Pokazywanie postów oznaczonych etykietą short. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą short. Pokaż wszystkie posty

środa, 12 czerwca 2024

Gdy śpiewają kruki 2 - Niezapomniane noce

Nie pamiętał, kiedy ostatni raz miał koszmar. Ba, nawet jeśli coś mu się śniło, to zazwyczaj po obudzeniu nie pamiętał treści. Tym bardziej nie podobało mu się, że od dłuższego czasu nie przespał spokojnie ani jednej nocy.

    Pierwszy sen go zaskoczył, ale mężczyzna nie przypisał majakom żadnego większego znaczenia. Pamiętał tylko kolor czerwony i dziwne mamrotania. Zrzucił ten kreatywny wybryk własnego mózgu na przemęczenie. Slade coraz bardziej ścigał go z terminowością, zwiększając przy tym wymagania. Dni zamieniły się w rutynę – wstać, zjeść, wykradać kolejne technologie, położyć się spać wraz z pierwszymi promieniami słońca i tak w kółko.

    Sen się powtórzył. A potem jeszcze raz. I jeszcze jeden. Za każdym razem bardziej wyraźny, bardziej szczegółowy.

    Zaczynało się zawsze od dziwnych szeptów, których treści nie był w stanie zrozumieć. Później pojawiał się ogień, mnóstwo ognia. Wśród płomieni czasem dostrzegał ruiny. Gdy próbował do nich podejść, pochłaniała go ciemność. Zazwyczaj w tym momencie budził się zlany potem.

    Tym razem zamiast ciemności zobaczył wśród pożogi białą smugę. Falowała i zmieniała kształt, przeskakując co chwilę pomiędzy bezkształtną kałużą, falującym na wietrze kwiatem a czymś, co od biedy można było uznać za człowieka. W tej ostatniej postaci wyciągnęła dłoń w jego stronę. Chwycił ją.

    – Nie ułatwiasz mi tego. – Usłyszał tylko, nim rozwiała się wśród dymu.

    Chciał za nią krzyknąć, ale z jego gardła wydobył się dźwięk, który przypominał bardziej krakanie. Gdzieś w oddali odpowiedziały mu podobne głosy.

    Od tamtej nocy sen się zmienił. Scenariusze stały się bardziej prawdopodobne – a to wychodził akurat na akcję, a to wykradał jakąś zamówioną przez pracodawcę technologię. Prędzej czy później otoczenie zalewał ogień i niezrozumiałe szepty. Zjawa już więcej się nie pojawiła. I w sumie nawet nie był pewny, czy chciał, by wróciła.

    Okolice mieszkania obserwował w wolnych chwilach jeszcze przez dwa tygodnie. Może się łudził, że Raven wróci. Albo raczej upewniał się, że dotrzyma swojej części umowy. Trochę byłby przypał, gdyby wparowała z oddziałem policji temu, kto akurat skorzystał z oferty apartamentu na wynajem. No i co gorsza, straciłby jedną z kryjówek.

    Niedzielny chłodny wieczór spędził przy bramie wejściowej do budynku. Wypalał papierosa za papierosem, ze znudzeniem obserwując przechodniów. Choć bardzo się starał, jego myśli wciąż powracały do koszmarów. O co w tym wszystkim do diabła chodziło? Przez kilka pierwszych dni próbował zignorować majaki, ale powtarzalność i intensywność snów go zaniepokoiła. Dlaczego nagle teraz zaczął śnić, i to jeszcze o takich głupotach? I w jaki sposób “nie ułatwia czegoś” tej cholernej zjawie?

    Teoretycznie powinien był w tym czasie brać się za robotę. Slade był świetny, jeśli chodziło o wysokość wypłaty i dostawy xenotium, ale pod każdym innym względem był przysłowiowym wrzodem na dupie. Prędzej czy później X będzie musiał się wyplątać z tego układu. Już dawno odłożył tyle kasy, by móc spokojnie ustawić się na całe życie. Szkoda tylko, że od początku nie chodziło o pieniądze, a adrenalinę. Może powinien przenieść się do innego miasta? Slade miał za dużą obsesję na punkcie Tytanów, by go ścigać.

    Zgasił niedopałek butem i rozejrzał się wokoło. Zaczęło kropić, więc już i tak rzadko uczęszczana ulica zupełnie się wyludniła. Rozległ się szum skrzydeł.

    Nad migoczącą lampą uliczną przysiadł kruk. Przez chwilę przyglądali się sobie wzajemnie, po czym zwierzę zakrakało i przeleciało na pobliski dach. Mężczyzna jeszcze przez chwilę wpatrywał się w miejsce, gdzie przed chwilą widział czarne, szkliste oczy.

    Poczuł się tak, jakby ktoś otworzył mu tamę w głowie, wypuszczając strumień myśli. Nagle wszystko nabrało sensu. Nie mogła odstawić go na komisariat, bo by się wygadał, więc mściła się w inny sposób. Zdradziła się krakaniem. Czy to też czasem nie ona coś mu kiedyś mówiła, o tym że jej czegoś nie ułatwia? Nie pamiętał już kontekstu, ale puzzle wskoczyły na swoje miejsce.

    To Raven nasłała na niego te chore wizje. To wszystko jej wina.

    Potarł dwudniowy zarost i prychnął cichym śmiechem. Odbił się od zimnego muru i pomaszerował w dół ulicy. W jego głowie zaczął kiełkować już plan. Skoro tak chce się bawić, to proszę bardzo.

    Już on jej pokaże, z kim zadarła.

***

    Tytani odetchnęli z ulgą, kiedy po swoim krótkim wypadzie wróciła cała, zdrowa i wypoczęta. Od tamtej pory na misjach spisywała się doskonale, nie dawała również powodów do zmartwień poza nimi. Zdradzić ją mogły jedynie cienie pod oczami, ale te łatwo było ukryć makijażem i kapturem.

    Od czasu pamiętnego wypadu na miasto przespanie bez problemu całej nocy należało do rzadkości. Leżenie i wpatrywanie się przez godziny w sufit było równie męczące, co koszmary, które dopadały ją, gdy zmęczone ciało w końcu zapadało w niespokojny sen. Czasem widziała w nich ogień, innym razem ruiny miasta. Raz zdarzyło się, że wśród pożogi dostrzegła postać, stworzoną z białego dymu. Próbowała do niej dotrzeć, ale ta rozwiała się, gdy tylko jej dotknęła.

    Jednak niezrozumiałe senne wizje nie były najgorsze. Do złowrogich, dziwnych snów zdążyła się przyzwyczaić. W końcu towarzyszyły jej od dzieciństwa. Nie, najgorsze były te momenty, kiedy śniła o nim. Budziła się w przepoconej pościeli, a bardzo szczegółowe przebłyski wspomnień ze snu i tej jednej nocy pchały się pod powieki, gdy tylko zamykała oczy. Takie połączenie gwarantowało czuwanie aż do wschodu słońca. Te same obrazy powracały, gdy tylko próbowała medytować.

    Była wściekła na siebie, że nie potrafiła przestać o nim myśleć. Zagnieździł się w jej głowie niczym pasożyt, kąsając każdą myśl. Odwracanie uwagi pracą pomagało tylko trochę – gdy tylko wracała z misji, ten przeklęty szczur wracał razem z nią. Czasem ktoś z drużyny na kilka chwil odwracał jej uwagę, a wtedy powrót natrętnych myśli uderzał ją niczym cegła.

    Gdy w akcie desperacji zajrzała do własnego umysłu, zastała w nim równie wielki chaos. Emocje kompletnie się rozregulowały, a próba rozmowy z którąkolwiek z kolorowych, mniejszych wersji Raven kończyła się jeszcze większym skołowaniem. Czerwona Złość chciała stłuc delikwenta na kwaśne jabłko, zielona Odwaga miała zamiar wygarnąć mu prosto w oczy, co sobie o nim myśli, a pomarańczowa Złośliwość wspinała się na wyżyny kreatywności, wymyślając coraz to nowsze inwektywy w stronę X’a.

    Jedyną kopią, z którą dało się nawiązać jakikolwiek kontakt, była Inteligencja. Otulona żółtym płaszczem, siedziała w pozie kwiatu lotosu, przypatrując się rozgderanemu towarzystwu. Jej podbródek zrobił się czerwony od pocierania go w zamyśleniu.

    – Masz pomysł, jak je ogarnąć? – Raven przystanęła obok żółtej towarzyszki. Ta zmierzyła ją nieodgadnionym spojrzeniem.

    – Wiesz dobrze, że to, co mam ci do powiedzenia, ci się nie spodoba – odparła powoli, wstając. Wskazała przed siebie dłonią. – Dlatego zanim zacznę, chcę ci coś pokazać.

    Ruszyły razem w stronę wysuszonego, poskręcanego drzewa. Głosy za ich plecami powoli cichły.

    – Mów. Obiecuję, że postaram się podejść do twoich słów z otwartą głową. – Raven westchnęła na widok leniwego uśmiechu części swojej osobowości.

    – Zaczęło się od tego, że Red X cię pocałował – zaczęła Inteligencja, ignorując marsową minę rozmówczyni. – Zaskoczył nas wszystkie. I w sumie to najbardziej nas w nim wyprowadza z równowagi. Cały czas nas zaskakuje. Świat był o wiele prostszy, kiedy był tym złym złodziejem. Złodziei odstawia się policji, a potem idzie na pizzę. A tymczasem on cały czas zachowuje się nie tak, jak powinien.

    – Nie musisz mi mówić. – Raven westchnęła, zrzucając kaptur płaszcza z głowy. – Możesz mi za to powiedzieć, co mam zrobić.

    – Na dobry początek możesz w końcu zrozumieć, co się z tobą dzieje. Albo raczej przyznać przed samą sobą, co się z tobą dzieje.

    Dotarły do drzewa, które z bliska było o wiele większe, niż się mogło początkowo wydawać. Na jednym z jego masywnych korzeni spoczywało uosobienie pasji, namiętności i miłości.

    Raven lekko wzbiła się w powietrze i uważnie obejrzała swoją odzianą na fioletowo kopię. Policzki Pasji płonęły, a rozmarzone spojrzenie błądziło po usianym gwiazdami niebie. Nie zwróciła nawet uwagi na właścicielkę. Mamrotała coś niewyraźnie pod nosem.

    – Kiedy Red nas po raz pierwszy zaskoczył – Inteligencja zawisła w powietrzu tuż obok Rae. Odgarnęła poklejone kosmyki włosów z czoła Pasji. – Wszystkie byłyśmy dość skonfundowane. Ale odkąd spędziliście razem noc… – Wskazała dłonią na nieobecną duchem emocję. – Dość powiedzieć, że Pasji najmocniej się oberwało.

    – Nie chcesz mi chyba powiedzieć, że czuję do tego gada… – zaczęła Raven, ale Inteligencja pokręciła głową.

    – Nie, nie ma tu najmniejszej mowy o miłości. – Wzięła głęboki wdech. – Jeszcze tego by tu brakowało.

    – Co się w takim razie stało? Co jej jest?

    – Jakby to powiedzieć… – Przez chwilę przyglądała się, jak żółty płaszcz powiewał na wietrze, uważnie dobierając słowa. W końcu podniosła wzrok na Raven. – Nie jest w stanie przestać myśleć o nim, ani o tej jednej wspólnej nocy. Nierozładowane napięcie, jeśli wolisz dosadniej. Tęskni za nim w wymiarze… cóż, fizycznym.

    Raven jęknęła i schowała twarz w dłoniach. Owszem, podejrzewała już od dłuższej chwili, co może być źródłem problemu, ale przyznanie tego przed samą sobą było zupełnie inną bajką. Przyznanie, że Red X ją jakkolwiek pociągał…

    Pokręciła głową i spojrzała na Inteligencję.

    – Co muszę zrobić, żeby jej przeszło?

    – Wyjścia masz dwa. – Żółta wzruszyła ramionami. – Albo pójdziesz do niego i powiesz mu, jak sprawa wygląda…

    – To żadna opcja – żachnęła się Rae.

    – Albo – kontynuowała niezrażona towarzyszka – podejdziesz do sprawy jak dorosły człowiek i zainteresujesz się sposobami na rozładowanie tego typu napięcia. – Prychnęła, gdy Rae uniosła brew do góry. – Och, na litość boską, jesteś stara koza, naprawdę muszę ci tłumaczyć wszystko jak dziecku?

    – Jeśli mówisz o tym, o czym myślę, to nie działa. Albo raczej działa, ale za krótko.

    Żółta znów wzruszyła ramionami.

    – Ludzie to bardzo kreatywny gatunek. Jestem pewna, że na ogromnym rynku samopomocy w takich sytuacjach znajdziesz coś dla siebie. Ewentualnie możesz spróbować poprosić kogoś o pomoc.

    – Już wolałabym spłonąć w piekle – mruknęła Raven. Przez dłuższą chwilę obserwowała w ciszy rozgorączkowaną, pojękującą cicho Pasję. W końcu westchnęła. – I to jej pomoże? Przestanie przez to być… taka?

    – Powinno. – Inteligencja kiwnęła głową. – A jeśli nie, to będziemy mieć wszystkie, jak to się kolokwialnie mówi, przesrane.

***
Każdy potencjalny tytuł tej części brzmi o wiele lepiej po angielsku.

poniedziałek, 23 października 2023

Gdy śpiewają kruki 1.5 - Zbrodnia bez ofiar

Salon z rozkładanym tapczanem, stolikiem do kawy, telewizorem starego typu i aneksem kuchennym pełnił jednocześnie funkcję jadalni, sypialni i kuchni. X mieszkanie miał małe, ciasne i zaskakująco czyste. Tak czyste, jakby nikt tu na co dzień nie mieszkał. Może to jakiś pokój hotelowy albo inne Airbnb? Raczej nie zabrał dziewczyn pod swój prawdziwy adres, bez względu na to, czy akurat były superbohaterkami.

Raven zakryła się kołdrą prawie po same uszy. Wyłowiła wzrokiem porozrzucane po podłodze ubrania i przyciągnęła je do siebie telekinezą. Teraz, kiedy już i tak wiedział, kim była, nie musiała kryć się z mocami. Poczuła, jak jej twarz płonie żywym ogniem, kiedy zauważyła bieliznę zarzuconą niedbale na telewizor.

Wymacała kieszonkę w ramonesce i odetchnęła z ulgą. Pudełeczko z czakrą wciąż znajdowało się na swoim miejscu. Przez chwilę zastanawiała się, czy by jej nie założyć. Doszła do wniosku, że przyjmowanie mocy na takim kacu nie było dobrym pomysłem.

Zerknęła na X’a. Wpatrywał się w nią z nieodgadnionym wyrazem twarzy.

– Ani słowa – warknęła.

Roześmiał się nosowo. Niespiesznie sięgnął po dresy. Takimi pierdołami jak koszulka czy bokserki się najwyraźniej nie przejmował. Wstał, przeciągnął się i podszedł do mini-lodówki. Wyciągnął z niej coś i rzucił na poduszkę tuż obok Rae.

– Trzymaj. Zgaduję, że ci się przyda.

Raven z osłupieniem przyglądała się butelce wody gazowanej. W końcu niepewnie po nią sięgnęła.

– Dzięki – wydusiła, skołowana.

– Spoko. – Wzruszył ramionami i sam upił kilka łyków. – Głodna?

Wpatrywała się w niego tak, jakby co najmniej zaproponował jej wspólną wyprawę na Księżyc. Przecież był Czerwonym X’em. Zawodowym złodziejem, krętaczem i głównym powodem, przez który w ogóle pojawiła się poprzedniej nocy w barze. Tacy ludzie nie proponują śniadania jak gdyby nigdy nic.

Pokręciła głową.

– Twoja strata. – Sięgnął do jedynej szafki kuchennej, jaką miał, i wyłowił ze środka patelnię. Niespiesznie wyciągał kolejne produkty, zupełnie ignorując intruza. W końcu jednak nie wytrzymał i posłał jej pytające spojrzenie. – Zamierzasz tak tu tkwić przez cały dzień?

Podciągnęła kołdrę wyżej, by nie widział rumieńców na jej policzkach.

– Nie przebiorę się, kiedy się gapisz – warknęła.

– Jakbym już co najmniej nie widział wszystkiego. – Znów się roześmiał.

– Ostatkiem sił powstrzymuję się, żeby cię nie zabić. Nie ułatwiasz mi tego.

Gdyby spojrzenia mogły mordować, już by leżał martwy z twarzą w cieście naleśnikowym.

– Chcesz, to tam jest łazienka. – Wskazał kciukiem na drzwi przy wejściu, których wcześniej nie zauważyła. – Częstuj się czym potrzebujesz. Jak pogrzebiesz, to może znajdziesz nawet jakąś szczoteczkę do zębów. Czarna jest moja.

Raven, otulona kołdrą niczym eskimos, przyciskając do piersi swoje rzeczy przemknęła do łazienki. Przez całą trasę nie spuściła podejrzliwego spojrzenia z X’a. Ten natomiast nie zwracał na nią w ogóle uwagi, pochłonięty mieszaniem składników.

Dziesięć minut w łazience poświęcone na prysznic i doprowadzenie się do porządku tylko bardziej ją skołowało. Wpatrywała się w swoje odbicie, szorując zęby znalezioną w szafce szczoteczką, próbując rozgryźć, o co temu przeklętemu chłopakowi chodziło. Dlaczego był taki miły? Owszem, była skacowana, ale to tylko oznaczało, że łatwiej można było ją podejść. Ba, w głowie jej tak dzwoniło, że nie była nawet w stanie otworzyć portalu do wieży. Gdzie w takim razie tkwił haczyk? Z której strony powinna oczekiwać podstępu? Jedyne, co wiedziała na pewno, to że nie mogła mu ufać. I że worki pod oczami miała tak wielkie, że mogłaby w nich przemycać zwłoki, gdyby akurat potrzebowała.

Kiedy ponownie wyłoniła się z łazienki, X siedział na złożonym już tapczanie. W spokoju przeżuwał pankejka. Widok spływającego po widelcu syropu klonowego i słodki zapach ciasta sprawił, że żołądek Raven zaczął głośno domagać się pożywienia. No tak, w końcu od nie jadła nic od wczoraj.

X posłał jej nieodgadnione spojrzenie znad talerza. Na widok jej zażenowanej miny westchnął i przesunął talerz w jej stronę.

– Masz. Już nadgryzione, nie otrujesz się. – Sam wstał, wyminął Rae i znów stanął przy patelni.

– Ja… – odezwała się, ale przerwał jej.

– Jedz i nie marudź. – Ziewnął przeciągle.

Z niechęcią odłożyła ściskaną w rękach pościel i zajęła miejsce przy stoliku. Żuła powoli i dokładnie, trochę po to, by przez przypadek nie zwymiotować, a trochę po to, by nie musieć rozmawiać. Musiała przyznać, że pankejki robił dobre, nie za grube i nie za cienkie, takie w sam raz. Ciekawe, czy potrafił gotować też inne dania.

Przyglądała mu się uważnie przez cały czas, on za to nie zwracał na nią zupełnie uwagi. W pełnym skupieniu przygotował porcję ciasta i zabrał się za smażenie. Sprawiał wrażenie, jakby cała ta sytuacja była co najmniej normalna. Jakby jeszcze jakiś czas temu nie próbowali się pozabijać. Jakby wcale nie zrobił jej niezłego bajzlu w głowie na kilka dobrych tygodni.

Cały posiłek przesiedzieli w ciszy. Kiedy skończyły się pankejki, uwagę Raven pochłonęło picie wody małymi łykami. X nie miał żadnych dodatkowych krzeseł, więc usiadł po turecku po drugiej stronie stołu. Przez cały ten czas mistrzowsko ignorował jej obecność. Dopiero kiedy odłożył sztućce na talerz i przetarł usta ręką, odważyła się odezwać.

– To co teraz?

– A co ma być i z czym? – Wzruszył ramionami. Przeciągnął się, aż strzyknęło mu w plecach.

Raven tylko rzuciła okiem na jego umięśnioną klatkę piersiową. Tylko zerknęła.

– No… – machnęła dłonią w nieokreślonym kierunku. – Z tym tutaj.

Przez dłuższą chwilę wpatrywał się w nią ze zmarszczonymi brwiami.

– Słuchaj, nie wiem, czy jesteś zaznajomiona z konceptem jednej nocy, ale polega ona na tym…

– Nie o tym mówię – westchnęła. Modliła się w duchu, by kac szybciej sobie poszedł. Mogłaby wtedy wysłać jego przeklęte dupsko wprost w objęcia aktywnego wulkanu.

– No ale co mam ci powiedzieć? Stało to się stało, na chuj drążyć temat. – Znów wzruszył ramionami i oparł się plecami o ścianę.

Raven już otworzyła usta, by opieprzyć go z góry na dół za to, że swoim głupim wyskokiem spieprzył jej ostatnie kilka tygodni życia, ale w ostatniej chwili się powstrzymała. Nie mogła mu powiedzieć, że miał na nią aż taki wpływ. Spaliłaby się ze wstydu, gdyby się dowiedział.

– Zrobimy tak – zaczął, widząc jej marsową minę. – Ja zamierzam siedzieć cicho, bo i tak mi nie uwierzy, że spałem z Tytanką, no i nic tym nie ugram. Ty pewnie też nie będziesz tego broadcastować, bo Tytani za taką akcję by cię z drużyny na zbity pysk wyrzucili. – Podniósł rękę, gdy już chciała otworzyć usta. – Albo też zabiliby cię śmiechem, co tam wolisz. Podsumowując, mamy oboje kurwa największego w tym wszechświecie pecha, że trafiliśmy na siebie, ale spędziliśmy ze sobą przyjemną noc i co zrobisz. Możesz się oszukiwać ile chcesz, czasu nie cofniesz. – Uśmiechnął się złośliwie, kiedy skrzywiła się na dźwięk strzelania kostkami palców. – Moje rozwiązanie to podać sobie ręce na zgodę i rozejść się w pokoju.

– Tak po prostu? Nie boisz się, że wrócę i wsadzę cię do paki? – zaryzykowała.

Roześmiał się. Brzmiało to na naprawdę szczery śmiech.

– Czyli wolisz wersję z szantażem, no dobrze. – Przetarł twarz i posłał jej cwaniacki uśmieszek. – Jeśli tak koniecznie chcesz, żeby wszyscy się dowiedzieli, to wsadź mnie za kraty i sprawdź, co się stanie. A twoja reakcja będzie najlepszym dowodem w sprawie.

Raven ukryła twarz w dłoniach i westchnęła ciężko. Choć chciała wysłać tego dupka na drugi koniec kosmosu, miał rację. Udawanie, że nic się nie stało, było najlepszą strategią.

– Zgoda. – Wyciągnęła rękę w jego stronę. – Ale spróbuj tylko puścić parę z ust, a zrobię ci z życia jesień średniowiecza.

Roześmiał się i uścisnął jej dłoń.

– Nie spodziewam się niczego innego.

***

Gdy tylko opuściła mieszkanie, posprzątał po ich małej imprezie, zabrał plecak ze strojem X’a i rozejrzał się. Pomieszczenie wyglądało dokładnie tak, jak je zastał. Właściciel, od którego “wypożyczył” kluczyki, nie powinien niczego zauważyć. Tak jak za każdym razem.

Wyszedł przez okno i przeskakując po kilka schodków przeciwpożarowych na raz, wylądował w uliczce na tyłach budynku. Oparł się o chłodną ścianę i odpalił telefon. Skrzywił się na widok dwudziestu nieodebranych połączeń i kilkunastu smsów. Wszystkie od tego samego nadawcy. Jak na fakt, że klient poprzedniego wieczoru sam naciskał na spotkanie w klubie, po czym się nie pojawił, to był strasznie niecierpliwy.

Sięgnął do kieszeni plecaka po fajki i zapalniczkę. Zaciągnął się dymem i odchylił głowę do tyłu. Kiedy tak o tym myślał na trzeźwo, to zainteresował się Rachel (o ile było to jej prawdziwe imię) w sumie tylko dlatego, że się nudził, a ona przy barze wyglądała tak, jakby miała w każdej chwili wyzionąć ducha. Obserwował ją nawet przez chwilę. Waliła jedno mohito za drugim, ale zdecydowanie nie była pijana. Gdy do niej podszedł, jej oczy były czerwone, ale w zupełnie inny sposób niż wtedy, kiedy go dusiła podczas akcji. Uśmiechnął się pod nosem. Kto by pomyślał, że najbardziej ponura z Tytanów interesuje się medycyną alternatywną? I w sumie imprezami. I przede wszystkim nim. Ale w sumie kim on jest, by ją oceniać? Złoczyńcy po mocniejszych akcjach często fundowali sobie imprezy aż do odcięcia świadomości dla relaksu. Najwyraźniej superbohaterowie też potrzebowali od czasu do czasu odpocząć.

Znów się zaciągnął. Roześmiał się cicho na wspomnienie poprzedniej nocy. Był wtedy trochę wstawiony, ale nie pamiętał, by choć przez chwilę skojarzył zjaraną Rachel z Tytanką Raven. Może to przez różnicę w zachowaniu. Musiał przyznać, że całkiem dobrze się z nią bawił. Nie była wybitną tancerką, ale kiedy już poczuła rytm, nie dała mu zejść z parkietu nawet na chwilę. Cholera, kto wie, może gdyby nie tak drastyczne różnice w poglądach na temat prawa, zaproponowałby jej powtórkę?

Zgasił niedopałek papierosa butem. Ruszył w stronę ulicy.

Telefon znów się rozdzwonił. Odebrał połączenie i wtopił się w tłum. 
 
***
Nikt się nie spodziewał kontynuacji one shota sprzed 2 lat, a już tym bardziej nie ja.

niedziela, 27 lutego 2022

Gdy śpiewają kruki [Dzień Fanfików 2022]

 W tym roku nawet się postarałam i przygotowałam dla Was one shota z okazji Dnia Fanfików na TitansGo.pl. Bez zbędnego przedłużania, zapraszam do czytania! I od razu malutka uwaga, że wszystkie dzieciaczki w poniższym opowiadaniu już dawno osiągnęły 21 rok życia.



Kiedy w dniu osiemnastych urodzin rodzice odcięli go od pieniędzy, przeżył szok. Jasne, czasem się odgrażali, że zakręcą kurek, ale nigdy nie brał ich na serio. W końcu jak mogliby zrobić coś tak okrutnego swojemu ukochanemu synowi? Absurd. Zupełny absurd.
Wieczorem konto nadal było puste. Telefon do starych również nie pomógł — matka nie odbierała, a przy ojcu rozłączył się po pięciu minutach tyrady o tym, jak to “musi zmądrzeć” i brak kasy “dobrze mu zrobi”. O mało nie roztrzaskał smartfona o ścianę. Jakim prawem?!

Tej nocy po raz pierwszy dokonał kradzieży. Celem była paczka fajek ze stacji benzynowej. Może nie była to jakaś brawurowa akcja — koleś za ladą wyglądał, jakby zioło zostawiło mu w głowie tylko mole spożywcze — ale pamiętał ten przypływ adrenaliny przez wiele lat. Spocone dłonie, rozbiegany wzrok, to wrażenie, że wszyscy w okolicy wiedzą, co zrobił. Jego sumienie siedziało cicho. W końcu potrzebował tych fajek, prawda? Jeśli już kogoś należało winić, to rodziców, za ich durne pomysły. To oni zepchnęli ukochanego syna w objęcia przestępczego światka.

Potem poszło z górki. Kolejna paczka fajek, trochę alkoholu, żarcie. Potrafił obrobić każdego, patrząc mu z uśmiechem prosto w oczy. Zorientował się, że jest uzależniony od adrenaliny, gdy uciekał przed osiłkami dilera, którego skroił. Sam nigdy nawet nie wypalił skręta, po prostu się nudził. A najlepszym lekiem na nudę była kolejna akcja. Później załatwił sprawę jednym szybkim włamem na komisariat i kradzieżą zarekwirowanego towaru. Był tak dobry, że policja podejrzewała robotę kreta. Zero śladów,
zero odcisków palców, nagrań z kamer - niczego po sobie nie zostawił. Czasem przezywali go przez to Duchem z Jump City.

Plotki szybko wędrowały po ulicach i coraz więcej chętnych zgłaszało się po jego usługi. Ci, którym brakowało oleju w głowie, próbowali zmusić go do współpracy. Zawsze jednak znajdował się ktoś, kto chętnie rozprawił się z szantażystami — czy to inny gang, czy w ostateczności policja. Zawsze też znalazł się ktoś, kto był w stanie obiecać więcej niż poprzednik. Zwykłe prawo popytu i podaży.

Pewnego razu zgłosił się do niego zamaskowany jegomość. Przedstawił się jako Slade. Zdradził mu sekret o ściśle strzeżonym super stroju bojowym, który wspomagany był jakimiś technicznymi nowinkami. Chłopak niewiele z tej gadaniny zrozumiał, oprócz najważniejszego punktu: strój zrobiłby z niego złodzieja idealnego. Wyczuwał przekręt na kilometr — kolejny cwaniak, który chciał go zmusić do współpracy — ale ciekawość wzięła górę. Połknął haczyk. Pewnej nocy włamał się do wieży Tytanów i wykradł strój.

Od tamtej pory zwali go Czerwonym X’em.

Ah, Tytani. Cóż za ciekawe zbiorowisko. Człowiek z blachy, zielony zmiennokształtny dziwoląg, no i oczywiście wielki pan lider. Podobno to on stworzył ten niesamowity skafander. W sumie to chyba powinien mu podziękować. Na pewno postarał się o wiele bardziej pod względem designu niż przy własnych bojowych gatkach. Czerń i szarość wtapiały się lepiej w otoczenie niż pstrokacizna Robina. Tylko tą białą czaszkę na masce mógł sobie podarować.

Były też dziewczyny. Trzeba było przyznać, że śliczna kosmitka o szmaragdowych oczach trochę zbiła go z tropu. Pozwolił sobie nawet na lekki flirt. Przyjął jednak dzielnie na klatę odmowę (oraz wystrzał laserów prosto z oczu) i nie narzucał się. Mógł być złodziejem, ale nie był kompletnym dupkiem. Jak dziewczyna mówi nie, to znaczy nie i kropka.

Była też i gotka, Raven. O niej słyszał najwięcej. Z całej piątki to jej najbardziej bali się przestępcy. Krążyły plotki, że po spotkaniu z nią niektórzy lądowali na terapii elektrowstrząsami. Przez ten cholerny kaptur nie miał za bardzo jak się jej przyjrzeć, choć bardzo chciał. Na jego szczęście zaklęcia dziewczyny były za długie. Inaczej pewnie rozkwasiłaby go o podłogę i na tym zakończyłby karierę. Potrafiła być groźna.

Slade w końcu zdradził swoją cenę. Nie żądał dużo — interesowały go nowe technologie zbrojeniowe, nad którymi pracowało Star Labs. Wystarczyło zrobić krótki rekonesans, a potem kraść. Maksymalnie dwie noce roboty.

Spodziewał się Tytanów. Nie spodziewał się natomiast, że Slade pojawi się na miejscu osobiście. Samą swoją obecnością odciągał uwagę lidera na tyle skutecznie, że Red mógł wyślizgnąć się niezauważony. Niestety, w pościg posłano Raven.

Red X przykucnął za kontenerem na śmieci. Zaklął siarczyście pod nosem. Wyświetlacz na przedramieniu zamigał ostrzegawczo, informując o niskiej zawartości xenotium. Substancji zostało może na dwie teleportacje, nie więcej. Gotka deptała mu po piętach. Musiał bardzo szybko obmyślić jakiś plan.

— Sądziłam, że stać cię na więcej — usłyszał nad sobą. Skoczył w bok. Udało mu się uniknąć przyduszenia przez motocykl w ostatniej sekundzie.

— Mogę powiedzieć to samo — rzucił rozbawiony. Nie mogła zobaczyć uśmieszku pod maską. On za to doskonale widział, jak bardzo działał jej na nerwy.

— Czego szukałeś w laboratorium? — warknęła. Czarna energia skumulowała się przed wyciągniętą dłonią.

W jego stronę wystrzeliły macki. Wykonywał uniki bez większego problemu. Jeśli chciała go powstrzymać, musiała się bardziej postarać.

Za plecami poczuł mur. Chciał już wcisnąć guzik teleportacji, ale w ostatniej chwili zrezygnował. Xenotium było trudne do dostania nawet na czarnym rynku.

— A, no wiesz, naszła mnie ochota na poszerzanie wiedzy. Zwłaszcza tej zakazanej.

Chyba ją zaskoczył tą odpowiedzią. Atak na chwilę ustał.

— Mów, co wiesz — rozkazała. Albo mu się wydawało, albo jej oczy, skryte w cieniu kaptura, zabłysły na czerwono.

Skoczył, kiedy z muru wystrzeliły krucze łapy. Raven była szybsza. Już po chwili zwisał pół metra nad ziemią, związany magicznymi wstęgami. Jej energia była okrutnie nieprzyjemna. W miejscach, w których moc dotykała ciała przez strój, czuł palące mrowienie.

— Ja? Ja nic nie wiem. — Wyszczerzył się. Czasem żałował, że maska zasłaniała całą twarz. Jego uśmiech zawsze działał wszystkim na nerwy. Wyprowadzenie Tytanki z równowagi było jedyną szansą na ucieczkę.

— Mów.

Więzy zacisnęły się na żebrach. Zakaszlał. Lewa ręka zabolała tępo w okolicy ramienia. Po rękawicy spłynęły pierwsze krople krwi.

— Wiesz, znam swoje prawa — zażartował.

Jej zirytowane westchnienie mogłoby przewracać góry. Splotła umięśnione ręce na piersi. Podleciała bliżej. Granatowa peleryna rozwiała się na wietrze.

— Laboratorium, w którym opracowywane są tajne technologie. Ty i Slade obieracie je za cel. Tej samej nocy. — Zacisnęła usta w wąską kreskę. — Pracujecie razem.

To chyba nie było pytanie.

— Wzruszyłbym ramionami, ale nie mogę, sama rozumiesz. — Moc znów go ścisnęła. Zakaszlał. — Słuchaj, nie wiem, czy ktoś ci o tym mówił, ale z martwym przestępcą przesłuchania nie przeprowadzisz.

Poluzowała uścisk czarnych macek. Ale tylko odrobinę.

— No, tak lepiej. W ramach wdzięczności mogę ci coś zdradzić. Nic nie wiem. Miałem zlecenie, wykonałem zlecenie. To, co ukradłem ani to, co się wyrabia w tym laboratorium mnie nie obchodzi. — Udało mu się niepostrzeżenie przesunąć zranioną rękę w stronę pasa. Jedno kliknięcie i tyle go widziała. Musiał tylko dosięgnąć guzika.

— Kłamiesz — warknęła. Nie wydawało mu się, jej oczy rzeczywiście robiły się czerwone. Może denerwowanie jej jednak nie było najlepszym pomysłem.

— Czy te oczy mogą kłamać?

Dobra, trochę się prosił o zmiażdżenie. Przynajmniej umrze w ciekawy sposób.

— Skoro nie chcesz po dobroci… — Podleciała do niego na wyciągnięcie ręki. Uderzył go w nos zapach potu, wosku pszczelego i książek. Nie takiego połączenia się spodziewał. — To przynajmniej dowiemy się, kim jesteś, zanim odstawię cię na komisariat.

Cholera.

Chwyciła palcami krawędź materiałowej maski. Była tak blisko, że poczuł na sobie jej oddech. W końcu mógł też zobaczyć, jak wygląda, nawet pomimo kaptura. Blada cera, krótkie włosy, wąskie usta, ostre rysy twarzy. I te wielkie, fioletowe, tajemnicze oczy.

Spojrzała w białe panele z tytanu hartowanego xenotium. Usta wygięły się nikłym, złośliwym uśmiechu. Nie spieszyła się. Maskę ściągała powoli, jakby napawając się narastającą paniką swojej ofiary.

Musiał bardzo szybko coś wymyślić.

— Hm — mruknęła, kiedy odkryła bliznę biegnącą od podbródka, przez usta i ginącą gdzieś w okolicy lewego płatka ucha. Szrama nie była głęboka, trochę makijażu bez problemu by ją zakryło, ale rzucała się w oczy.

— Niezła czakra — wypalił. Wysunął głowę do przodu, najdalej jak tylko mógł. Ich usta złączyły się w pocałunku.

W tym momencie wydarzyło się kilka rzeczy na raz.

Zaskoczona Raven odskoczyła do tyłu. Zapomniała o zaklęciu. Czarne wstęgi zniknęły.

X wylądował na ziemi i naciągnął maskę z powrotem na twarz.

— Do następnego, piękna. — Wcisnął guzik i rozpłynął się w nicość.

Popełnił kilka błędów podczas tej misji. Mimo to, kiedy zasypiał nad ranem, przed oczami wciąż widział jej zaskoczone spojrzenie.

***

Zaraz po powrocie z misji bez żadnych wyjaśnień wpadła do pokoju lidera. Coś jej mówiło, że Robin nigdy by się tak nie zachował, ale musiała być pewna. Dla własnego zdrowia psychicznego. Kiedyś nie podejrzewali go o to, że złamie prawo, by złapać Slade’a. Może i tym razem wpadł mu do głowy godny pożałowania pomysł z przebierankami za złodziei.

— Raven? Co z Red X’em? — Robin podniósł głowę znad bandażowanej ręki. Czarne włosy, mokre po prysznicu, opadły mu na twarz.

Oparła się rękami o blat stołu.

— Uciekł. Prawdopodobnie pracuje ze Slade’em. Nic konkretnego z niego nie wyciągnęłam. A teraz prosto z mostu. Czy wróciłeś do przebierania się za niego? — Wbiła w mężczyznę wyczekujące spojrzenie. Oby to nie był on. Inaczej będzie musiała go zamordować.

— Nie. Nawet jakbym chciał, strój został skradziony lata temu. — Wstał i obszedł stół. Położył zdrową dłoń na jej ramieniu. Zaniepokojone spojrzenie błękitnych oczu trochę ją uspokoiło. — Co się stało?

Pokręciła głową. Wzięła dwa głębokie wdechy. To przecież oczywiste. Robin prędzej by się przyznał do współpracy z samym Trygonem, niż posunął się do czegoś takiego. No i ta blizna…

To nie był on.

— Nic. Chciałam się tylko upewnić — mruknęła. Przetarła zmęczoną twarz. — Chyba muszę się położyć.

— Jeśli chciałabyś o czymś porozmawiać…

— Tak, wiem, mogę do ciebie przyjść. Dzięki, nie trzeba. — Strąciła dłoń lidera. — Widzimy się jutro. — Po tych słowach otworzyła portal w miejscu drzwi i przeszła od razu do swojego pokoju.

Odwiesiła pelerynę do szafy i opadła na łóżko. Zamknęła oczy. Odetchnęła głęboko. Powietrze było ciężkie od zapachu kadzideł, kurzu i starych ksiąg.

Obiecała sobie, że jak tylko znajdzie tego skurczybyka, to go zabije. A znajdzie go na pewno.


***

— Dobrze, ostatnia sprawa na dzisiaj. — Robin rzucił plik kartek na kanapkę. Splótł ręce na piersi i oparł się o krzesło. — Ręka w górę, kto jest za tym, by Raven zrobiła sobie tydzień wolnego.

Dłonie prawie wszystkich członków drużyny poszybowały w górę. Tylko sama zainteresowana wydawała się zaskoczona propozycją.

— To nie będzie potrzebne — mruknęła. — Dzięki za troskę, dam sobie radę.

— Przyjaciółko Raven — zaczęła miękko Gwiazdka, podlatując do dziewczyny. — Jesteś bardzo zmęczona. Wiemy, że nie sypiasz najlepiej….

Chciała odpowiedzieć, że wysypiałaby się o wiele lepiej, gdyby wciąż nie śnił się jej pewien idiota z szyderczym uśmiechem, ale ugryzła się w język. Spłonęłaby ze wstydu, gdyby którykolwiek z Tytanów dowiedział się, w jaki sposób Red X jej uciekł.

— Pomedytuję. — Wzruszyła ramionami. Co prawda od kilku tygodni nawet i to nie pomagało na ciągłe napięcie, ale zawsze warto próbować. Nie może dać się odsunąć na boczny tor przez jakiegoś skończonego pajaca. Drużyna jej potrzebuje.

— Raven, na ostatniej misji wysadziłaś w powietrze samochód. — Cyborg nawet na chwilę nie oderwał wzroku od ekranu komputera.

— I moje drugie śniadanie — dodał ciszej BB. — I pada do konsoli. I tą biedną roślinkę w korytarzu.

— To już raczej nie jest coś, co może naprawić medytacja. Stanowisz zagrożenie dla drużyny i dla cywili — podsumował Cyb.

— Dobrze, dotarło — ucięła ostro. Westchnęła, widząc zaskoczone spojrzenia pozostałych członków drużyny. — Wezmę urlop, dobrze? Ale tylko tydzień. Ani minuty więcej.

— No, tak ma być. — Robin z uśmiechem sięgnął ponownie po plik papierów i po chwili wręczył zdziwionej dziewczynie wymiętą kartkę. — Każdy z nas wymyślił kilka propozycji na to, jak możesz się zrelaksować.

— Dzięki — mruknęła. Wzięła papier, złożyła go starannie w pół i portalem wysłała do pokoju. Prosto do kosza na śmieci.

— A teraz posłuchaj mnie uważnie — Robin chwycił ją za ramiona i spojrzał prosto w oczy. Automatycznie odsunęła się na tyle, na ile pozwalał jej mocny uścisk. Co w nich wszystkich wstąpiło? — Nie obchodzi mnie, co będziesz musiała zrobić, masz się zrelaksować. Możesz wybrać się na Księżyc, wskrzesić Trygona, nawet złamać prawo, ale na litość boską, wróć wypoczęta, dobra?

Uśmiechnęła się kwaśno.

— Przyjęłam, panie kapitanie.


***

Karaoke odpadło w przedbiegach, nienawidziła śpiewać. Joga i medytacja nie pomogły. Kręgle były nawet całkiem fajne, dopóki nie dostrzegła w tłumie faceta z czerwonym iksem na koszulce. Tyle wystarczyło, by zrujnować wieczór.

Lista tytanowych propozycji kurczyła się w zastraszającym tempie. Z pewnym zaskoczeniem obok takich propozycji, jak tamarańska akupunktura czy malowanie piaskiem zauważyła wpisane lekko krzywym pismem słowo “zioło”, zaraz po słowie “impreza”. To na pewno była propozycja Bestii. Albo chichrającego się Cyborga. Albo obydwu.

Przewróciła oczami nad głupotą chłopaków i ruszyła do następnego punktu na liście. Kiedy jednak wykreślała kolejne i kolejne propozycje, pomysły chłopaków traciły na swojej głupocie. Gdy w końcu na kartce pozostały już tylko dwie pozycje, Raven wzruszyła ramionami. Skoro nic innego nie pomogło, mogła sięgnąć po używki. Najwyżej wysadzi świat w powietrze.

Przelała tyle mocy, ile tylko mogła, do czakry, po czym jednym prostym zaklęciem odczepiła kamień od czoła. Dla pewności zawinęła go w czysty kawałek szmatki namoczonej w świętych wodach azaratckich jezior i schowała pakunek w ukrytej kieszonce ramoneski. Tak na wszelki wypadek.

Skręta wyciągnęła z “tajnej” skrytki Bestii, o której wszyscy wiedzieli. Sam w końcu podsunął jej ten durny pomysł, to mógł się przynajmniej podzielić. Na pewno wolałby, żeby swoje pierwsze doświadczenia z paleniem przeżywała na sprawdzonym i bezpiecznym towarze. Poza tym, sam Robin pozwolił jej złamać prawo. Raczej wybaczą jej taką kradzież. Albo “bezterminową pożyczkę”, jakby to powiedziała Jinx.

Rae teleportowała się przed drzwi pierwszego lepszego klubu znalezionego w Mapach Google. Miał wysokie oceny i podobno serwowali dobre drinki. Nie, żeby zamierzała sięgać po alkohol, ale zawsze dobrze wiedzieć. Ochroniarz tylko kiwnął głową na przywitanie i przepuścił ją poza kolejką. No tak, kiedyś obronili to miejsce przed Modnisiem. Tego faceta to chyba nawet sama osłaniała przed ożywioną armią żołnierzyków z drewna. Miło jest mieć kontakty, o których się nawet nie wie.

Po przekroczeniu progu przeciągnęła palcami po włosach. Te pod wpływem zaklęcia zmieniły kolor na czarny. Za pomocą magii zamaskowała także swój naturalny kolor oczu. Może i było to głupie przebranie, ale nie chciała, by ktoś więcej ją rozpoznał. Tej nocy miała odpoczywać, a nie podpisywać autografy.

Głośna muzyka rezonowała w czaszce. Mocny bit trząsł całym klubem. Duchota wdzierała się do płuc. Ludzie na parkiecie tańczyli do rytmu lub też wesoło obściskiwali się na środku sali. Każda loża była zajęta, więc Raven niechętnie usiadła przy barze. Zamówiła bezalkoholowe mohito i na zdziwioną minę barmana odpowiedziała wilczym spojrzeniem. Spłoszony, wrócił do pracy.

Raven ogarnęła wzrokiem otaczający ją chaos i westchnęła. Dyskoteka zdecydowanie nie była w jej guście, ale… wszyscy chyba dobrze się bawili. A w końcu o to chodziło. Miała odpocząć. Skoro nic innego nie działało, to może ogłuszająca muzyka pomoże jej wymazać z głowy tego cholernika.

Na samo wspomnienie Red X’a sięgnęła nerwowo do kieszeni. Niepewnie włożyła skręta do ust i przeklęła w myślach na widok trzęsących się dłoni, kiedy go odpalała. Zaciągnęła się. Dym był słodki, choć drapał w gardło. Zakaszlała. Może jednak powinna była przeżywać takie pierwsze razy w zaciszu wieży… Z Tytanami za ścianą czułaby się pewniej. W razie, gdyby jej moce zwariowały czy coś. Z drugiej strony pewnie do końca życia musiałaby wysłuchiwać zaczepek Cyborga i fochów Bestii o pożyczonego skręta. To już chyba lepiej cierpieć w głośnym klubie.

Ciekawe, ile będzie musiała wypalić, by imprezowanie zaczęło jej się w końcu podobać.

Na początku nic nie poczuła. Uporczywe drapanie w gardle zalewała hektolitrami bezalkoholowych drinków. Dopiero po dłuższym czasie zauważyła, że muzyka jakby trochę mniej jej przeszkadza. Nawet mogłaby do niej trochę pokiwać głową. Myśli trochę zwolniły. Zaczęły się rozlewać wokół niej, a próba skupienia się kończyła się fiaskiem. Miała wrażenie, że jej wzrok jednocześnie wyostrzył się i rozmył. Mogła policzyć błyszczące blaszki na kuli dyskotekowej, ale za nic nie potrafiła ustalić, ile szklanek po bezalkoholowych drinkach stało przed nią.

— To mój ulubiony kawałek — usłyszała tuż przy swoim uchu. Zaskoczona wbiła wzrok w stojącego obok chłopaka.

W sumie, to powinna chyba powiedzieć młodego mężczyznę. Miał na oko dwadzieścia kilka lat, nie więcej niż dwadzieścia pięć. Czarne, trochę przydługie włosy zaczesał na bok. Na pełnych ustach czaił się cwaniacki uśmieszek. W pierwszej chwili myślała nawet, że stoi przed nią Grayson. Ten facet był jednak trochę wyższy i bardziej umięśniony. I miał ciemniejszą karnację. No i te brązowe oczy, które wpatrywały się w nią z ciekawością.

Kurczę.

— Taak? — odparła mało inteligentnie. Nie mogła oderwać od niego wzroku.

Roześmiał się.

— Widzę, że już się dobrze bawisz. — Usiadł obok i ruchem dłoni zamówił drinka. Jego ruchy były płynne i zdecydowane. Jakby tańczył z powietrzem, a nie zamawiał alkohol. Czy można tańczyć z powietrzem?

Dziewczyna potrząsnęła głową. Jeśli marycha była w czymś dobra, to na pewno w rozpraszaniu myśli.

— To jak ci na imię? — Nieznajomy oparł się plecami o bar. Wciąż mierzył ją tym hipnotyzującym spojrzeniem.

— Rachel — wydusiła i podała mu rękę.

— Tim. — Pocałował wyciągniętą dłoń, po czym wybuchnął śmiechem.

Zawtórowała mu.

— To co tam u ciebie słychać, Tim? — spytała z głupkowatym uśmiechem, popijając drinka.

— A wiesz, niewiele. — Wzruszył ramionami i odebrał swoje zamówienie. — Piątek wieczór, dobra impreza, ciekawe towarzystwo… — Puścił do niej oko.

Prychnęła.

— Szybko oceniasz rozmówców. — Poczuła ochotę, by popuszczać bąbelki w swoim napoju. Jak wymyśliła, tak zrobiła. Skończyło się na tym, że wylała sobie lepkie mohito na twarz i koszulkę.

Tim ze śmiechem podał jej paczkę serwetek zgarniętą z baru. Nawet pomógł doprowadzić się do porządku.

— Ta impreza ssie — poskarżyła się, kiedy już niezgrabnie wytarła resztki napoju z ubrania. Będzie musiała wziąć prysznic, jak tylko wróci do wieży. Będzie się kleiła jak lep na muchy przez resztę wieczoru. Może jakąś złapie. Złapie muchę na mohito i mokry dekolt. I zje. Ble. Po cholerę miałaby jeść muchy? Zjadłaby coś w sumie. Pizza byłaby spoko.

— Może mogę jakoś ją poprawić? — Pytanie rozwiało jej dogłębne rozważania dotyczące łapania owadów.

— W jaki sposób? — Zmarszczyła czoło. Z zaskoczeniem odkryła, że Tim był od niej wyższy o głowę.

W odpowiedzi przystojniak chwycił jej dłoń i pociągnął ją na środek parkietu. I na nic zdały się jęki, że nie potrafi tańczyć.

Sama nie wiedziała, ile piosenek przetańczyli. Po prostu wirowała, a sprawne ręce Tima pilnowały, by przy okazji na nikogo nie wpadła. Kolory i zapachy pływały wokół niej. Cały świat tańczył razem z nią. Czuła ciągłe spojrzenie roześmianych, brązowych oczu. Czuła się wolna.

Nie miała pojęcia, że taniec jest taki fajny.

Piosenka zmieniła się na wolniejszą. Rae wzięła kilka głębszych wdechów i cofnęła się, by zrobić miejsce osobom schodzącym z parkietu. Wpadła na kogoś.

— Ostrożnie. — Tim objął ją w pasie. Docisnęła plecy do jego umięśnionej klatki piersiowej. Tak dla bezpieczeństwa.

— Jestem ostrożna — mruknęła, choć pewnie jej nie dosłyszał. Zauważyła, że wciąż kołysze się w rytm muzyki, kiedy Tim dołączył do tańca. Dotyk na jej talii zaczął parzyć przez ubranie. Poczuła w głębi coś, co do tej pory budziło się w niej w te nieliczne, samotne noce. Zadrżała, kiedy umięśnione dłonie zjechały powoli na biodra.

Odgłosy wokół zaczęły zanikać. Niepewnie odwróciła się w jego stronę. Serce tłukło się w jej piersi. Twarz Tima była dla niej zagadką. Jedynie oczy zdradzały to, co oboje myśleli.

Dotknęła jego klatki piersiowej. Jego serce biło równie szybko.

Powoli uniosła dłoń i wtopiła ją w jego włosy.

— Rachel… — wychrypiał. Uważnie obserwował każdy jej ruch.

Spojrzała mu prosto w oczy.

— Postaraj się, żebym tego nie żałowała — mruknęła i przyciągnęła go do pocałunku.


***

Obudziło ją światło słoneczne, wpadające przez okno. Początkowo mruknęła coś niewyraźnie i przekręciła się na drugi bok. Dopiero po chwili dotarło do niej, że nie jest u siebie. Otworzyła oczy.

Znajdowała się w obcym mieszkaniu, w obcym łóżku. Pościel pachniała potem i płynem do płukania tkanin. Rozespany mózg powoli odtwarzał wydarzenia wczorajszego wieczoru. Przetarła oczy i jęknęła. Jeszcze nigdy nie czuła się tak sobą zażenowana. Będzie musiała zabić Bestię za to, co trzyma w swoich tajnych skrytkach.

Pomimo nocnych przygód była wypoczęta i zrelaksowana. Po raz pierwszy od dawna nie śniła o Red X’ie. Przeciągnęła się. Obróciła się na drugi bok. Chciała się w końcu dowiedzieć, kto był odpowiedzialny za jej dobry humor.

Tim spał z ręką wetkniętą pod głowę. Pochrapywał lekko przez sen. Dopiero wtedy Rae zauważyła, że jego klatka piersiowa była pokryta licznymi bliznami. Niepewnie przesunęła wzrok od jego torsu w górę. Zamarła.

Od podbródka przez usta mężczyzny ciągnęła się lekka szrama.

Drżącą ręką dotknęła twarzy śpiącego. Przesunęła kciukiem wzdłuż lewego policzka. Na jej palcu została odrobina pudru.

Mężczyzna otworzył oczy. Przez chwilę przyglądał się kochance przyćmionym wzrokiem. Dopiero po chwili poderwał się do pozycji siedzącej.

— Błagam, powiedz mi, że ty nie jesteś… — zaczęła cicho, kręcąc głową. To nie mógł być on. To po prostu nie mógł być on. Jakiego pieprzonego pecha musiałaby mieć, by w tak wielkim mieście jak Jump City wpaść na-…

— Raven? — wydukał. Dotknął miejsca, które jeszcze przed chwilę badała. Zaschnięte płatki pudru opadły na poduszkę.

— Red X. Pieprzony Red X.

Wyszczerzył się.

— We własnej osobie.

poniedziałek, 17 stycznia 2022

[Międzyżyciowe szorty] Chrząszcz i mandragora

No witam.


Od roku mnie tu nie było. Na usprawiedliwienie mam tyle, że się od cholery działo (sprzedaż domku nad jeziorem, kupno domu, przeprowadzka, pies, długo by wymieniać). W ramach rekompensaty miałam dla was zaplanowane na dziś dwie niespodzianki, ale niestety wyszło jak wyszło. Międzyżycie cały czas się planuje (myślałby kto, że po roku już fazę planowania będę miała za sobą), dlatego tekstu głównego opowiadania nie mogę wam jeszcze przedstawić. Mam za to przygotowany short z uniwersum Międzyżycia, który nie jest powiązany w żaden sposób z główną fabułą, ale ma za zadanie pogłębić trochę życie i zwyczaje zamieszkujących to uniwersum istot. Miłej lektury, a ja kicam prześwietlać psa :).

PS. Jestem ciekawa, czy jest tu ktoś, kto kojarzy bohaterów dzisiejszego tekstu.





— Od razu ostrzegam, że moi znajomi mogą być trochę... ekscentryczni. Jakby co to potakuj i niczemu się nie dziw. — Matthew odchrząknął i spojrzał gdzieś w bok. Sam nie wiedział, dlaczego tak się stresował. Rea była jego najlepszą kumpelą od dzieciństwa. Wyjście na imprezę nie powinno stanowić żadnego problemu. Mimo to czuł, że pocą mu się dłonie. Ukradkiem wytarł je w spodnie.

— Postaram się nie uciec z krzykiem. — Puściła do niego oko. Wbiła ręce w kieszenie bluzy.

Uśmiechnął się do niej. No tak, to w końcu Rea. Nie miał się zupełnie czego obawiać.

Odgarnął włosy z czoła i wyciągnął dłoń przed siebie. Natychmiast ukazał się przed nimi czarny wir energii. Razem wkroczyli w portal.

Wylądowali niedaleko miejsca imprezy. Pożegnanie lata odbywało się na polanie. Wokół ogniska zdążyła się już zgromadzić spora grupa osób. Dotarły do nich śmiechy i wesołe okrzyki powitalne, gdy wkroczyli w krąg światła rzucany przez wesoło trzaskający ogień.

— Matt! — Natychmiast obok pary pojawiła się niska, piegowata dziewczyna. Chwyciła chłopaka pod ramię i wzbiła się w powietrze, by być na jego wysokości. Za jej plecami trzepotały cienkie niczym u kolibra skrzydła. — Już myśleliśmy, że się zgubiłeś! — Przeniosła spojrzenie czarnych, głębokich oczu na Reę. — A to kto?

— To Rea. — Matt niezgrabnie wskazał na przyjaciółkę, próbując wyplątać się z objęć. — Rea, poznaj Trixie.

— To ta sławna Rea? — Trixie przechyliła głowę i skupiła całą uwagę na nowej koleżance. — Ta sama, o której gęba ci się nigdy nie zamyka?

— Miło poznać. — Rea ze śmiechem wyciągnęła przed siebie rękę. Dziewczyny wymieniły uścisk dłoni.

— Mnie również, jak najbardziej! — Pixie zachichotała. Puściła ramię chłopaka i odleciała w stronę ogniska. — Hej, halo, towarzystwo! Matt przyszedł! I przyprowadził słynną Reę!

Rea rzuciła Mattowi na wpół rozbawione, a na wpół pytające spojrzenie spod grzywki. Blask ogniska rzucał na jej blond włosy pomarańczowe smugi. Wyglądała wręcz nieziemsko.

— Mówiłem, że są ekscentryczni — mruknął chłopak pod nosem, odwracając głowę. Nie chciał, by zauważyła, że się w nią wgapia. Chwycił ją za nadgarstek i pociągnął do reszty towarzystwa.

Kiedy już przedstawił kumpelę dosłownie wszystkim, usiedli na kłodzie niedaleko ogniska. Po drugiej stronie Rei ulokowała się oczywiście Trixie, która nie mogła przestać się w nią wgapiać jak w obrazek.

— To prawda, że jesteś wilkołakiem? — wypaliła w końcu.

W odpowiedzi Rea uniosła prawą dłoń. Paznokcie na kilka sekund zostały zastąpione przez pazury. Tyle jednak wystarczyło, by Trixie wydała z siebie okrzyk zachwytu.

— O rety! Pierwszy raz widzę na oczy prawdziwego wilkołaka! — pisnęła podekscytowana. — Gdzieś ty ją tyle przed nami chował? — zwróciła się z wyrzutem w stronę Matta.

— W lesie. — Wzruszył ramionami z uśmiechem. Co jakiś czas ukradkiem zerkał na Reę. Tak tylko, żeby się upewnić, że wszystko jest ok. W końcu sam ją tam przyprowadził, więc musiał dbać o komfort gościa, prawda?

— Nie jesteś z naszej klasy, nie? — zapytał ktoś inny. Rea pokręciła głową.

— Nie, chodzę do innej szkoły. Ale rocznik ten sam. — Wyglądała na zrelaksowaną.

— To jak poznaliście się z Mattem? — Trixie uwiesiła się na jej ramieniu. Pojęcie przestrzeni osobistej było dla niej obcym konceptem.

— Nasi rodzice znają się od lat. Praktycznie wychowywaliśmy się razem.

Matt odetchnął z ulgą w duchu. Rea nie była najbardziej socjalnym stworzeniem na Ziemi. Trochę się martwił, że taka ilość ciekawskich spojrzeń może ją onieśmielać. Tymczasem dziewczyna sprawiała wrażenie, że dobrze się bawiła.

Kiedy już w końcu każdy wypytał Reę, o co tylko dusza zapragnie, a towarzystwo powoli straciło początkowe zainteresowanie, Pixie wyciągnęła z kieszeni niebieski woreczek. Na jego widok zebrani ponownie się ożywili.

— No, to zaczynajmy tą imprezę! Lato samo się nie powita! — Pixie poderwała się do lotu i zaczęła obdarowywać każdego małą dawką skrzącego, zielonego proszku.

— Co to takiego? — Rea nachyliła się w stronę Matta. Zmarszczyła brwi.

— Specjalna mieszanka wyciągu z chrząszcza burzowego i korzenia mandragory. Pomaga się wyluzować i czasem widzieć aury — wyjaśnił posłusznie. Posłał jej uspokajający uśmiech. — Jak nie chcesz, to nie musisz. Nikt nie będzie cię oceniał.

— Nigdy jeszcze nie próbowałam halucynogenów. — Przekrzywiła głowę. — Ba, nawet trawki jeszcze nie paliłam.

— Zawsze musi być ten pierwszy raz, prawda? — Puścił do niej oko. — Nie martw się. Muszę być trzeźwy przy otwieraniu portali, będę cię pilnował.

— Jesteś pewien? — Mina dziewczyny nie wskazywała na zdecydowanie.

— Jak najbardziej. W końcu po to tu przyszliśmy, prawda? Chciałaś się w końcu wyluzować "tak jak reszta". — Chciał chwycić jej dłoń dla dodania otuchy. W końcu jednak zdecydował się na ramię. — Będę tu cały czas.

Przez chwilę w milczeniu wpatrywała się w niego z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Jej zielone oczy błyszczały w blasku ogniska. W końcu powoli kiwnęła głową.

— Niech będzie.

Na te słowa Matthew wyszczerzył się od ucha do ucha i wyciągnął dłoń przed siebie. Po chwili już podsuwał dziewczynie niewielką kupkę proszku pod nos.

— I co ja mam z tym zrobić? — spytała, uważnie przyglądając się skrzącym drobinkom. Odgarnęła zaplątany kosmyk włosów za ucho.

— To. — Matt dmuchnął jej proszkiem prosto w oczy.

— Ej! — Dziewczyna odchyliła się do tyłu, kaszląc. — Tak bez ostrzeżenia?!

— Jeszcze byś się rozmyśliła. — Wzruszył ramionami z rozbrajającym uśmiechem. — A teraz rozluźnij się i pozwól aurom tańczyć.


***


Kiedy Matt mówił o tańczących autach, zdecydowanie nie żartował. Na działanie proszku nie musiała długo czekać – najpierw poczuła odurzającą woń dymu i sosnowego drewna. Wokół imprezowiczów stopniowo pojawiały się kolorowe pasma energii, które z każdą chwilą wyostrzały się i nabierały wyraźnych kształtów. Aury przybierały przeróżne postacie, od zwierzęcych po abstrakcyjne plamy. Wirowały wśród zebranych, jak gdyby bawiły się w ganianego.

Rea wyciągnęła dłoń przed siebie. Chciała ich wszystkich dotknąć. Chciała tańczyć z nimi. Kolory zawirowały przed jej oczami. Do jej uszu dotarły dźwięki skocznej muzyki. Zastrzygła uszami, próbując zlokalizować źródło dźwięku. Aury zatańczyły wokół niej i oplotły jej porośniętą srebrnym podszerstkiem dłoń. Dziewczyna zachichotała. Zwróciła się w stronę Matta, by pokazać mu te cudowne istoty.

Jej wzrok na zmianę wyostrzał się i rozmywał. Twarz chłopaka, spokojna i zrelaksowana, raz była tylko głębią fioletowych oczu, a raz zadziornym uśmiechem. Rea uśmiechnęła się do przyjaciela.

Ten wyciągnął ku niej dłoń. Przyjęła ją, a aury przeskoczyły na jego rękę.

Coś połaskotało ją po karku. Znów zachichotała. Spojrzała na wirującą nad ogniskiem Trixie. Skrzydła wróżki odbijały blask ogniska niczym kula dyskotekowa. Gumka do włosów pękła, a na plecy dziewczyny posypały się kręcone, wściekle różowe włosy. Wyglądały jak guma balonowa. Rea chętnie pożułaby gumę balonową. Albo popuszczała bańki mydlane.

Oparła się plecami o Matta i przymknęła oczy. Czuła ciepło jego ciała. Pod jej powiekami tańczyły wesołe chochliki.

Ten wieczór mógłby nigdy się nie kończyć.


***


— Ale pamiętaj. Pamiętaj, bo to ważne jest. Nie pomyl czasem Thomasa z jego bratem Theodorem. Uwierz mi, naprawdę, no nie chcesz tego robić. Thomas cudnie się całuje. Theo za to dostał po mamie moce syreny, więc wiesz. No trochę zdarza mu się zalatywać rybą, no nie czarujmy się. — Trixie, uczepiona ramienia Rei, udzielała jej ostatnich wskazówek w świetle dogasającego ogniska. Pozostali imprezowicze udali się już dawno na spoczynek lub wrócili do domów. Dziewczyny żegnały się od pół godziny i wciąż nie mogły się rozstać.

— Będę pamiętać. — Rozchichotana Rea machała ręką przed sobą, jakby chciała odgonić się od muchy.

— Dobra, starczy tego dobrego. Jeszcze zdążycie się w życiu nagadać. — Matt westchnął poirytowany i otworzył portal. Nie znosił odprowadzać imprezowiczów do domu. Na serio, gdyby nie to, że musiał zająć się Reą, już od dawna nie byłby trzeźwy. — Pora do spania.

— A, no i koniecznie, koniecznie do mnie zadzwoń! Dałam Ci swój numer! Dałam, prawda? — Trixie nie przejęła się, kiedy Matt oderwał ją od Rei i wręcz wrzucił wróżkę w wir portalu. Zdążyła tylko pomachać nowej znajomej na do widzenia.

— No, w końcu — mruknął, zamykając przejście. Zwrócił się w stronę Rei i uśmiechnął się. W końcu zostali sami. — Rozumiem, że wieczór zaliczamy do udanych?

— Można tak powiedzieć. — Wilkołaczyca zasłoniła roześmiane usta dłonią. — Ta twoja Trixie to niezłe zioło jest. I gaduła. — Zachichotała. Jej wilcze uszy zdążyły zniknąć pod burzą złotych włosów.

– Czasem się tak uruchamia. — Matt znów uniósł dłoń. — Gotowa na powrót do domu?

— Rodzice raczej nie będą zadowoleni, kiedy zobaczą mnie w takim stanie. — Jej zielone oczy błyszczały wesoło.

— Cóż, nie wiem, czego się spodziewali, pozwalając ci wybrać się gdziekolwiek ze mną. — Puścił do niej oko. — Ale hej, dziś wracasz bez przypalonego futra, nie jest tak źle!

Otworzył portal. Po chwili para stała już na słabo oświetlonej ulicy niedaleko domu Rei. Dziewczyna mieszkała na samym końcu, tak że z ogrodu mogła wyjść prosto do lasu. W końcu wilkołaki i te sprawy.

Matt odetchnął głęboko. Lubił to miasto. Lubił jego zapach i atmosferę. A przede wszystkim związane z nim wspomniane.

— Dzięki za dzisiaj. Było fajnie. — Dziewczyna uśmiechnęła się w przestrzeń.

— Cała przyjemność po mojej stronie. Jakbyś znowu chciała się zjarać, polecam się na przyszłość. — Ujął ją pod ramię, tak dla bezpieczeństwa, i poprowadził w górę ulicy.

— Ale wtedy palisz ze mną. — Znów zachichotała. Kilka blond kosmyków opadło na jej twarz. — Ciekawych masz tych znajomych — dodała.

— Cieszę się, że cię nie przestraszyli. Wiem, że potrafią być trochę zbyt... entuzjastyczni. Zwłaszcza Trixie. — Zerknął na wilkołaczycę. Miał ochotę odgarnąć włosy z jej twarzy, ale w ostatniej chwili się powstrzymał.

— Chyba żartujesz. Trixie jest wspaniała! No i jest chodzącym podręcznikiem podrywu. Znam już cały ranking osób, które dobrze się całują. — Rea zachichotała w rękaw bluzy.

Matthew uśmiechnął się. Dobrze było widzieć Reę w końcu wyluzowaną. Należała jej się chwila odpoczynku po całym roku zbierania dobrych ocen.

— Co dziwne, nie wspomniała nawet słowem o tobie. — Rzuciła mu zaciekawione spojrzenie. Jej źrenice zaczęły już wracać do normalnych rozmiarów.

— Cóż, może to przez to, że nigdy się z nią nie całowałem. – Wzruszył ramionami. Posłał Rei nonszalancki uśmiech. Tak już jakoś przy niej miał, że nie potrafił przestać się szczerzyć.

— A czy kiedykolwiek się całowałeś? — wypaliła. Przez cały czas nie spuszczała z niego wzorku.

— Raz czy dwa się pewnie zdarzyło. — odparł wymijająco i uniósł brew. — Czemu pytasz?

Stanęli przed domem dziewczyny. Padało na nich światło jednej z nielicznych lamp ulicznych. Wokół panowała cisza.

— Nauczyłbyś mnie? — spytała cicho. Spuściła wzrok na swoje zabrudzone błotem trampki.

Matt otworzył i zamknął usta. Chwilę mu zajęło przetrawienie pytania. Czy ona właśnie...?

— Jesteś pewna? — wydusił w końcu. — Znaczy wiesz, ja nie mam nic przeciwko... tylko no, nie wiem, czy ty chcesz i w ogóle... — Zmarszczył brwi. — Nie całowałaś się jeszcze? W sensie, w ogóle?

Pokręciła głową.

— Ale chciałabym spróbować. — Zaczęła wyłamywać sobie palce. Wciąż uparcie wpatrywała się w swoje buty. — I się nauczyć. Wiesz, żeby umieć na przyszłość — dodała szybko.

— I... jesteś pewna, że chcesz, żebym to ja...? — Głos ugrzązł w gardle. Matt odchrząknął. Musiał grać tego wyluzowanego. W końcu Rea prosiła go o nie byle co. Nie mógł dać poznać po sobie, że też się stresuje. Modlił się, by nie zdradziło go drżenie rąk.

— Tak — powiedziała z mocą. Podniosła głowę. Światło lampy tańczyło w jej zielonych tęczówkach. Zarumieniła się. — To znaczy, jeśli nie chcesz, to... — wycofała się szybko.

— Co? Nie! Nie o to chodzi. — Złapał ją za rękę. — Po prostu... zaskoczyłaś mnie.

— Wybacz. Ja... nie mam kogo o to poprosić, i pomyślałam...

— Nie szkodzi.

Niepewnie przysunął się bliżej. Serce zabiło mu mocniej w piersi. Przymknął na chwilę oczy. "Cholera, Matt, ogarnij się." - skarcił się w myślach.

To tylko Rea. Rea-kumpela. To tylko kumpelska przysługa. Tak. Nie ma sobie co więcej dopowiadać. Czysto przyjacielski pocałunek.

Palcem uniósł podbródek dziewczyny.

— Jesteś pewna?

Przez dłuższą chwilę obserwował ją uważnie. Chłonął każdy szczegół jej twarzy. W rześkim nocnym powietrzu, w sztucznym świetle lampy wyglądała wręcz nie jak ona. Albo raczej: nie wyglądała jak kumpela, którą znał od dzieciństwa. Bardziej jak dziewczyna, z którą świetnie spędzał czas. I która zawsze wiedziała, jak wywołać jego uśmiech. I z którą jakoś tak zawsze ciężko było mu się żegnać.

I na spotkanie której za każdym razem nie mógł się doczekać.

Kiwnęła głową.

Nachylił się nad nią. Spojrzał w jej oczy i przepadł na amen.

Serce tłukło się jak oszalałe, kiedy ich wargi się zetknęły. Usta Rei były miękkie i słodkie. Chciał pogłębić pocałunek, ale powstrzymał się. Nie chciał jej przestraszyć. Zamiast tego delikatnie ujął jej twarz. Chyba zapomniał o oddychaniu. Uśmiechnął się lekko, kiedy poczuł jej ręce na swoich dłoniach.

Choć chciał, by ta chwila trwała wiecznie, nie protestował, kiedy dziewczyna się odsunęła. Wziął głęboki oddech i niepewnie pogłaskał zarumieniony policzek dziewczyny. Czuł się tak, jakby przebiegł maraton.

I zdobył pierwsze miejsce.

Przez chwilę przyglądali się sobie uważnie, badając reakcję tego drugiego.

— I jak? — wyszeptał w końcu.

Wciąż nie puściła jego dłoni.

— To... był bardzo dobry pierwszy pocałunek — wydusiła. Uśmiechnęła się niepewnie.

Ciepły oddech owionął jego twarz. Ciężar spadł z ramion chłopaka. Wyszczerzył się od ucha do ucha. Gdyby tylko mógł, poszybowałby aż pod sam księżyc.

— Cóż mogę powiedzieć, trafiłaś na świetnego nauczyciela. 

Nie musiał się chwalić, że to również był jego pierwszy raz.

niedziela, 17 stycznia 2021

[Medusa] Potłuczone posągi

Medusa nasunęła okulary na nos. Otrzepała bluzę z kurzu. Węże zasyczały po raz ostatni i opadły bezwładnie na ramiona, przybierając wygląd dredów. Przygładziła je, zarzuciła kaptur na głowę i zerknęła w stronę kontenera na śmierci.

— Już po wszystkim — mruknęła. — Możesz otworzyć oczy.

Skulona przy śmietniku dziewczyna zadrżała. Niepewnie odsunęła dłonie od twarzy i rozejrzała się. Jej niedoszli oprawcy zniknęli. Zamiast nich po zaułku rozrzucone zostały spore ilości popękanych kamiennych fragmentów, jakby ktoś cisnął o ziemię ogromną marmurową figurą.

— Co… się stało? — wydusiła z trudem. Spoconą dłonią sięgnęła po odłamek leżący u jej stóp. Odwróciła go i zamarła.

Kamień przedstawiał twarz jednego z oprychów. Zostały po nim tylko zastygłe w krzyku usta, kawałek nosa i lewe oko.

— Jak… — wydukała.

— Nie mów nikomu. — Medusa wbiła ręce w kieszenie bluzy, przeklinając w myślach własną głupotę. Nie powinna była się mieszać. Zaraz znowu w Internecie zrobi się szum, tak jak z tym gościem w parku i Banksym. W końcu komuś nadepnie na odcisk takimi wybrykami.

Poczuła zimno, jakby ktoś wbijał w jej plecy tysiące maleńkich, lodowych igieł. Odwróciła się, napinając mięśnie. W najlepszym przypadku będzie mogła zamienić nieproszonego gościa w kamień. W najgorszym znów będzie musiała czekać tysiące lat, aż ktoś ją przywróci do życia.

— Hades — mruknęła. Był jednym z ostatnich, których spodziewałaby się zobaczyć w środku miasta.

— Medusa. — Mężczyzna skinął głową.

Był wyższy, niż go zapamiętała. Kiedy ostatnio się widzieli, przypominał wiekowe, wysuszone drzewo owinięte szlafrokiem. Teraz, choć zmalał, na pewno nabrał ogłady. A przynajmniej nie próbował na dzień dobry wrzucić jej do głębin Tartaru.

Hades odchrząknął i poprawił poły marynarki. Zerknął na walające się po uliczce kawałki kamieni. — Słyszałem o twoich ostatnich… wyczynach, ale nie chciałem im wierzyć.

— Sprawa z parkiem rozeszła się po kościach. Nie ściągam na siebie uwagi — powiedziała szybko. Poczuła, jak od zimna różowieją jej policzki.

— Najpierw księgarnia, teraz to… — Hades pokręcił głową, poprawiając mankiety koszuli. Ściągnął z nosa okulary przeciwsłoneczne i włożył je do kieszeni marynarki. Jego źrenice, tęczówki i same białka oczu były tak czarne, że zlewały się w jedno. — Obiecałem, że nie będę cię powstrzymywał, ale musisz bardziej uważać.

— I po to tu jesteś? Żeby mnie upomnieć? — Węże ukryte pod kapturem poruszyły się niespokojnie.  – Czy może chcesz pożyczyć swoją niewidzialną czapeczkę kolejnemu śmiałkowi, który będzie chciał odciąć mi głowę?

Zimny wiatr przeszył ją na wskroś.

— Moja żona chciałaby się z tobą zobaczyć. — Uśmiechnął się lekko. — Zaprasza cię do Ogrodów Elizyjskich.

— Dlaczego?

— O to będziesz musiała zapytać ją osobiście. — Hades, który do tej pory zasłaniał swoimi barczystymi ramionami pół uliczki, odsunął się i wskazał ręką w stronę wyjścia. — Zanim coś powiesz, pragnę nadmienić, że nie wypada odmawiać komuś, kto cię obudził. Podejrzewam również, że chciałabyś zobaczyć prawnuka.

Medusa zmarszczyła brwi. Co z jej obudzeniem miała wspólnego Persefona?

— Medusa… — Przerażona dziewczyna w końcu odważyła się wstać. W rękach mocno ściskała potrzaskaną twarz mężczyzny, który jeszcze chwilę temu próbował ją zaatakować. — Ja… dziękuję.

— Uważaj na siebie. — Medusa kiwnęła głową. Razem z Hadesem zniknęła za rogiem. Uliczkę spowiła cisza.

Przenikające zimno stopniowo ustąpiło lipcowemu skwarowi. 

***

Dzień dobry, ktoś jeszcze pamięta o tym przerywniku pisarskim? Bo ja na przykład przypomniałam sobie wczoraj, że miałam jakieś resztki tego dzieła zapisane na dysku, to otworzyłam, poprawiłam i wrzucam, bo dlaczego by nie.  Część pierwsza do przeczytania tutaj.

To jak, ktoś ma pomysł, czego Persefona może chcieć od Medusy? Bo ja na przykład nie i szukam inspiracji. Chętnie poczytam wasze przemyślenia :D.

piątek, 22 marca 2019

#NWP 6, a Matylda w końcu myśli

 — No cześć, rybeczki, co tam słychać? — Matylda wparowała do kuchni, jedna ręką ściągając z siebie szal w kratkę, a drugą grzebiąc w torbie w poszukiwaniu telefonu. — Coś strasznie wali na korytarzu, jakby szczur zdechł pod grzejnikiem.
Siedzący przy stole Maciek mruknął coś, co miało być formą przywitania. Nie podniósł wzroku znad czytnika nawet wtedy, gdy ciężka torebka Mati wylądowała przed nim na stole. 
— A gdzie właściwie jest Elka? – Rzuciła płaszcz na wolne krzesło. Machinalnie przesunęła palcem po ekranie telefonu, nie zwracając za bardzo uwagi na to, co ogląda. Wrzuciła telefon z powrotem do torby i sięgnęła do szafki po kubek. 
— Nie wiem. Ona nie miała jechać na tydzień do swoich starych? — Maciek zdjął torbę ze stołu, pociągnął łyk kawy i powrócił do czytania. 
— Boru, ale z ciebie pacan — westchnęła Mati, pstrykając przełącznik czajnika. — To ja byłam u rodziców, Elka przecież mówiła, że w tym tygodniu ma zapierdziel na uniwerku.
— Jakby mnie to co najmniej obchodziło. — Maciek wzruszył ramionami, po czym ziewnął. — Ostatnio, jak ją widziałem, to jakiś typ do niej przyszedł i siedzieli u niej. 
— Masz na myśli Tomka? Całkiem spoko koleś. — Dziewczyna sięgnęła po torbę i zaczęła wyjmować z niej pieczołowicie przygotowane przez ojca słoiki z przeróżnymi marynowanymi potrawami. Słysząc odgłos szkła stukającego o blat Maciek podniósł głowę, zaciekawiony. 
— Nie, jakiś inny. Tomka to już chyba od dwóch tygodni nie widziałem. — Z uwagą obserwował kolejne cuda sztuki kulinarnej, wyciągane z przepastnej torby. Odkąd Mati podzieliła się z nim gołąbkami w sosie pomidorowym, gdy był jeszcze świeżo upieczonym studentem i przymierał głodem pod koniec miesiąca przez swoją rozrzutność, codziennie marzył o ponownym skosztowaniu wspaniałej kuchni ojca Matyldy. — Jakim cudem ty tam to wszystko pomieściłaś? 
— To tylko cztery małe słoiki, więcej mam w walizce. — Posłała mu karcące spojrzenie. — Nawet się tak na nie nie patrz. Specjalnie pytałam przed wyjazdem, czy coś chcesz, to powiedziałeś, że masz to w nosie. 
— Bo myślałem, że na zakupy jedziesz, a nie do starych. — Student wyłączył czytnik, odłożył go na stół, po czym wziął delikatnie w dłonie jeden ze słoików i uważnie go obejrzał z każdej strony. — Czy to jest konfitura z płatków róży? 
— Nie dla psa kiełbasa, odstaw to. Poza tym, kto robi zakupy przez cały tydzień? — Matylda odebrała mu słoik i na wszelki wypadek wszystkie przetwory przeniosła na blat kuchenny, by nie dosięgły ich zachłanne ręce kolegi. Czajnik zabulgotał, zagwizdał i już po chwili dziewczyna zalała wrzątkiem kubek gorącej herbaty. 
— Już ci mówiłem, nie interesuje mnie to, co robisz w wolnym czasie. Elki też od tygodnia nie widziałem, i co? — Wzruszył ramionami, naburmuszony. Matylda na te słowa odstawiła czajnik i przyjrzała mu się badawczo. 
— Ile jej nie widziałeś? 
— Tydzień. — Zdmuchnął kosmyk włosów z czoła i odchylił się do tyłu na krześle. — Myślałem, że gdzieś sobie pojechała. Miałem w sumie wczoraj do niej dzwonić, bo coś w jej pokoju zaczęło strasznie śmierdzieć, ale polazłem z kumplami na miasto oblać zdanego kolosa i mi się zapomniało. 
 — Ty to jesteś jednak ewenement na skalę światową. Laski nie ma tydzień, a ten nawet nie zauważył. — Matylda przetarła oczy i westchnęła. Sięgnęła znów do torebki i wyciągnęła z niej telefon. Wybrała numer współlokatorki. — Poza zasięgiem — mruknęła po chwili i rozłączyła się. 
„To jest w cholerę dziwne.” — przemknęło jej przez głowę. 
— Może wyjechała w Bieszczady? Często marudziła, że kiedyś rzuci wszystko w cholerę — zasugerował Maciek. 
— Jasne, wyobraź sobie Elkę w miejscu bez zasięgu. — Mati w zamyśleniu zaczęła stukać paznokciami o blat stołu. Maciek wzruszył po raz kolejny ramionami i znów sięgnął po czytnik. Dziewczyna machnęła na niego ręką. Jak zwykle był przydatny niczym przeterminowany bon na darmową depilację woskiem. 
„Na pewno nie pozwoliłaby też, by rozładował się jej telefon, już prędzej odcięłaby sobie rękę.” — Matylda zmarszczyła brwi. Może stało się coś złego? 
— Trzeba będzie zajrzeć do jej pokoju — rzuciła nagle. Tak jak się spodziewała, Maciek zareagował na te słowa poirytowanym westchnięciem. 
— Ale ty dupę trujesz, kobieto. Co nas obchodzi, gdzie jest i co robi? 
— No wybacz, że posiadam trochę empatii, mężczyzno — odgryzła się. — Może coś jej się stało? Może zemdlała i leży tam Bóg wie, który dzień, a ty nie raczyłeś się sprawdzić, co z nią? Może ktoś ją porwał? 
— Przesadzasz. Ale jak tak bardzo chcesz, to dobra, chodźmy naruszyć jej prawo do prywatności, może nas potem pozwie. — Chłopak wstał i ruszył w stronę korytarza. Mati podreptała za nim, mamrocząc pod nosem złośliwości w stronę kolegi. 
„Jak można być takim złamasem, żeby przez tyle czasu się nie zainteresować, co się wokół dzieje? No co za człowiek, słów brakuje. Łeb mu już do końca spróchniał od alkoholu. Żadna komórka się nie zachowała. Walizkę muszę zabrać. Ciekawe, co z tą Elką. Gdzie ją wywiało?” — Myśli tłukły jej się po głowie, gdy szła za kolegą. Próbowała zamienić go wzrokiem w kamień, kiedy w końcu stanęli pod drzwiami pokoju Elki. Niestety, plecy Maćka pozostawały nieczułe na złe wibracje wysyłane przez Mati w jego stronę. Chłopak najpierw kulturalnie zapukał. 
— Elka, jesteś? — spytał. — Sorka, że ci tak włazimy z butami i łamiemy prawo, mam nadzieję, że wybaczysz nam Matyldowe napady paranoi, bo to jej pomysł był — rzucił, kiedy nie usłyszał odpowiedzi. Pociągnął za klamkę. 
Nozdrza obojga studentów uderzył smród tak paskudny, że Maciek zgiął się w bok i zwymiotował do stojącego pod ścianą trampka, a Mati z piskiem uciekła do swojego pokoju. 
— Zamknij to! Zamknij, do cholery! — wrzasnęła, zakrywając nos chwyconą w locie koszulką. Chłopak obtarł usta krańcem rękawa i z trudem wyprostował się. 
— O jasna cholera… — wydusił. 
— Co ty tam robisz? Zamykaj to! — Matylda zebrała się w sobie i wyszła z pokoju. Przepchnęła się obok zszokowanego kolegi. To, co zobaczyła, przyprawiło ją o dreszcze. Przez uchylone drzwi widziała jedynie straszny chaos w pokoju znajomej. Wszystkie rzeczy, jakie posiadała Elka, walały się po pokoju w nieładzie, jakby co najmniej przez pomieszczenie przeszło tornado. Wśród całego tego bałaganu leżała dziewczyna. Zwrócona twarzą do ziemi, sztywna, posiniaczona. Jej skóra była blada. Sam zapach nie pozostawiał żadnych złudzeń. 
„Okej. Okej. Powoli i spokojnie.” — powtarzała sobie w głowie Matylda — „No dalej. Przypomnij sobie, czego się uczyłaś. Co się robi jak się znajdzie trupa?” 
Dopiero w tym momencie uświadomiła sobie, że nie ma zielonego pojęcia, co należy zrobić, bo nigdy nie przyjęto jej na kryminalistykę. 
„Trupi jad. Zwłoki wydzielają jad” — przemknęło jej przez głowę. Zamknęła bezwiednie drzwi, podczas gdy zszokowany Maciek wyciągnął z kieszeni telefon i drżącymi rękoma wybrał numer. Dziewczyna powoli osunęła się na kolana, ciężko oddychając. 
— Halo, policja? — doleciało do jej uszu. W końcu jej żołądek nie wytrzymał. But przyjął na siebie kolejną porcję wymiocin.







Dzień doberek! Na zajęcia w tym tygodniu mieliśmy do napisania partię monologową w głowie bohatera. Tak sie jakoś rozpędziłam, że w sumie więcej wyszło mi akcji, niż monologu w myślach, ale co poradzę, że przyszedł mi do głowy taki, a nie inny zamysł. Dajcie znać, co myślicie, a ja wracam do pisania opowiadania na konkurs. Albo do robienia notatek na zajęcia. 
Trzymajcie się ciepło!

sobota, 29 września 2018

2. Skrzywienie na punkcie włosów

Szkolna stołówka była jak zwykle zatłoczona. Wesołe śmiechy i gwar rozmów zdecydowanie nie pomagał na walkę z rozsadzającym czaszkę bólem. Van westchnęła, po czym smętnie powlokła się do najbardziej oddalonego od wszystkich stolika. Zajęła miejsce, oparła głowę na dłoni i wbiła nieprzytomne spojrzenie w kupkę gotowanego groszku z dodatkiem ryżu i marchewki. Oddałaby wszystkie warzywa świata, byleby tylko móc wrócić do ciepłego łóżka i poleżeć sobie w ciszy.
Prychnęła cicho. Cisza, jasne. Głosy na pewno nie pozwoliłyby jej odpocząć.

— Dobra, jedno muszę ci przyznać, wyglądasz świetnie. Musisz mi dać namiary na swojego fryzjera. — Alex rzucił tacę z jedzeniem na blat, nie przejmując się bałaganem, który w ten sposób narobił. Van na dźwięk metalu uderzającego o stół syknęła. Posłała koledze mordercze spojrzenie, rozmasowując skronie.
— Jeszcze raz tak zrobisz, a cię zatłukę — ostrzegła. Chłopak nachylił się, by móc uważnie przyjrzeć się przyjaciółce.
— Co, znowu? — Chwycił sztućce i zaczął rozgrzebywać puree ziemniaczane, jakby co najmniej spodziewał się znalezienia w nim bomby.
— Ano. Już mnie szlag trafia. — Ziewnęła. — Całą noc nie spałam. Z każdym dniem jest coraz gorzej.
— Przerąbane masz. Byłaś u lekarza?
— Już ci mówiłam, ten konował stwierdził, że wszystkie moje problemy może rozwiązać odstawienie leków i joga. — Wywróciła oczami. Obiad Alexa najwyraźniej tym razem nie próbował go zabić, bo chłopak z markotną miną zabrał się jedzenie.
— Swoją drogą, nikt się nie rzucał o twoją fryzurę?

Dziewczyna przetarła zmęczone oczy, kręcąc głową.
— Matka tylko miała pretensje, ale to akurat nic dziwnego. Nauczyciele raczej mają to w nosie, jak każdy normalny człowiek.
Alex uśmiechnął się, wpychając do ust kolejny kawałek mięsa o niewiadomym składzie. Ten człowiek zdecydowanie uwielbiał igrać ze śmiercią.
— Ej, a tak w ogóle, to sobie o czymś przypomniałem — zaczął, kiedy skończył jeść. Van uniosła brwi, dziobiąc nietknięty posiłek widelcem. — Chyba znam kogoś, kto mógłby ci pomóc na te twoje bóle.
— Ta? Kogo? — Wyprostowała się, przerywając oddzielanie kawałków marchewki od ziarenek ryżu.
— Znaczy no, Alice zna. Kojarzysz ją?
— To jest ta twoja... kuzynka z jakiejś tam dalekiej rodziny czy coś takiego, nie? — Dziewczyna zmarszczyła brwi, próbując przypomnieć sobie, kim jest obiekt ich rozmowy.
— Tak. Powinnaś ją kojarzyć z wesela mojego brata. Purpurowa sukienka. — Alex uśmiechnął się pod nosem, widząc, jak wyraz twarzy Van ze zirytowanego zamienia się w rozmarzony.
— No, pamiętam. I co z nią?
— Mówiła, że zna taką zielarkę, znachorkę czy cholera wie co, która potrafi wytrzasnąć lekarstwo na wszystko. Podobno korzysta tylko z naturalnych metod, ale Al kazała uprzedzić, że interes z nią może być drogi w zależności od choroby. No, i nie zawsze legalny. — Chłopak wyszczerzył się od ucha do ucha. — A poza tym to cię pozdrawia. Mówiła, że nie może się doczekać, aż się znowu zobaczycie. Podobno ma ci coś do oddania?
— A, czyli to ona je zabrała. — mruknęła pod nosem Van. Przygryzła lekko wargę, wbijając wzrok w talerz. Alex roześmiał się, obserwując zmieszanie na twarzy przyjaciółki.
— Jak chcesz, to możemy się tam dzisiaj wybrać, to kwadrans jazdy autobusem z centrum. — Chwycił tacę i wstał. — Koło piątej ci pasuje?
— Pasuje, ale dopiero jutro. Dzisiaj muszę być w domu, mamusia kończy wcześniej i tym razem poświęci chwilę swojego cennego czasu mi, a nie temu fagasowi.. — Van uśmiechnęła się słodko, mrugając z częstotliwością karabinu maszynowego.
— Spoko, rozumiem. Serio, przestań tak robić, wyglądasz jakbyś była zdrowo rąbnięta.
Van roześmiała się tak donośnie, że kilka osób z sąsiadujących stolików zerknęło na nią podejrzliwie.
— Mój drogi Watsonie, przecież słyszę głosy w głowie. Czy to czasem już nie jest objaw porąbania?

***


Van połknęła po kryjomu kolejne kilka tabletek, kątem oka obserwując czerwoną ze złości matkę. Kobieta wymachiwała iście nieelegancko rękoma, próbując przymusić stojąca przed nią fryzjerkę do zmiany zdania. Sytuacja rozwijała w nadzwyczaj komiczny sposób.
— Pani chyba nie rozumie. Przecież nie może się tak pokazywać w szkole — cedziła przez zęby matka dziewczyny, wymachując rękami. Rose wykazywała się niezwykłą cierpliwością, próbując wytłumaczyć sytuację wściekłej kobiecie. Równie dobrze mogłaby w nią rzucić nożyczkami, byłoby weselej.
— Przykro mi, ale pani córka ma tyle lat, że może decydować za siebie i bez jej zgody nie mogę przefarbować jej włosów — powtórzyła po raz dwudziesty. Ciekawe, kiedy straci cierpliwość i wywali Szanowaną Panią Businesswoman na zbity pysk. — Przepraszam, ale klienci na mnie czekają…
— Czy pani wie, kim ja jestem?! — Van o mało nie parsknęła śmiechem, słysząc te słowa. Matka najwyraźniej musiała być już na skraju wytrzymałości, skoro sięgnęła po ten argument. No tak, bo przecież każdy drży ze strachu przed księgową pracującą w wielkim korpo. Drżyjcie, narody, bo inaczej zniszczę wasze faktury!
— Nie, co nie zmienia faktu, że nie mogę pani pomóc. — Rose westchnęła. To nie był dobry znak. — Proszę wyjść z mojego salonu, straszy mi pani klientów.
Matka nadęła się z oburzenia, ale zamiast rzucić we fryzjerkę obcasem, odwróciła się na pięcie i wyszła, ciągnąc za sobą Vannie. Dziewczyna zdążyła tylko na migi dać znać fryzjerce, że jej dziękuje, nim drzwi salonu zatrzasnęły się przed nią.
— Co za tupet! — warknęła kobieta, grzebiąc w torebce w poszukiwaniu kluczy. — Jak można tak traktować klienta?!
— Wow, nie złamała prawa pozwalając ci na co tylko masz ochotę, no naprawdę, tragedia roku. — Van ziewnęła. Oparła się o zimną ścianę, przyglądając się swojej rodzicielce. — Napisz o tym do prezydenta, niech się lepiej tym zajmie! To przecież pogwałcenie twoich praw jako konsumenta i człowieka.
Matka posłała jej chłodne spojrzenie.
— Wiesz co, lepiej się przymknij i wsiadaj do samochodu. Znajdziemy kogoś innego.
— Jak tam chcesz. — Dziewczyna posłusznie wsiadła do pojazdu. Złośliwy uśmiech wpełzł na jej bladą twarz.
***

Dzień dobry państwu, witam w sobotę! Dawno nie było Van, no to łapcie i cieszcie się razem ze mną, że coś napisałam. Jeszcze większą radośc powinno sprawić nam wszystkim to, że Astral Nights jest już dostępne do pobrania! Mamy duchy, mamy rytuału, mamy liceum, mamy Lucasa (ale nie tego od Felixa) i mamy Reę (z którą, podejrzewam, Van mogłaby się zaprzyjaźnić). Grę możecie pobrać tutaj lub w zakładce "gry" na górze bloga. Nic, tylko brać i grać :D!
Trzymajcie się ciepło i do następnego!

niedziela, 16 września 2018

[One shot] Znajdźka, czyli nikt się nie spodziewał Hiszpańskiej Inkwizycji

Łóżko było proste, funkcjonalne, a jednocześnie zaskakująco wygodne, jak wszystko w pomieszczeniu. Dziewczyna zsunęła pluszowe kapcie i podciągnęła kolana pod podbródek. Wpatrywała się tępo w okno. Nie zwracała uwagi ani na krzak hortensji, który zaczął wypuszczać pierwsze pąki, ani na pusty o tej porze plac porośnięty soczyście zieloną trawą. Nie zauważyła nawet, kiedy mżawka ustąpiła, a zza chmur wyłoniło się słońce. Pogrążona w zadumie, nieświadomie przygryzła paznokieć kciuka.

Wzdrygnęła się, kiedy coś stuknęło w szybę. Podniosła się i podeszła do okna. Dostrzegła za nim Martina, który do niej machał. Uśmiechnęła się i odwzajemniła gest. Rozradowany dziesięciolatek roześmiał się, po czym pobiegł bawić się ze wołającą go opiekunką.

Skrzypnęły drzwi. Do pomieszczenia weszła niska, zgarbiona kobieta. Przez chwilę wpatrywała się w dziewczynę bez słowa. Kiedy w końcu się odezwała, jej głos brzmiał miękko i łagodnie.

— Doktor Maarsh na ciebie czeka.

Na te słowa dziewczyna odwróciła się, kiwnęła nerwowo głową i pospiesznie wcisnęła stopy w pantofle. Chwyciła leżący na wezgłowiu łóżka biały sweterek, otuliła nim szczupłe ramiona i opuściła pokój. Co chwilę nerwowo zerkała za siebie, jak gdyby sprawdzając, czy nikt jej nie śledzi.
Sięgnęła ręką do kieszeni. Odetchnęła z ulgą, kiedy wymacała w niej niewielki wisiorek w kształcie litery T. Była to jedyna rzecz, którą ukryła przed wszystkimi. Uważała to za głupie - nie miała nawet pojęcia, czy ta litera to inicjał jej własnego imienia, nawiązanie do jakiejś bliskiej osoby, czy może po prostu głupia ozdóbka bez znaczenia. Czuła, że ten niepozorny bibelot jest ważny i tyle jej na razie wystarczało.

Doktor Maarsh wielokrotnie prosił, by cały czas próbowała sobie przypomnieć cokolwiek. Pomimo usilnych starań wspomnienia nie chciały do niej powrócić. Każda kolejna wizyta w gabinecie wyglądała tak samo: doktor witał się z nią, pytał o samopoczucie, a później prosił, by opisała mu po raz kolejny, co pamięta sprzed dnia, w którym ją znaleziono.

A co pamiętała? Uczucie palącego gorąca. Wstrząsy i huk. Ból mięśni. Gardło zdarte od krzyku. Ból głowy i piekące oczy. Wiedziała, że komuś zagrażało niebezpieczeństwo, ale nie pamiętała, co by to konkretnie miało być ani kogo trzeba było ratować. A potem zrobiło się ciemno na długi, długi czas. Było cicho i spokojnie. Dopiero później coś się zatrzęsło, rozległy się niewyraźne głosy, ktoś ją podniósł i wyniósł na światło dzienne, a ktoś inny krzyczał, by się pospieszyć.

Trochę mało jak na jedyne wspomnienia o swojej przeszłości.

Z tego, co powiedział doktor Maarsh gdy się obudziła, została znaleziona przez przypadek przez grupę ludzi, amatorsko zajmujących się wspinaczką górską. Jeden z uczestników oddalił się, by porobić zdjęcia reszcie znajomych, kiedy ziemia pod nim zawaliła się. Chłopak wpadł do jaskini, w której odnalazł Znajdźkę, jak później nazwał ją roboczo personel.

Była odwodniona, wygłodzona i ledwo żywa. Nikt nie wiedział, jakim cudem znalazła się w środku. Natychmiast o całym zdarzeniu poinformowano odpowiednich ludzi, którzy przetransportowali ją do szpitala, a gdy lepiej się poczuła, do ośrodka, by mogła w pełni wyzdrowieć pod czujnym okiem specjalistów.

Nie miała pojęcia, ile czasu tkwiła w tym miejscu. Pacjenci nie mieli dostępu do kalendarza, zegara czy jakiegokolwiek innego przyrządu mierzącego upływ czasu. Na pewno musiało już minąć kilka miesięcy - pamiętała końcówkę jesieni i zimę, a ze słów Martina wynikało, że znaleziono ją, kiedy było jeszcze ciepło.

Posłusznie zapukała do drzwi z tabliczką “Doktor E. Maarsh”. Gdy usłyszała donośne “Proszę!”, weszła do środka i zajęła wyznaczone miejsce na obitej białą skórą kozetce.

Doktor poprawił zsuwające się z nosa okulary i zgarnął na bok walające się po biurku papiery. Uśmiechnął się na widok pacjentki. Wstał i podszedł do niej, wyciągając przed siebie dłoń. Dziewczyna niepewnie ją uścisnęła.

— Cześć, Znajdźko — rzucił wesoło. — Jak się dzisiaj czujesz?


***

Hiszpańska Inkwizycja to w tym przypadku coś nowego, co nie jest pierdzieleniem o Szopenie, a nowym kawałkiem kolejnej historii. Nie spodziewaliście się wy, nie spodziewał się Internet, nawet ja się nie spodziewałam. Po prostu przyszło i mnie napadło. Wychodzi na to, że przez pracę nad grą zrobiłam się naprawdę produktywna.
Naszą kochaną koleżankę znacie. Może nie pojawiała się u mnie zbyt często (szczerze? Chyba tylko raz o niej u mnie czytaliście, a i tak nie jestem pewna. Na pewno miałam coś o niej wcześniej pisać), ale na pewno ją znacie. Może etykiety wam coś podpowiedzą. Chętnie poczytam wasze podejrzenia :D.
Nie wiem, czy będzie z tego coś więcej. Ba, cała ta notka to jest jedno wielkie "Na miękkim fotelu usiadłam i pisałam". Nie mam pojęcia, kim jest Martin, pan doktorek, ani czym oprócz leczenia mógłby zajmować się personel miejsca, w którym znajduje się nasza bohaterka. Może coś kiedyś do tego wymyślę, może nie.
Nie wiem, co z Vanity. Na razie jestem zawalona pracą przy grze, więc ciężko mi trochę skupiać się na Vannie lub na czymkolwiek innym. To tutaj pojawiło się spontanicznie. No i chciałam, żebyście w końcu mieli coś do poczytania, a nie tylko moje wyliczanki, ile słów już udało mi się napisać (ponad 7 tysięcy, jeszcze tylko 2,5 i mam godzinną grę <3).
Bawcie się dobrze, miłego weekendu, a ja idę dalej napierdzielać w TITANimals (mam 8 miejsce w rankingu, lalalala), klepać kod i obchodzić trzecią rocznicę związku. Miłego dnia! :D

środa, 18 lipca 2018

1. Lekomania? To tylko głosy w głowie!

Obudziła się jeszcze bardziej zmęczona niż zwykle. Nie dość, że zasnęła dopiero gdzieś po trzeciej nad ranem, to dodatkowo głosy urządziły sobie takie wycie, jakiego jeszcze nie słyszała. Przez pierwsze pięć minut leżała jak kłoda z twarzą wbitą w poduszkę, zastanawiając się, czy coś się stanie, jeśli wyrzuci budzik przez okno i wróci do spania. Dopiero rumor za ścianą przypomniał jej, że matka wychodziła dzisiaj później do pracy. Fantazje o wagarach mogła wyrzucić do śmieci.
Z trudem zwlokła się z łóżka, waląc po omacku w drący się niemiłosiernie budzik. Przetarła opuchnięte oczy wierzchem dłoni i podeszła do okna, potykając się przy okazji o pozostawioną na środku pokoju torbę. Odsunęła ciężkie zasłony, przeklinając w duchu świecące jej prosto w oczy słońce. Przez chwilę przyglądała się sąsiedniemu blokowi, mamrocząc pod nosem niewybredne słowa pod adresem świata i jego mieszkańców. W końcu podeszła do lustra zawieszonego na ścianie obok i uśmiechnęła się makabrycznie do własnego odbicia. Worki pod oczami, potargane fioletowe włosy sterczące na wszystkie strony, blada i zmęczona skóra. Panie i panowie, oto Van, chodzący żywy trup.
Wróciła się do łóżka, by spod szafki nocnej wyciągnąć nowe opakowanie leków przeciwbólowych. Mruknęła z niezadowoleniem na widok pustej szklanki. A no tak, przed snem brała przecież tabletki. Z ciężkim westchnieniem wbiła stopy w kapcie z doszytymi króliczymi uszami i opuściła swoją świątynię spokoju, by stoczyć kolejny krwawy bój z krzątającym się po kuchni potworem.
Matka najwyraźniej miała odpowiedni humor na zgrywanie perfekcyjnej pani domu. Nucąc pod nosem skoczną melodię, jedną ręką szykowała kawę, a drugą pakowała kolejne kromki chleba do tostera. Idealnie uczesana, z perfekcyjnym makijażem i przyklejonym do twarzy uśmiechem wyglądała bardziej na wytwór chorego umysłu niż osiągającą sukcesy bizneswoman. Chociaż kto wie, może według ludzi tak właśnie wygląda człowiek sukcesu.
W odpowiedzi na radosne powitanie dziewczyna mruknęła coś pod nosem. Chwyciła pierwszy lepszy wolny kubek i napełniła go wodą, starając się ignorować świergot matki. Z ulgą opadła na krzesło przy stole kuchennym, po czym z prędkością światła rozpoczęła połykanie kolejnych tabletek.
— Nie wiem, czy to mądre, żebyś… — zaczęła matka, ale ucichła pod wpływem spojrzenia córki.
— Już próbowałaś, odpuść sobie. — Połknęła ostatnią tabletkę i uśmiechnęła się ponuro. — Jestem pewna, że gdyby tego znachora od siedmiu boleści też tak bolało, kupowałby już sobie trumnę, a nie doszukiwał się lekomanii.
— Przesadzasz. — Potwór prychnął, wrzucając na talerz świeżo przypieczone tosty. — Takim marudzeniem psujesz sobie humor i sobie, i mi.
Van wzruszyła ramionami. Ona ma humor popsuty już od rana, niech reszta świata cierpi razem z nią. Wgryzła się w podane jej śniadanie, zastanawiając się, dlaczego jej tosty smakują niczym troty.
— O, jak późno! — Matka dopiła szybko resztę kawy i chwyciła torebkę. — Zjedz coś na mieście, bo lodówka pusta, czasu na zakupy nie było, a dzisiaj to w ogóle mam ważne spotkanie. Bądź w domu o czwartej, to jak tylko wrócę pójdziemy do fryzjera, może uda mu się coś zrobić z tą twoją abominacją, żeby się patrzeć na ciebie dało. — Pokręciła głową i cmoknęła z niezadowoleniem, patrząc na włosy córki. Ta tylko prychnęła pod nosem. — No, to do później!
— Adios. — Van machnęła ręką na pożegnanie, nie patrząc nawet na matkę. Ta natomiast pobiegła do przedpokoju. Po chwili dało słyszeć się stukot szpilek i trzask zamykanych drzwi. Dziewczyna odetchnęła z ulgą.
Zgarnęła ze stołu talerz z niedokończonym śniadaniem i ruszyła w stronę pokoju. Trzeba się w końcu przygotować na cały dzień huku i upierdliwych dzieciaków.

***

Takie króciutkie coś o Van zanim jeszcze została Vanity. Ktoś byłby zainteresowany czytaniem opowiadania o niej? Bo jeśli nie, to mam jeszcze ewentualnie pomysł na fabułę z Shadow i Vanity. W każdej wersji szanse na pojawienie się Tytanów są dość małe (zmęczenie materiału, potrzebuję napisać w końcu coś nowego). Tak w sumie sobie pomyślałam, że o ile Vanity pojawia się w praktycznie każdym opowiadaniu, czegokolwiek by ono nie dotyczyło, tak nie dostała jeszcze swojego origin story (no dobra, było jedno, nieopublikowane opowiadanie, w którym była niepełnoletnią seksoholiczką i umawiała się z Duncanem, ale to było dawno i nieprawda i poza tym zgubiłam plik z tym wiekopomnym dziełem). 
Jeśli ktoś jest ciekawy, jak idzie gra (pewnie nikt nie jest, ale co tam, mój blog, to mogę się pochwalić), to mogę powiedzieć, że jeśli chodzi o fabułę mamy już tak z 50% dzieła skończone (tzn. że 50% historii jest już grywalne i czeka tylko na podmianę grafik i muzykę). Kiedy premiera? Tego nie wie nikt, zobaczymy :D.
Pozdrawiam wszystkie rybki i wracam do haftowania, albo do udawania, że coś robię ze swoim życiem pożytecznego. Miłego dnia!

UPDATE: MAMY W KOŃCU TRAILER TITANS, o mój boru <3 jaram się jak włosy Star. Możecie go obejrzeć tutaj: klik!

środa, 20 czerwca 2018

#1 Drama-lama (dodatek do Thunderbird)

— Kay, ty… — Zacisnął pięści, przerywając w połowie. Spojrzał na nią błagalnie.
— Budzę się. Wiem — westchnęła, spuszczając wzrok. Głos roznoszący się po komnacie powoli zaczynał się wyostrzać tak, że można było rozróżnić już pojedyncze słowa. Moc Dona ześwirowała, strącając losowe książki z półek. — Prędzej czy później to musiało nastąpić.
Z gardła króla Nod wydobył się dziwny dźwięk, który przypominał trochę ryk zranionego zwierzęcia. Sam król odwrócił się, nie mogąc już dłużej spokojnie patrzeć na dziewczynę.
Oto Kayla Grayson - ta Kayla, która nie wiadomo jakim cudem znalazła się w jego odciętym od innych wymiarów świecie, która przewróciła jego życie do góry nogami, która wykryła ruch oporu w królestwie i udaremniła zamach na jego życie - oto teraz miała się obudzić w swoim świecie.
A to również oznaczało, że już nigdy więcej mogą się nie zobaczyć.
Znów warknął, sfrustrowany, próbując wymyślić coś, co mogłoby zatrzymać ją chociaż na chwilę. Książki w tym czasie zaczęły się otwierać, wzniecając coraz większe tumany kurzu. Kayla kichnęła, kryjąc twarz w dłoniach.
— Don...
“Nie, nie ma tak dobrze. Nie możesz tak po prostu stąd odejść.”
— Don, proszę. Pożegnaj się chociaż ze mną.
Podczas gdy głos z Tamtego Świata przybierał na sile, jej zaczął słabnąć. Ona sama poczuła, że zaczyna kręcić się jej w głowie. Pojawiły się również dźwięki respiratora.
— Dobra, chyba nie mam zbyt wielkiego wyboru. — Król wyciągnął z kieszeni jeansów kostkę do gry, którą zawsze przy sobie nosił. Podniósł ją do ust i dmuchnął na nią, po czym szybko się zamachnął, a kostka tradycyjnie zamieniła się w miecz, którym kiedyś Fiona pokonała Sadako. Ciął nim powietrze, otwierając portal.
— Don, co robisz? — W poszukiwaniu oparcia dziewczyna oparła się o regał. Zawroty głowy przybierały na sile. Zdawało jej się nawet, że przez chwilę słyszy swojego ojca… i kogoś jeszcze. Kogoś, z kim od bardzo dawna nie miała żadnego kontaktu.
Drzwi biblioteki zamknęły się z hukiem.
— Łamię wszystkie możliwe prawa, jakie sam kiedyś stworzyłem. — Król sięgnął dłonią w głąb portalu. Wyciągnął stamtąd niewielki medalion, po czym nie zawracając sobie głowy zamykaniem przejścia podszedł do Kayli i założył go jej na szyję. — Stworzyłem go, kiedy Fiona szukała sposobu, by móc wrócić do swojego świata. Kiedy wraz z Lią udało im się spotkać, obiecałem sobie, że już nigdy go nie użyję… aż do teraz. — Podniósł jej opadającą głowę i poklepał ją lekko po policzku. — Kay, skup się jeszcze przez chwilę. Ten medalion pozwoli ci otworzyć portal do Nod bez względu na okoliczności. Pewnie będzie potrzebował trochę czasu, by znów zacząć poprawnie działać, więc nie zdziw się, jeśli przez jakiś czas nie będzie reagował.
— Jak go użyć? — Ujęła jego dłoń, która cały czas spoczywała na rzemyku podtrzymującym błyskotkę.
— Tak samo, jak mój miecz. Już raczej wiesz, jak go używać. — Chwycił ją szybko w pasie, gdy dziewczyna zachwiała się na nogach, i przycisnął ją mocno do swojej piersi. — Idź, nie walcz już. Jestem pewien, że twój ojciec stęsknił się za tobą — mruknął, choć jego mocny uścisk świadczył o tym, jak bardzo nie chciał, by się obudziła.
— Tata… — westchnęła, zaciskając palce na jego kraciastej, tęczowej koszuli. Udało jej się z trudem podnieść głowę, by spojrzeć mu w oczy.
Przez chwilę wpatrywali się tak wzajemnie w siebie, nic nie mówiąc. Oboje szukali odpowiednich słów. Głos, który bezustannie im towarzyszył, stał się wyraźny — był to głos lekarki, która prowadziła leczenie Kayli. Przeplatał się on dodatkowo z głosem Richarda oraz kimś, kto mętnie plątał się gdzieś Kay po głowie, próbując jej przypomnieć o swojej obecności.
Kartki papieru zaczęły fruwać po pomieszczeniu wraz z kurzem — moc Dona szalała coraz bardziej z każdą minutą.
— Kay… — wydusił głosem ściśniętym od nadmiaru emocji. Podniósł ją trochę, gdy zaczęła mu się wręcz wyślizgiwać z rąk. Z każdą chwilą coraz bardziej opuszczała Nod. Król czule odgarnął za ucho pasmo włosów, które opadło na jej twarz.
— Nie rozklejaj s...ię — wydusiła z siebie, przymykając oczy. Ostatkiem sił dotknęła dłonią jego twarzy i przyciągnęła go do siebie, składając na jego ustach delikatny pocałunek. Don natychmiast go pogłębił, przytulając ją z całą mocą do siebie. Po jego policzkach spłynęły łzy. Żarówki w królewskich żyrandolach zaczęły pękać. Kawałki papieru i księgi wirowały wokół nich z zawrotną prędkością wraz z kurzem.
Don w końcu przerwał pocałunek, kiedy poczuł, że dziewczynie zaczyna opadać głowa. Cały zapłakany docisnął jeszcze wargi do jej czoła.
— Śpij — wyszeptał jeszcze, zaciskając dłonie w pięści na jej liliowej sukience. Kay zaczęła znikać w jego ramionach. Po raz ostatni wtulił nos w jej obojczyk, by móc zaciągnąć się jej zapachem. Jego ramiona zaciskały się na jej drobnym ciele coraz bardziej, podczas gdy dziewczyna coraz bardziej rozpływała się w powietrzu. Wraz z nią głosy, które słyszeli, zaczęły milknąć. W końcu zniknęły, zabierając ją ze sobą. Don został sam.
Upadł na kolana. Wraz z nim na podłogę opadły księgi, zwoje papieru i kurz, który natychmiast osiadł na jego mokrych od łez policzkach. Otarł je, pociągając nosem tylko po to, by po chwili wybuchnąć jeszcze bardziej spazmatycznym płaczem.
Drzwi biblioteki zostały wyważone, a do pomieszczenia wpadł jak burza elitarny oddział wojska, który zajmował się ochroną koronowanej głowy. Dowódca błyskawicznie kazał rozejrzeć się ludziom po bibliotece, a sam podbiegł do króla.
— Panie! Co się stało? Nic ci nie jest? — Z największą ostrożnością pomógł wstać swojemu władcy. Zaniemówił, gdy zobaczył króla, zanoszącego się płaczem
— Ona nie wróci — wymamrotał Don, załamując ręce. — Przejścia są zamknięte. Nie wiem, jak to zrobiła ostatnim razem… nie wróci.
— Najjaśniejszy panie, co się stało? — Dowódca niepewnie poklepał swojego króla po ramieniu. Nikt go nigdy nie uczył, jak uspokajać napady paniki głowy królestwa bez naruszania etykiety i prawa.
— Kayla. Obudziła się.


***


Teraz jak na to patrzę, to się bardzo cieszę, że jednak nie kontynuowałam tej dramy. Ogółem przepraszam, że wyciągnięte z czeluści dysku, niepoprawione i takie słodkopierdzące, ale po takim czasie chciałam wam dać coś do poczytania, a nie miałam siły i czasu napisać coś nowego/lepszego/przerobić tego starocia. Poza tym grzebanie w plikach może być fajne. Znalazłam właśnie fragment, jak dwaj naczelni geje (wbrew pozorom nie Lucek i Felix) napierdzielają się na cegłówki. Quality content.
O, jest nawet Zosia i Morze Snów! Zapomniałam o tym kompletnie. Nie ma to jak pisać opowiadanie na podstawie teorii spiskowych dotyczących Krainy Grzybów i Blue Whale Challenge.
Nie przedłużając, pora na ogłoszenia parafialne:
1) Zaliczam się do grona szczęśliwców, którzy przetrwali pierwszy rok :D (a to spory wyczyn jeśli spojrzeć na to, że z 28 osób zostało nas 14? 12?). Jutro jadę oddać indeks i można oficjalnie nazwać mnie wolnym człowiekiem. Żadnych więcej prac naukowych przez następne trzy miesiące, o nic więcej nie mogłabym prosić.
2) Haft krzyżykowy liczony rządzi i nikt nie wmówi mi, że jest inaczej.
3) Gra: fabuła jest już napisana, a część z Shadow opiera się na Geologach. Nie będzie to jednak kropka w kropkę przeniesienie z bloga, a coś całkiem nowego (głównie dlatego, że Shad już nie jest motylkiem, a przez Geologów poznaje NW). Prawdopodobnie pojawią się też Mort jeszcze przed staniem się Mortem i Sadie, ale tu jeszcze nie jestem pewna. Mam nadzieję, że uda mi się zachęcić was do zagrania w to wiekopomne dzieło :D.
4) Co w takim razie z blogiem? To jest bardzo dobre pytanie. Przyznaję się bez bicia, że nie wiem, co dalej z tym wszystkim począć. Nie mam na razie pomysłu na żadną "zastępczą" czy dodatkową historię, którą mogłabym napisać i tu wrzucić. Wiem, były prośby o Children of the stars, ale niestety nie pamiętam ani trochę, co tam się miało dziać, o co chodziło i co w tym wszystkim miała robić Aris. Może kiedyś coś z tego wyjdzie, ale nic nie mogę obiecać. Jak tylko na coś wpadnę, to na pewno wam o tym powiem. Na pewno chciałabym się skupić na pisaniu krótszych, bardziej zwartych i przede wszystkich skończonych historii, a nie tworzyć kolejne 40 rozdziałowe dzieło, które zostaje porzucone po 5 rozdziałach. Nie jestem w stanie przewidzieć, kiedy pojawi się tu cokolwiek, co nie będzie całą listą rzeczy do zrobienia, a opowiadaniem. Mam jakieś luźne pomysły dotyczące np. wyjazdu Shad do wioski, z której pochodzi po tym, co będzie działo się w grze, czy nową wersję Thunderbird (portale i przenoszenie się w czasie, kto by tego nie lubił?), ale żaden z nich nie nadaje się w obecnej formie na opowiadanie. No nic, zobaczymy, co z tego wyjdzie.
5) Bardzo się obrazicie, jeśli następne opowiadanie nie będzie dotyczyło Tytanów?

Na razie pozdrawiam was cieplutko i życzę wam, byście wypoczęli sobie przez wakacje :). Do napisania!