zmęczona. Wiemy, że nie sypiasz najlepiej….
Chciała odpowiedzieć, że wysypiałaby się o wiele lepiej, gdyby wciąż nie śnił się jej pewien idiota z szyderczym uśmiechem, ale ugryzła się w język. Spłonęłaby ze wstydu, gdyby którykolwiek z Tytanów dowiedział się, w jaki sposób Red X jej uciekł.
— Pomedytuję. — Wzruszyła ramionami. Co prawda od kilku tygodni nawet i to nie pomagało na ciągłe napięcie, ale zawsze warto próbować. Nie może dać się odsunąć na boczny tor przez jakiegoś skończonego pajaca. Drużyna jej potrzebuje.
— Raven, na ostatniej misji wysadziłaś w powietrze samochód. — Cyborg nawet na chwilę nie oderwał wzroku od ekranu komputera.
— I moje drugie śniadanie — dodał ciszej BB. — I pada do konsoli. I tą biedną roślinkę w korytarzu.
— To już raczej nie jest coś, co może naprawić medytacja. Stanowisz zagrożenie dla drużyny i dla cywili — podsumował Cyb.
— Dobrze, dotarło — ucięła ostro. Westchnęła, widząc zaskoczone spojrzenia pozostałych członków drużyny. — Wezmę urlop, dobrze? Ale tylko tydzień. Ani minuty więcej.
— No, tak ma być. — Robin z uśmiechem sięgnął ponownie po plik papierów i po chwili wręczył zdziwionej dziewczynie wymiętą kartkę. — Każdy z nas wymyślił kilka propozycji na to, jak możesz się zrelaksować.
— Dzięki — mruknęła. Wzięła papier, złożyła go starannie w pół i portalem wysłała do pokoju. Prosto do kosza na śmieci.
— A teraz posłuchaj mnie uważnie — Robin chwycił ją za ramiona i spojrzał prosto w oczy. Automatycznie odsunęła się na tyle, na ile pozwalał jej mocny uścisk. Co w nich wszystkich wstąpiło? — Nie obchodzi mnie, co będziesz musiała zrobić, masz się zrelaksować. Możesz wybrać się na Księżyc, wskrzesić Trygona, nawet złamać prawo, ale na litość boską, wróć wypoczęta, dobra?
Uśmiechnęła się kwaśno.
— Przyjęłam, panie kapitanie.
***
Karaoke odpadło w przedbiegach, nienawidziła śpiewać. Joga i medytacja nie pomogły. Kręgle były nawet całkiem fajne, dopóki nie dostrzegła w tłumie faceta z czerwonym iksem na koszulce. Tyle wystarczyło, by zrujnować wieczór.
Lista tytanowych propozycji kurczyła się w zastraszającym tempie. Z pewnym zaskoczeniem obok takich propozycji, jak tamarańska akupunktura czy malowanie piaskiem zauważyła wpisane lekko krzywym pismem słowo “zioło”, zaraz po słowie “impreza”. To na pewno była propozycja Bestii. Albo chichrającego się Cyborga. Albo obydwu.
Przewróciła oczami nad głupotą chłopaków i ruszyła do następnego punktu na liście. Kiedy jednak wykreślała kolejne i kolejne propozycje, pomysły chłopaków traciły na swojej głupocie. Gdy w końcu na kartce pozostały już tylko dwie pozycje, Raven wzruszyła ramionami. Skoro nic innego nie pomogło, mogła sięgnąć po używki. Najwyżej wysadzi świat w powietrze.
Przelała tyle mocy, ile tylko mogła, do czakry, po czym jednym prostym zaklęciem odczepiła kamień od czoła. Dla pewności zawinęła go w czysty kawałek szmatki namoczonej w świętych wodach azaratckich jezior i schowała pakunek w ukrytej kieszonce ramoneski. Tak na wszelki wypadek.
Skręta wyciągnęła z “tajnej” skrytki Bestii, o której wszyscy wiedzieli. Sam w końcu podsunął jej ten durny pomysł, to mógł się przynajmniej podzielić. Na pewno wolałby, żeby swoje pierwsze doświadczenia z paleniem przeżywała na sprawdzonym i bezpiecznym towarze. Poza tym, sam Robin pozwolił jej złamać prawo. Raczej wybaczą jej taką kradzież. Albo “bezterminową pożyczkę”, jakby to powiedziała Jinx.
Rae teleportowała się przed drzwi pierwszego lepszego klubu znalezionego w Mapach Google. Miał wysokie oceny i podobno serwowali dobre drinki. Nie, żeby zamierzała sięgać po alkohol, ale zawsze dobrze wiedzieć. Ochroniarz tylko kiwnął głową na przywitanie i przepuścił ją poza kolejką. No tak, kiedyś obronili to miejsce przed Modnisiem. Tego faceta to chyba nawet sama osłaniała przed ożywioną armią żołnierzyków z drewna. Miło jest mieć kontakty, o których się nawet nie wie.
Po przekroczeniu progu przeciągnęła palcami po włosach. Te pod wpływem zaklęcia zmieniły kolor na czarny. Za pomocą magii zamaskowała także swój naturalny kolor oczu. Może i było to głupie przebranie, ale nie chciała, by ktoś więcej ją rozpoznał. Tej nocy miała odpoczywać, a nie podpisywać autografy.
Głośna muzyka rezonowała w czaszce. Mocny bit trząsł całym klubem. Duchota wdzierała się do płuc. Ludzie na parkiecie tańczyli do rytmu lub też wesoło obściskiwali się na środku sali. Każda loża była zajęta, więc Raven niechętnie usiadła przy barze. Zamówiła bezalkoholowe mohito i na zdziwioną minę barmana odpowiedziała wilczym spojrzeniem. Spłoszony, wrócił do pracy.
Raven ogarnęła wzrokiem otaczający ją chaos i westchnęła. Dyskoteka zdecydowanie nie była w jej guście, ale… wszyscy chyba dobrze się bawili. A w końcu o to chodziło. Miała odpocząć. Skoro nic innego nie działało, to może ogłuszająca muzyka pomoże jej wymazać z głowy tego cholernika.
Na samo wspomnienie Red X’a sięgnęła nerwowo do kieszeni. Niepewnie włożyła skręta do ust i przeklęła w myślach na widok trzęsących się dłoni, kiedy go odpalała. Zaciągnęła się. Dym był słodki, choć drapał w gardło. Zakaszlała. Może jednak powinna była przeżywać takie pierwsze razy w zaciszu wieży… Z Tytanami za ścianą czułaby się pewniej. W razie, gdyby jej moce zwariowały czy coś. Z drugiej strony pewnie do końca życia musiałaby wysłuchiwać zaczepek Cyborga i fochów Bestii o pożyczonego skręta. To już chyba lepiej cierpieć w głośnym klubie.
Ciekawe, ile będzie musiała wypalić, by imprezowanie zaczęło jej się w końcu podobać.
Na początku nic nie poczuła. Uporczywe drapanie w gardle zalewała hektolitrami bezalkoholowych drinków. Dopiero po dłuższym czasie zauważyła, że muzyka jakby trochę mniej jej przeszkadza. Nawet mogłaby do niej trochę pokiwać głową. Myśli trochę zwolniły. Zaczęły się rozlewać wokół niej, a próba skupienia się kończyła się fiaskiem. Miała wrażenie, że jej wzrok jednocześnie wyostrzył się i rozmył. Mogła policzyć błyszczące blaszki na kuli dyskotekowej, ale za nic nie potrafiła ustalić, ile szklanek po bezalkoholowych drinkach stało przed nią.
— To mój ulubiony kawałek — usłyszała tuż przy swoim uchu. Zaskoczona wbiła wzrok w stojącego obok chłopaka.
W sumie, to powinna chyba powiedzieć młodego mężczyznę. Miał na oko dwadzieścia kilka lat, nie więcej niż dwadzieścia pięć. Czarne, trochę przydługie włosy zaczesał na bok. Na pełnych ustach czaił się cwaniacki uśmieszek. W pierwszej chwili myślała nawet, że stoi przed nią Grayson. Ten facet był jednak trochę wyższy i bardziej umięśniony. I miał ciemniejszą karnację. No i te brązowe oczy, które wpatrywały się w nią z ciekawością.
Kurczę.
— Taak? — odparła mało inteligentnie. Nie mogła oderwać od niego wzroku.
Roześmiał się.
— Widzę, że już się dobrze bawisz. — Usiadł obok i ruchem dłoni zamówił drinka. Jego ruchy były płynne i zdecydowane. Jakby tańczył z powietrzem, a nie zamawiał alkohol. Czy można tańczyć z powietrzem?
Dziewczyna potrząsnęła głową. Jeśli marycha była w czymś dobra, to na pewno w rozpraszaniu myśli.
— To jak ci na imię? — Nieznajomy oparł się plecami o bar. Wciąż mierzył ją tym hipnotyzującym spojrzeniem.
— Rachel — wydusiła i podała mu rękę.
— Tim. — Pocałował wyciągniętą dłoń, po czym wybuchnął śmiechem.
Zawtórowała mu.
— To co tam u ciebie słychać, Tim? — spytała z głupkowatym uśmiechem, popijając drinka.
— A wiesz, niewiele. — Wzruszył ramionami i odebrał swoje zamówienie. — Piątek wieczór, dobra impreza, ciekawe towarzystwo… — Puścił do niej oko.
Prychnęła.
— Szybko oceniasz rozmówców. — Poczuła ochotę, by popuszczać bąbelki w swoim napoju. Jak wymyśliła, tak zrobiła. Skończyło się na tym, że wylała sobie lepkie mohito na twarz i koszulkę.
Tim ze śmiechem podał jej paczkę serwetek zgarniętą z baru. Nawet pomógł doprowadzić się do porządku.
— Ta impreza ssie — poskarżyła się, kiedy już niezgrabnie wytarła resztki napoju z ubrania. Będzie musiała wziąć prysznic, jak tylko wróci do wieży. Będzie się kleiła jak lep na muchy przez resztę wieczoru. Może jakąś złapie. Złapie muchę na mohito i mokry dekolt. I zje. Ble. Po cholerę miałaby jeść muchy? Zjadłaby coś w sumie. Pizza byłaby spoko.
— Może mogę jakoś ją poprawić? — Pytanie rozwiało jej dogłębne rozważania dotyczące łapania owadów.
— W jaki sposób? — Zmarszczyła czoło. Z zaskoczeniem odkryła, że Tim był od niej wyższy o głowę.
W odpowiedzi przystojniak chwycił jej dłoń i pociągnął ją na środek parkietu. I na nic zdały się jęki, że nie potrafi tańczyć.
Sama nie wiedziała, ile piosenek przetańczyli. Po prostu wirowała, a sprawne ręce Tima pilnowały, by przy okazji na nikogo nie wpadła. Kolory i zapachy pływały wokół niej. Cały świat tańczył razem z nią. Czuła ciągłe spojrzenie roześmianych, brązowych oczu. Czuła się wolna.
Nie miała pojęcia, że taniec jest taki fajny.
Piosenka zmieniła się na wolniejszą. Rae wzięła kilka głębszych wdechów i cofnęła się, by zrobić miejsce osobom schodzącym z parkietu. Wpadła na kogoś.
— Ostrożnie. — Tim objął ją w pasie. Docisnęła plecy do jego umięśnionej klatki piersiowej. Tak dla bezpieczeństwa.
— Jestem ostrożna — mruknęła, choć pewnie jej nie dosłyszał. Zauważyła, że wciąż kołysze się w rytm muzyki, kiedy Tim dołączył do tańca. Dotyk na jej talii zaczął parzyć przez ubranie. Poczuła w głębi coś, co do tej pory budziło się w niej w te nieliczne, samotne noce. Zadrżała, kiedy umięśnione dłonie zjechały powoli na biodra.
Odgłosy wokół zaczęły zanikać. Niepewnie odwróciła się w jego stronę. Serce tłukło się w jej piersi. Twarz Tima była dla niej zagadką. Jedynie oczy zdradzały to, co oboje myśleli.
Dotknęła jego klatki piersiowej. Jego serce biło równie szybko.
Powoli uniosła dłoń i wtopiła ją w jego włosy.
— Rachel… — wychrypiał. Uważnie obserwował każdy jej ruch.
Spojrzała mu prosto w oczy.
— Postaraj się, żebym tego nie żałowała — mruknęła i przyciągnęła go do pocałunku.
***
Obudziło ją światło słoneczne, wpadające przez okno. Początkowo mruknęła coś niewyraźnie i przekręciła się na drugi bok. Dopiero po chwili dotarło do niej, że nie jest u siebie. Otworzyła oczy.
Znajdowała się w obcym mieszkaniu, w obcym łóżku. Pościel pachniała potem i płynem do płukania tkanin. Rozespany mózg powoli odtwarzał wydarzenia wczorajszego wieczoru. Przetarła oczy i jęknęła. Jeszcze nigdy nie czuła się tak sobą zażenowana. Będzie musiała zabić Bestię za to, co trzyma w swoich tajnych skrytkach.
Pomimo nocnych przygód była wypoczęta i zrelaksowana. Po raz pierwszy od dawna nie śniła o Red X’ie. Przeciągnęła się. Obróciła się na drugi bok. Chciała się w końcu dowiedzieć, kto był odpowiedzialny za jej dobry humor.
Tim spał z ręką wetkniętą pod głowę. Pochrapywał lekko przez sen. Dopiero wtedy Rae zauważyła, że jego klatka piersiowa była pokryta licznymi bliznami. Niepewnie przesunęła wzrok od jego torsu w górę. Zamarła.
Od podbródka przez usta mężczyzny ciągnęła się lekka szrama.
Drżącą ręką dotknęła twarzy śpiącego. Przesunęła kciukiem wzdłuż lewego policzka. Na jej palcu została odrobina pudru.
Mężczyzna otworzył oczy. Przez chwilę przyglądał się kochance przyćmionym wzrokiem. Dopiero po chwili poderwał się do pozycji siedzącej.
— Błagam, powiedz mi, że ty nie jesteś… — zaczęła cicho, kręcąc głową. To nie mógł być on. To po prostu nie mógł być on. Jakiego pieprzonego pecha musiałaby mieć, by w tak wielkim mieście jak Jump City wpaść na-…
— Raven? — wydukał. Dotknął miejsca, które jeszcze przed chwilę badała. Zaschnięte płatki pudru opadły na poduszkę.
— Red X. Pieprzony Red X.
Wyszczerzył się.
— We własnej osobie.