Szkolna stołówka była jak zwykle zatłoczona. Wesołe śmiechy i gwar rozmów zdecydowanie nie pomagał na walkę z rozsadzającym czaszkę bólem. Van westchnęła, po czym smętnie powlokła się do najbardziej oddalonego od wszystkich stolika. Zajęła miejsce, oparła głowę na dłoni i wbiła nieprzytomne spojrzenie w kupkę gotowanego groszku z dodatkiem ryżu i marchewki. Oddałaby wszystkie warzywa świata, byleby tylko móc wrócić do ciepłego łóżka i poleżeć sobie w ciszy.
Prychnęła cicho. Cisza, jasne. Głosy na pewno nie pozwoliłyby jej odpocząć.
— Dobra, jedno muszę ci przyznać, wyglądasz świetnie. Musisz mi dać namiary na swojego fryzjera. — Alex rzucił tacę z jedzeniem na blat, nie przejmując się bałaganem, który w ten sposób narobił. Van na dźwięk metalu uderzającego o stół syknęła. Posłała koledze mordercze spojrzenie, rozmasowując skronie.
— Jeszcze raz tak zrobisz, a cię zatłukę — ostrzegła. Chłopak nachylił się, by móc uważnie przyjrzeć się przyjaciółce.
— Co, znowu? — Chwycił sztućce i zaczął rozgrzebywać puree ziemniaczane, jakby co najmniej spodziewał się znalezienia w nim bomby.
— Ano. Już mnie szlag trafia. — Ziewnęła. — Całą noc nie spałam. Z każdym dniem jest coraz gorzej.
— Przerąbane masz. Byłaś u lekarza?
— Już ci mówiłam, ten konował stwierdził, że wszystkie moje problemy może rozwiązać odstawienie leków i joga. — Wywróciła oczami. Obiad Alexa najwyraźniej tym razem nie próbował go zabić, bo chłopak z markotną miną zabrał się jedzenie.
— Swoją drogą, nikt się nie rzucał o twoją fryzurę?
Dziewczyna przetarła zmęczone oczy, kręcąc głową.
— Matka tylko miała pretensje, ale to akurat nic dziwnego. Nauczyciele raczej mają to w nosie, jak każdy normalny człowiek.
Alex uśmiechnął się, wpychając do ust kolejny kawałek mięsa o niewiadomym składzie. Ten człowiek zdecydowanie uwielbiał igrać ze śmiercią.
— Ej, a tak w ogóle, to sobie o czymś przypomniałem — zaczął, kiedy skończył jeść. Van uniosła brwi, dziobiąc nietknięty posiłek widelcem. — Chyba znam kogoś, kto mógłby ci pomóc na te twoje bóle.
— Ta? Kogo? — Wyprostowała się, przerywając oddzielanie kawałków marchewki od ziarenek ryżu.
— Znaczy no, Alice zna. Kojarzysz ją?
— To jest ta twoja... kuzynka z jakiejś tam dalekiej rodziny czy coś takiego, nie? — Dziewczyna zmarszczyła brwi, próbując przypomnieć sobie, kim jest obiekt ich rozmowy.
— Tak. Powinnaś ją kojarzyć z wesela mojego brata. Purpurowa sukienka. — Alex uśmiechnął się pod nosem, widząc, jak wyraz twarzy Van ze zirytowanego zamienia się w rozmarzony.
— No, pamiętam. I co z nią?
— Mówiła, że zna taką zielarkę, znachorkę czy cholera wie co, która potrafi wytrzasnąć lekarstwo na wszystko. Podobno korzysta tylko z naturalnych metod, ale Al kazała uprzedzić, że interes z nią może być drogi w zależności od choroby. No, i nie zawsze legalny. — Chłopak wyszczerzył się od ucha do ucha. — A poza tym to cię pozdrawia. Mówiła, że nie może się doczekać, aż się znowu zobaczycie. Podobno ma ci coś do oddania?
— A, czyli to ona je zabrała. — mruknęła pod nosem Van. Przygryzła lekko wargę, wbijając wzrok w talerz. Alex roześmiał się, obserwując zmieszanie na twarzy przyjaciółki.
— Jak chcesz, to możemy się tam dzisiaj wybrać, to kwadrans jazdy autobusem z centrum. — Chwycił tacę i wstał. — Koło piątej ci pasuje?
— Pasuje, ale dopiero jutro. Dzisiaj muszę być w domu, mamusia kończy wcześniej i tym razem poświęci chwilę swojego cennego czasu mi, a nie temu fagasowi.. — Van uśmiechnęła się słodko, mrugając z częstotliwością karabinu maszynowego.
— Spoko, rozumiem. Serio, przestań tak robić, wyglądasz jakbyś była zdrowo rąbnięta.
Van roześmiała się tak donośnie, że kilka osób z sąsiadujących stolików zerknęło na nią podejrzliwie.
— Mój drogi Watsonie, przecież słyszę głosy w głowie. Czy to czasem już nie jest objaw porąbania?
Prychnęła cicho. Cisza, jasne. Głosy na pewno nie pozwoliłyby jej odpocząć.
— Dobra, jedno muszę ci przyznać, wyglądasz świetnie. Musisz mi dać namiary na swojego fryzjera. — Alex rzucił tacę z jedzeniem na blat, nie przejmując się bałaganem, który w ten sposób narobił. Van na dźwięk metalu uderzającego o stół syknęła. Posłała koledze mordercze spojrzenie, rozmasowując skronie.
— Jeszcze raz tak zrobisz, a cię zatłukę — ostrzegła. Chłopak nachylił się, by móc uważnie przyjrzeć się przyjaciółce.
— Co, znowu? — Chwycił sztućce i zaczął rozgrzebywać puree ziemniaczane, jakby co najmniej spodziewał się znalezienia w nim bomby.
— Ano. Już mnie szlag trafia. — Ziewnęła. — Całą noc nie spałam. Z każdym dniem jest coraz gorzej.
— Przerąbane masz. Byłaś u lekarza?
— Już ci mówiłam, ten konował stwierdził, że wszystkie moje problemy może rozwiązać odstawienie leków i joga. — Wywróciła oczami. Obiad Alexa najwyraźniej tym razem nie próbował go zabić, bo chłopak z markotną miną zabrał się jedzenie.
— Swoją drogą, nikt się nie rzucał o twoją fryzurę?
Dziewczyna przetarła zmęczone oczy, kręcąc głową.
— Matka tylko miała pretensje, ale to akurat nic dziwnego. Nauczyciele raczej mają to w nosie, jak każdy normalny człowiek.
Alex uśmiechnął się, wpychając do ust kolejny kawałek mięsa o niewiadomym składzie. Ten człowiek zdecydowanie uwielbiał igrać ze śmiercią.
— Ej, a tak w ogóle, to sobie o czymś przypomniałem — zaczął, kiedy skończył jeść. Van uniosła brwi, dziobiąc nietknięty posiłek widelcem. — Chyba znam kogoś, kto mógłby ci pomóc na te twoje bóle.
— Ta? Kogo? — Wyprostowała się, przerywając oddzielanie kawałków marchewki od ziarenek ryżu.
— Znaczy no, Alice zna. Kojarzysz ją?
— To jest ta twoja... kuzynka z jakiejś tam dalekiej rodziny czy coś takiego, nie? — Dziewczyna zmarszczyła brwi, próbując przypomnieć sobie, kim jest obiekt ich rozmowy.
— Tak. Powinnaś ją kojarzyć z wesela mojego brata. Purpurowa sukienka. — Alex uśmiechnął się pod nosem, widząc, jak wyraz twarzy Van ze zirytowanego zamienia się w rozmarzony.
— No, pamiętam. I co z nią?
— Mówiła, że zna taką zielarkę, znachorkę czy cholera wie co, która potrafi wytrzasnąć lekarstwo na wszystko. Podobno korzysta tylko z naturalnych metod, ale Al kazała uprzedzić, że interes z nią może być drogi w zależności od choroby. No, i nie zawsze legalny. — Chłopak wyszczerzył się od ucha do ucha. — A poza tym to cię pozdrawia. Mówiła, że nie może się doczekać, aż się znowu zobaczycie. Podobno ma ci coś do oddania?
— A, czyli to ona je zabrała. — mruknęła pod nosem Van. Przygryzła lekko wargę, wbijając wzrok w talerz. Alex roześmiał się, obserwując zmieszanie na twarzy przyjaciółki.
— Jak chcesz, to możemy się tam dzisiaj wybrać, to kwadrans jazdy autobusem z centrum. — Chwycił tacę i wstał. — Koło piątej ci pasuje?
— Pasuje, ale dopiero jutro. Dzisiaj muszę być w domu, mamusia kończy wcześniej i tym razem poświęci chwilę swojego cennego czasu mi, a nie temu fagasowi.. — Van uśmiechnęła się słodko, mrugając z częstotliwością karabinu maszynowego.
— Spoko, rozumiem. Serio, przestań tak robić, wyglądasz jakbyś była zdrowo rąbnięta.
Van roześmiała się tak donośnie, że kilka osób z sąsiadujących stolików zerknęło na nią podejrzliwie.
— Mój drogi Watsonie, przecież słyszę głosy w głowie. Czy to czasem już nie jest objaw porąbania?
***
Van połknęła po kryjomu kolejne kilka tabletek, kątem oka obserwując czerwoną ze złości matkę. Kobieta wymachiwała iście nieelegancko rękoma, próbując przymusić stojąca przed nią fryzjerkę do zmiany zdania. Sytuacja rozwijała w nadzwyczaj komiczny sposób.
— Pani chyba nie rozumie. Przecież nie może się tak pokazywać w szkole — cedziła przez zęby matka dziewczyny, wymachując rękami. Rose wykazywała się niezwykłą cierpliwością, próbując wytłumaczyć sytuację wściekłej kobiecie. Równie dobrze mogłaby w nią rzucić nożyczkami, byłoby weselej. — Przykro mi, ale pani córka ma tyle lat, że może decydować za siebie i bez jej zgody nie mogę przefarbować jej włosów — powtórzyła po raz dwudziesty. Ciekawe, kiedy straci cierpliwość i wywali Szanowaną Panią Businesswoman na zbity pysk. — Przepraszam, ale klienci na mnie czekają…
— Czy pani wie, kim ja jestem?! — Van o mało nie parsknęła śmiechem, słysząc te słowa. Matka najwyraźniej musiała być już na skraju wytrzymałości, skoro sięgnęła po ten argument. No tak, bo przecież każdy drży ze strachu przed księgową pracującą w wielkim korpo. Drżyjcie, narody, bo inaczej zniszczę wasze faktury!
— Nie, co nie zmienia faktu, że nie mogę pani pomóc. — Rose westchnęła. To nie był dobry znak. — Proszę wyjść z mojego salonu, straszy mi pani klientów.
Matka nadęła się z oburzenia, ale zamiast rzucić we fryzjerkę obcasem, odwróciła się na pięcie i wyszła, ciągnąc za sobą Vannie. Dziewczyna zdążyła tylko na migi dać znać fryzjerce, że jej dziękuje, nim drzwi salonu zatrzasnęły się przed nią.
— Co za tupet! — warknęła kobieta, grzebiąc w torebce w poszukiwaniu kluczy. — Jak można tak traktować klienta?!
— Wow, nie złamała prawa pozwalając ci na co tylko masz ochotę, no naprawdę, tragedia roku. — Van ziewnęła. Oparła się o zimną ścianę, przyglądając się swojej rodzicielce. — Napisz o tym do prezydenta, niech się lepiej tym zajmie! To przecież pogwałcenie twoich praw jako konsumenta i człowieka.
Matka posłała jej chłodne spojrzenie.
— Wiesz co, lepiej się przymknij i wsiadaj do samochodu. Znajdziemy kogoś innego.
— Jak tam chcesz. — Dziewczyna posłusznie wsiadła do pojazdu. Złośliwy uśmiech wpełzł na jej bladą twarz.
***
Dzień dobry państwu, witam w sobotę! Dawno nie było Van, no to łapcie i cieszcie się razem ze mną, że coś napisałam. Jeszcze większą radośc powinno sprawić nam wszystkim to, że Astral Nights jest już dostępne do pobrania! Mamy duchy, mamy rytuału, mamy liceum, mamy Lucasa (ale nie tego od Felixa) i mamy Reę (z którą, podejrzewam, Van mogłaby się zaprzyjaźnić). Grę możecie pobrać tutaj lub w zakładce "gry" na górze bloga. Nic, tylko brać i grać :D!
Trzymajcie się ciepło i do następnego!


