Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadanie. Pokaż wszystkie posty

środa, 12 czerwca 2024

Gdy śpiewają kruki 2 - Niezapomniane noce

Nie pamiętał, kiedy ostatni raz miał koszmar. Ba, nawet jeśli coś mu się śniło, to zazwyczaj po obudzeniu nie pamiętał treści. Tym bardziej nie podobało mu się, że od dłuższego czasu nie przespał spokojnie ani jednej nocy.

    Pierwszy sen go zaskoczył, ale mężczyzna nie przypisał majakom żadnego większego znaczenia. Pamiętał tylko kolor czerwony i dziwne mamrotania. Zrzucił ten kreatywny wybryk własnego mózgu na przemęczenie. Slade coraz bardziej ścigał go z terminowością, zwiększając przy tym wymagania. Dni zamieniły się w rutynę – wstać, zjeść, wykradać kolejne technologie, położyć się spać wraz z pierwszymi promieniami słońca i tak w kółko.

    Sen się powtórzył. A potem jeszcze raz. I jeszcze jeden. Za każdym razem bardziej wyraźny, bardziej szczegółowy.

    Zaczynało się zawsze od dziwnych szeptów, których treści nie był w stanie zrozumieć. Później pojawiał się ogień, mnóstwo ognia. Wśród płomieni czasem dostrzegał ruiny. Gdy próbował do nich podejść, pochłaniała go ciemność. Zazwyczaj w tym momencie budził się zlany potem.

    Tym razem zamiast ciemności zobaczył wśród pożogi białą smugę. Falowała i zmieniała kształt, przeskakując co chwilę pomiędzy bezkształtną kałużą, falującym na wietrze kwiatem a czymś, co od biedy można było uznać za człowieka. W tej ostatniej postaci wyciągnęła dłoń w jego stronę. Chwycił ją.

    – Nie ułatwiasz mi tego. – Usłyszał tylko, nim rozwiała się wśród dymu.

    Chciał za nią krzyknąć, ale z jego gardła wydobył się dźwięk, który przypominał bardziej krakanie. Gdzieś w oddali odpowiedziały mu podobne głosy.

    Od tamtej nocy sen się zmienił. Scenariusze stały się bardziej prawdopodobne – a to wychodził akurat na akcję, a to wykradał jakąś zamówioną przez pracodawcę technologię. Prędzej czy później otoczenie zalewał ogień i niezrozumiałe szepty. Zjawa już więcej się nie pojawiła. I w sumie nawet nie był pewny, czy chciał, by wróciła.

    Okolice mieszkania obserwował w wolnych chwilach jeszcze przez dwa tygodnie. Może się łudził, że Raven wróci. Albo raczej upewniał się, że dotrzyma swojej części umowy. Trochę byłby przypał, gdyby wparowała z oddziałem policji temu, kto akurat skorzystał z oferty apartamentu na wynajem. No i co gorsza, straciłby jedną z kryjówek.

    Niedzielny chłodny wieczór spędził przy bramie wejściowej do budynku. Wypalał papierosa za papierosem, ze znudzeniem obserwując przechodniów. Choć bardzo się starał, jego myśli wciąż powracały do koszmarów. O co w tym wszystkim do diabła chodziło? Przez kilka pierwszych dni próbował zignorować majaki, ale powtarzalność i intensywność snów go zaniepokoiła. Dlaczego nagle teraz zaczął śnić, i to jeszcze o takich głupotach? I w jaki sposób “nie ułatwia czegoś” tej cholernej zjawie?

    Teoretycznie powinien był w tym czasie brać się za robotę. Slade był świetny, jeśli chodziło o wysokość wypłaty i dostawy xenotium, ale pod każdym innym względem był przysłowiowym wrzodem na dupie. Prędzej czy później X będzie musiał się wyplątać z tego układu. Już dawno odłożył tyle kasy, by móc spokojnie ustawić się na całe życie. Szkoda tylko, że od początku nie chodziło o pieniądze, a adrenalinę. Może powinien przenieść się do innego miasta? Slade miał za dużą obsesję na punkcie Tytanów, by go ścigać.

    Zgasił niedopałek butem i rozejrzał się wokoło. Zaczęło kropić, więc już i tak rzadko uczęszczana ulica zupełnie się wyludniła. Rozległ się szum skrzydeł.

    Nad migoczącą lampą uliczną przysiadł kruk. Przez chwilę przyglądali się sobie wzajemnie, po czym zwierzę zakrakało i przeleciało na pobliski dach. Mężczyzna jeszcze przez chwilę wpatrywał się w miejsce, gdzie przed chwilą widział czarne, szkliste oczy.

    Poczuł się tak, jakby ktoś otworzył mu tamę w głowie, wypuszczając strumień myśli. Nagle wszystko nabrało sensu. Nie mogła odstawić go na komisariat, bo by się wygadał, więc mściła się w inny sposób. Zdradziła się krakaniem. Czy to też czasem nie ona coś mu kiedyś mówiła, o tym że jej czegoś nie ułatwia? Nie pamiętał już kontekstu, ale puzzle wskoczyły na swoje miejsce.

    To Raven nasłała na niego te chore wizje. To wszystko jej wina.

    Potarł dwudniowy zarost i prychnął cichym śmiechem. Odbił się od zimnego muru i pomaszerował w dół ulicy. W jego głowie zaczął kiełkować już plan. Skoro tak chce się bawić, to proszę bardzo.

    Już on jej pokaże, z kim zadarła.

***

    Tytani odetchnęli z ulgą, kiedy po swoim krótkim wypadzie wróciła cała, zdrowa i wypoczęta. Od tamtej pory na misjach spisywała się doskonale, nie dawała również powodów do zmartwień poza nimi. Zdradzić ją mogły jedynie cienie pod oczami, ale te łatwo było ukryć makijażem i kapturem.

    Od czasu pamiętnego wypadu na miasto przespanie bez problemu całej nocy należało do rzadkości. Leżenie i wpatrywanie się przez godziny w sufit było równie męczące, co koszmary, które dopadały ją, gdy zmęczone ciało w końcu zapadało w niespokojny sen. Czasem widziała w nich ogień, innym razem ruiny miasta. Raz zdarzyło się, że wśród pożogi dostrzegła postać, stworzoną z białego dymu. Próbowała do niej dotrzeć, ale ta rozwiała się, gdy tylko jej dotknęła.

    Jednak niezrozumiałe senne wizje nie były najgorsze. Do złowrogich, dziwnych snów zdążyła się przyzwyczaić. W końcu towarzyszyły jej od dzieciństwa. Nie, najgorsze były te momenty, kiedy śniła o nim. Budziła się w przepoconej pościeli, a bardzo szczegółowe przebłyski wspomnień ze snu i tej jednej nocy pchały się pod powieki, gdy tylko zamykała oczy. Takie połączenie gwarantowało czuwanie aż do wschodu słońca. Te same obrazy powracały, gdy tylko próbowała medytować.

    Była wściekła na siebie, że nie potrafiła przestać o nim myśleć. Zagnieździł się w jej głowie niczym pasożyt, kąsając każdą myśl. Odwracanie uwagi pracą pomagało tylko trochę – gdy tylko wracała z misji, ten przeklęty szczur wracał razem z nią. Czasem ktoś z drużyny na kilka chwil odwracał jej uwagę, a wtedy powrót natrętnych myśli uderzał ją niczym cegła.

    Gdy w akcie desperacji zajrzała do własnego umysłu, zastała w nim równie wielki chaos. Emocje kompletnie się rozregulowały, a próba rozmowy z którąkolwiek z kolorowych, mniejszych wersji Raven kończyła się jeszcze większym skołowaniem. Czerwona Złość chciała stłuc delikwenta na kwaśne jabłko, zielona Odwaga miała zamiar wygarnąć mu prosto w oczy, co sobie o nim myśli, a pomarańczowa Złośliwość wspinała się na wyżyny kreatywności, wymyślając coraz to nowsze inwektywy w stronę X’a.

    Jedyną kopią, z którą dało się nawiązać jakikolwiek kontakt, była Inteligencja. Otulona żółtym płaszczem, siedziała w pozie kwiatu lotosu, przypatrując się rozgderanemu towarzystwu. Jej podbródek zrobił się czerwony od pocierania go w zamyśleniu.

    – Masz pomysł, jak je ogarnąć? – Raven przystanęła obok żółtej towarzyszki. Ta zmierzyła ją nieodgadnionym spojrzeniem.

    – Wiesz dobrze, że to, co mam ci do powiedzenia, ci się nie spodoba – odparła powoli, wstając. Wskazała przed siebie dłonią. – Dlatego zanim zacznę, chcę ci coś pokazać.

    Ruszyły razem w stronę wysuszonego, poskręcanego drzewa. Głosy za ich plecami powoli cichły.

    – Mów. Obiecuję, że postaram się podejść do twoich słów z otwartą głową. – Raven westchnęła na widok leniwego uśmiechu części swojej osobowości.

    – Zaczęło się od tego, że Red X cię pocałował – zaczęła Inteligencja, ignorując marsową minę rozmówczyni. – Zaskoczył nas wszystkie. I w sumie to najbardziej nas w nim wyprowadza z równowagi. Cały czas nas zaskakuje. Świat był o wiele prostszy, kiedy był tym złym złodziejem. Złodziei odstawia się policji, a potem idzie na pizzę. A tymczasem on cały czas zachowuje się nie tak, jak powinien.

    – Nie musisz mi mówić. – Raven westchnęła, zrzucając kaptur płaszcza z głowy. – Możesz mi za to powiedzieć, co mam zrobić.

    – Na dobry początek możesz w końcu zrozumieć, co się z tobą dzieje. Albo raczej przyznać przed samą sobą, co się z tobą dzieje.

    Dotarły do drzewa, które z bliska było o wiele większe, niż się mogło początkowo wydawać. Na jednym z jego masywnych korzeni spoczywało uosobienie pasji, namiętności i miłości.

    Raven lekko wzbiła się w powietrze i uważnie obejrzała swoją odzianą na fioletowo kopię. Policzki Pasji płonęły, a rozmarzone spojrzenie błądziło po usianym gwiazdami niebie. Nie zwróciła nawet uwagi na właścicielkę. Mamrotała coś niewyraźnie pod nosem.

    – Kiedy Red nas po raz pierwszy zaskoczył – Inteligencja zawisła w powietrzu tuż obok Rae. Odgarnęła poklejone kosmyki włosów z czoła Pasji. – Wszystkie byłyśmy dość skonfundowane. Ale odkąd spędziliście razem noc… – Wskazała dłonią na nieobecną duchem emocję. – Dość powiedzieć, że Pasji najmocniej się oberwało.

    – Nie chcesz mi chyba powiedzieć, że czuję do tego gada… – zaczęła Raven, ale Inteligencja pokręciła głową.

    – Nie, nie ma tu najmniejszej mowy o miłości. – Wzięła głęboki wdech. – Jeszcze tego by tu brakowało.

    – Co się w takim razie stało? Co jej jest?

    – Jakby to powiedzieć… – Przez chwilę przyglądała się, jak żółty płaszcz powiewał na wietrze, uważnie dobierając słowa. W końcu podniosła wzrok na Raven. – Nie jest w stanie przestać myśleć o nim, ani o tej jednej wspólnej nocy. Nierozładowane napięcie, jeśli wolisz dosadniej. Tęskni za nim w wymiarze… cóż, fizycznym.

    Raven jęknęła i schowała twarz w dłoniach. Owszem, podejrzewała już od dłuższej chwili, co może być źródłem problemu, ale przyznanie tego przed samą sobą było zupełnie inną bajką. Przyznanie, że Red X ją jakkolwiek pociągał…

    Pokręciła głową i spojrzała na Inteligencję.

    – Co muszę zrobić, żeby jej przeszło?

    – Wyjścia masz dwa. – Żółta wzruszyła ramionami. – Albo pójdziesz do niego i powiesz mu, jak sprawa wygląda…

    – To żadna opcja – żachnęła się Rae.

    – Albo – kontynuowała niezrażona towarzyszka – podejdziesz do sprawy jak dorosły człowiek i zainteresujesz się sposobami na rozładowanie tego typu napięcia. – Prychnęła, gdy Rae uniosła brew do góry. – Och, na litość boską, jesteś stara koza, naprawdę muszę ci tłumaczyć wszystko jak dziecku?

    – Jeśli mówisz o tym, o czym myślę, to nie działa. Albo raczej działa, ale za krótko.

    Żółta znów wzruszyła ramionami.

    – Ludzie to bardzo kreatywny gatunek. Jestem pewna, że na ogromnym rynku samopomocy w takich sytuacjach znajdziesz coś dla siebie. Ewentualnie możesz spróbować poprosić kogoś o pomoc.

    – Już wolałabym spłonąć w piekle – mruknęła Raven. Przez dłuższą chwilę obserwowała w ciszy rozgorączkowaną, pojękującą cicho Pasję. W końcu westchnęła. – I to jej pomoże? Przestanie przez to być… taka?

    – Powinno. – Inteligencja kiwnęła głową. – A jeśli nie, to będziemy mieć wszystkie, jak to się kolokwialnie mówi, przesrane.

***
Każdy potencjalny tytuł tej części brzmi o wiele lepiej po angielsku.

poniedziałek, 23 października 2023

Gdy śpiewają kruki 1.5 - Zbrodnia bez ofiar

Salon z rozkładanym tapczanem, stolikiem do kawy, telewizorem starego typu i aneksem kuchennym pełnił jednocześnie funkcję jadalni, sypialni i kuchni. X mieszkanie miał małe, ciasne i zaskakująco czyste. Tak czyste, jakby nikt tu na co dzień nie mieszkał. Może to jakiś pokój hotelowy albo inne Airbnb? Raczej nie zabrał dziewczyn pod swój prawdziwy adres, bez względu na to, czy akurat były superbohaterkami.

Raven zakryła się kołdrą prawie po same uszy. Wyłowiła wzrokiem porozrzucane po podłodze ubrania i przyciągnęła je do siebie telekinezą. Teraz, kiedy już i tak wiedział, kim była, nie musiała kryć się z mocami. Poczuła, jak jej twarz płonie żywym ogniem, kiedy zauważyła bieliznę zarzuconą niedbale na telewizor.

Wymacała kieszonkę w ramonesce i odetchnęła z ulgą. Pudełeczko z czakrą wciąż znajdowało się na swoim miejscu. Przez chwilę zastanawiała się, czy by jej nie założyć. Doszła do wniosku, że przyjmowanie mocy na takim kacu nie było dobrym pomysłem.

Zerknęła na X’a. Wpatrywał się w nią z nieodgadnionym wyrazem twarzy.

– Ani słowa – warknęła.

Roześmiał się nosowo. Niespiesznie sięgnął po dresy. Takimi pierdołami jak koszulka czy bokserki się najwyraźniej nie przejmował. Wstał, przeciągnął się i podszedł do mini-lodówki. Wyciągnął z niej coś i rzucił na poduszkę tuż obok Rae.

– Trzymaj. Zgaduję, że ci się przyda.

Raven z osłupieniem przyglądała się butelce wody gazowanej. W końcu niepewnie po nią sięgnęła.

– Dzięki – wydusiła, skołowana.

– Spoko. – Wzruszył ramionami i sam upił kilka łyków. – Głodna?

Wpatrywała się w niego tak, jakby co najmniej zaproponował jej wspólną wyprawę na Księżyc. Przecież był Czerwonym X’em. Zawodowym złodziejem, krętaczem i głównym powodem, przez który w ogóle pojawiła się poprzedniej nocy w barze. Tacy ludzie nie proponują śniadania jak gdyby nigdy nic.

Pokręciła głową.

– Twoja strata. – Sięgnął do jedynej szafki kuchennej, jaką miał, i wyłowił ze środka patelnię. Niespiesznie wyciągał kolejne produkty, zupełnie ignorując intruza. W końcu jednak nie wytrzymał i posłał jej pytające spojrzenie. – Zamierzasz tak tu tkwić przez cały dzień?

Podciągnęła kołdrę wyżej, by nie widział rumieńców na jej policzkach.

– Nie przebiorę się, kiedy się gapisz – warknęła.

– Jakbym już co najmniej nie widział wszystkiego. – Znów się roześmiał.

– Ostatkiem sił powstrzymuję się, żeby cię nie zabić. Nie ułatwiasz mi tego.

Gdyby spojrzenia mogły mordować, już by leżał martwy z twarzą w cieście naleśnikowym.

– Chcesz, to tam jest łazienka. – Wskazał kciukiem na drzwi przy wejściu, których wcześniej nie zauważyła. – Częstuj się czym potrzebujesz. Jak pogrzebiesz, to może znajdziesz nawet jakąś szczoteczkę do zębów. Czarna jest moja.

Raven, otulona kołdrą niczym eskimos, przyciskając do piersi swoje rzeczy przemknęła do łazienki. Przez całą trasę nie spuściła podejrzliwego spojrzenia z X’a. Ten natomiast nie zwracał na nią w ogóle uwagi, pochłonięty mieszaniem składników.

Dziesięć minut w łazience poświęcone na prysznic i doprowadzenie się do porządku tylko bardziej ją skołowało. Wpatrywała się w swoje odbicie, szorując zęby znalezioną w szafce szczoteczką, próbując rozgryźć, o co temu przeklętemu chłopakowi chodziło. Dlaczego był taki miły? Owszem, była skacowana, ale to tylko oznaczało, że łatwiej można było ją podejść. Ba, w głowie jej tak dzwoniło, że nie była nawet w stanie otworzyć portalu do wieży. Gdzie w takim razie tkwił haczyk? Z której strony powinna oczekiwać podstępu? Jedyne, co wiedziała na pewno, to że nie mogła mu ufać. I że worki pod oczami miała tak wielkie, że mogłaby w nich przemycać zwłoki, gdyby akurat potrzebowała.

Kiedy ponownie wyłoniła się z łazienki, X siedział na złożonym już tapczanie. W spokoju przeżuwał pankejka. Widok spływającego po widelcu syropu klonowego i słodki zapach ciasta sprawił, że żołądek Raven zaczął głośno domagać się pożywienia. No tak, w końcu od nie jadła nic od wczoraj.

X posłał jej nieodgadnione spojrzenie znad talerza. Na widok jej zażenowanej miny westchnął i przesunął talerz w jej stronę.

– Masz. Już nadgryzione, nie otrujesz się. – Sam wstał, wyminął Rae i znów stanął przy patelni.

– Ja… – odezwała się, ale przerwał jej.

– Jedz i nie marudź. – Ziewnął przeciągle.

Z niechęcią odłożyła ściskaną w rękach pościel i zajęła miejsce przy stoliku. Żuła powoli i dokładnie, trochę po to, by przez przypadek nie zwymiotować, a trochę po to, by nie musieć rozmawiać. Musiała przyznać, że pankejki robił dobre, nie za grube i nie za cienkie, takie w sam raz. Ciekawe, czy potrafił gotować też inne dania.

Przyglądała mu się uważnie przez cały czas, on za to nie zwracał na nią zupełnie uwagi. W pełnym skupieniu przygotował porcję ciasta i zabrał się za smażenie. Sprawiał wrażenie, jakby cała ta sytuacja była co najmniej normalna. Jakby jeszcze jakiś czas temu nie próbowali się pozabijać. Jakby wcale nie zrobił jej niezłego bajzlu w głowie na kilka dobrych tygodni.

Cały posiłek przesiedzieli w ciszy. Kiedy skończyły się pankejki, uwagę Raven pochłonęło picie wody małymi łykami. X nie miał żadnych dodatkowych krzeseł, więc usiadł po turecku po drugiej stronie stołu. Przez cały ten czas mistrzowsko ignorował jej obecność. Dopiero kiedy odłożył sztućce na talerz i przetarł usta ręką, odważyła się odezwać.

– To co teraz?

– A co ma być i z czym? – Wzruszył ramionami. Przeciągnął się, aż strzyknęło mu w plecach.

Raven tylko rzuciła okiem na jego umięśnioną klatkę piersiową. Tylko zerknęła.

– No… – machnęła dłonią w nieokreślonym kierunku. – Z tym tutaj.

Przez dłuższą chwilę wpatrywał się w nią ze zmarszczonymi brwiami.

– Słuchaj, nie wiem, czy jesteś zaznajomiona z konceptem jednej nocy, ale polega ona na tym…

– Nie o tym mówię – westchnęła. Modliła się w duchu, by kac szybciej sobie poszedł. Mogłaby wtedy wysłać jego przeklęte dupsko wprost w objęcia aktywnego wulkanu.

– No ale co mam ci powiedzieć? Stało to się stało, na chuj drążyć temat. – Znów wzruszył ramionami i oparł się plecami o ścianę.

Raven już otworzyła usta, by opieprzyć go z góry na dół za to, że swoim głupim wyskokiem spieprzył jej ostatnie kilka tygodni życia, ale w ostatniej chwili się powstrzymała. Nie mogła mu powiedzieć, że miał na nią aż taki wpływ. Spaliłaby się ze wstydu, gdyby się dowiedział.

– Zrobimy tak – zaczął, widząc jej marsową minę. – Ja zamierzam siedzieć cicho, bo i tak mi nie uwierzy, że spałem z Tytanką, no i nic tym nie ugram. Ty pewnie też nie będziesz tego broadcastować, bo Tytani za taką akcję by cię z drużyny na zbity pysk wyrzucili. – Podniósł rękę, gdy już chciała otworzyć usta. – Albo też zabiliby cię śmiechem, co tam wolisz. Podsumowując, mamy oboje kurwa największego w tym wszechświecie pecha, że trafiliśmy na siebie, ale spędziliśmy ze sobą przyjemną noc i co zrobisz. Możesz się oszukiwać ile chcesz, czasu nie cofniesz. – Uśmiechnął się złośliwie, kiedy skrzywiła się na dźwięk strzelania kostkami palców. – Moje rozwiązanie to podać sobie ręce na zgodę i rozejść się w pokoju.

– Tak po prostu? Nie boisz się, że wrócę i wsadzę cię do paki? – zaryzykowała.

Roześmiał się. Brzmiało to na naprawdę szczery śmiech.

– Czyli wolisz wersję z szantażem, no dobrze. – Przetarł twarz i posłał jej cwaniacki uśmieszek. – Jeśli tak koniecznie chcesz, żeby wszyscy się dowiedzieli, to wsadź mnie za kraty i sprawdź, co się stanie. A twoja reakcja będzie najlepszym dowodem w sprawie.

Raven ukryła twarz w dłoniach i westchnęła ciężko. Choć chciała wysłać tego dupka na drugi koniec kosmosu, miał rację. Udawanie, że nic się nie stało, było najlepszą strategią.

– Zgoda. – Wyciągnęła rękę w jego stronę. – Ale spróbuj tylko puścić parę z ust, a zrobię ci z życia jesień średniowiecza.

Roześmiał się i uścisnął jej dłoń.

– Nie spodziewam się niczego innego.

***

Gdy tylko opuściła mieszkanie, posprzątał po ich małej imprezie, zabrał plecak ze strojem X’a i rozejrzał się. Pomieszczenie wyglądało dokładnie tak, jak je zastał. Właściciel, od którego “wypożyczył” kluczyki, nie powinien niczego zauważyć. Tak jak za każdym razem.

Wyszedł przez okno i przeskakując po kilka schodków przeciwpożarowych na raz, wylądował w uliczce na tyłach budynku. Oparł się o chłodną ścianę i odpalił telefon. Skrzywił się na widok dwudziestu nieodebranych połączeń i kilkunastu smsów. Wszystkie od tego samego nadawcy. Jak na fakt, że klient poprzedniego wieczoru sam naciskał na spotkanie w klubie, po czym się nie pojawił, to był strasznie niecierpliwy.

Sięgnął do kieszeni plecaka po fajki i zapalniczkę. Zaciągnął się dymem i odchylił głowę do tyłu. Kiedy tak o tym myślał na trzeźwo, to zainteresował się Rachel (o ile było to jej prawdziwe imię) w sumie tylko dlatego, że się nudził, a ona przy barze wyglądała tak, jakby miała w każdej chwili wyzionąć ducha. Obserwował ją nawet przez chwilę. Waliła jedno mohito za drugim, ale zdecydowanie nie była pijana. Gdy do niej podszedł, jej oczy były czerwone, ale w zupełnie inny sposób niż wtedy, kiedy go dusiła podczas akcji. Uśmiechnął się pod nosem. Kto by pomyślał, że najbardziej ponura z Tytanów interesuje się medycyną alternatywną? I w sumie imprezami. I przede wszystkim nim. Ale w sumie kim on jest, by ją oceniać? Złoczyńcy po mocniejszych akcjach często fundowali sobie imprezy aż do odcięcia świadomości dla relaksu. Najwyraźniej superbohaterowie też potrzebowali od czasu do czasu odpocząć.

Znów się zaciągnął. Roześmiał się cicho na wspomnienie poprzedniej nocy. Był wtedy trochę wstawiony, ale nie pamiętał, by choć przez chwilę skojarzył zjaraną Rachel z Tytanką Raven. Może to przez różnicę w zachowaniu. Musiał przyznać, że całkiem dobrze się z nią bawił. Nie była wybitną tancerką, ale kiedy już poczuła rytm, nie dała mu zejść z parkietu nawet na chwilę. Cholera, kto wie, może gdyby nie tak drastyczne różnice w poglądach na temat prawa, zaproponowałby jej powtórkę?

Zgasił niedopałek papierosa butem. Ruszył w stronę ulicy.

Telefon znów się rozdzwonił. Odebrał połączenie i wtopił się w tłum. 
 
***
Nikt się nie spodziewał kontynuacji one shota sprzed 2 lat, a już tym bardziej nie ja.

niedziela, 27 lutego 2022

Gdy śpiewają kruki [Dzień Fanfików 2022]

 W tym roku nawet się postarałam i przygotowałam dla Was one shota z okazji Dnia Fanfików na TitansGo.pl. Bez zbędnego przedłużania, zapraszam do czytania! I od razu malutka uwaga, że wszystkie dzieciaczki w poniższym opowiadaniu już dawno osiągnęły 21 rok życia.



Kiedy w dniu osiemnastych urodzin rodzice odcięli go od pieniędzy, przeżył szok. Jasne, czasem się odgrażali, że zakręcą kurek, ale nigdy nie brał ich na serio. W końcu jak mogliby zrobić coś tak okrutnego swojemu ukochanemu synowi? Absurd. Zupełny absurd.
Wieczorem konto nadal było puste. Telefon do starych również nie pomógł — matka nie odbierała, a przy ojcu rozłączył się po pięciu minutach tyrady o tym, jak to “musi zmądrzeć” i brak kasy “dobrze mu zrobi”. O mało nie roztrzaskał smartfona o ścianę. Jakim prawem?!

Tej nocy po raz pierwszy dokonał kradzieży. Celem była paczka fajek ze stacji benzynowej. Może nie była to jakaś brawurowa akcja — koleś za ladą wyglądał, jakby zioło zostawiło mu w głowie tylko mole spożywcze — ale pamiętał ten przypływ adrenaliny przez wiele lat. Spocone dłonie, rozbiegany wzrok, to wrażenie, że wszyscy w okolicy wiedzą, co zrobił. Jego sumienie siedziało cicho. W końcu potrzebował tych fajek, prawda? Jeśli już kogoś należało winić, to rodziców, za ich durne pomysły. To oni zepchnęli ukochanego syna w objęcia przestępczego światka.

Potem poszło z górki. Kolejna paczka fajek, trochę alkoholu, żarcie. Potrafił obrobić każdego, patrząc mu z uśmiechem prosto w oczy. Zorientował się, że jest uzależniony od adrenaliny, gdy uciekał przed osiłkami dilera, którego skroił. Sam nigdy nawet nie wypalił skręta, po prostu się nudził. A najlepszym lekiem na nudę była kolejna akcja. Później załatwił sprawę jednym szybkim włamem na komisariat i kradzieżą zarekwirowanego towaru. Był tak dobry, że policja podejrzewała robotę kreta. Zero śladów,
zero odcisków palców, nagrań z kamer - niczego po sobie nie zostawił. Czasem przezywali go przez to Duchem z Jump City.

Plotki szybko wędrowały po ulicach i coraz więcej chętnych zgłaszało się po jego usługi. Ci, którym brakowało oleju w głowie, próbowali zmusić go do współpracy. Zawsze jednak znajdował się ktoś, kto chętnie rozprawił się z szantażystami — czy to inny gang, czy w ostateczności policja. Zawsze też znalazł się ktoś, kto był w stanie obiecać więcej niż poprzednik. Zwykłe prawo popytu i podaży.

Pewnego razu zgłosił się do niego zamaskowany jegomość. Przedstawił się jako Slade. Zdradził mu sekret o ściśle strzeżonym super stroju bojowym, który wspomagany był jakimiś technicznymi nowinkami. Chłopak niewiele z tej gadaniny zrozumiał, oprócz najważniejszego punktu: strój zrobiłby z niego złodzieja idealnego. Wyczuwał przekręt na kilometr — kolejny cwaniak, który chciał go zmusić do współpracy — ale ciekawość wzięła górę. Połknął haczyk. Pewnej nocy włamał się do wieży Tytanów i wykradł strój.

Od tamtej pory zwali go Czerwonym X’em.

Ah, Tytani. Cóż za ciekawe zbiorowisko. Człowiek z blachy, zielony zmiennokształtny dziwoląg, no i oczywiście wielki pan lider. Podobno to on stworzył ten niesamowity skafander. W sumie to chyba powinien mu podziękować. Na pewno postarał się o wiele bardziej pod względem designu niż przy własnych bojowych gatkach. Czerń i szarość wtapiały się lepiej w otoczenie niż pstrokacizna Robina. Tylko tą białą czaszkę na masce mógł sobie podarować.

Były też dziewczyny. Trzeba było przyznać, że śliczna kosmitka o szmaragdowych oczach trochę zbiła go z tropu. Pozwolił sobie nawet na lekki flirt. Przyjął jednak dzielnie na klatę odmowę (oraz wystrzał laserów prosto z oczu) i nie narzucał się. Mógł być złodziejem, ale nie był kompletnym dupkiem. Jak dziewczyna mówi nie, to znaczy nie i kropka.

Była też i gotka, Raven. O niej słyszał najwięcej. Z całej piątki to jej najbardziej bali się przestępcy. Krążyły plotki, że po spotkaniu z nią niektórzy lądowali na terapii elektrowstrząsami. Przez ten cholerny kaptur nie miał za bardzo jak się jej przyjrzeć, choć bardzo chciał. Na jego szczęście zaklęcia dziewczyny były za długie. Inaczej pewnie rozkwasiłaby go o podłogę i na tym zakończyłby karierę. Potrafiła być groźna.

Slade w końcu zdradził swoją cenę. Nie żądał dużo — interesowały go nowe technologie zbrojeniowe, nad którymi pracowało Star Labs. Wystarczyło zrobić krótki rekonesans, a potem kraść. Maksymalnie dwie noce roboty.

Spodziewał się Tytanów. Nie spodziewał się natomiast, że Slade pojawi się na miejscu osobiście. Samą swoją obecnością odciągał uwagę lidera na tyle skutecznie, że Red mógł wyślizgnąć się niezauważony. Niestety, w pościg posłano Raven.

Red X przykucnął za kontenerem na śmieci. Zaklął siarczyście pod nosem. Wyświetlacz na przedramieniu zamigał ostrzegawczo, informując o niskiej zawartości xenotium. Substancji zostało może na dwie teleportacje, nie więcej. Gotka deptała mu po piętach. Musiał bardzo szybko obmyślić jakiś plan.

— Sądziłam, że stać cię na więcej — usłyszał nad sobą. Skoczył w bok. Udało mu się uniknąć przyduszenia przez motocykl w ostatniej sekundzie.

— Mogę powiedzieć to samo — rzucił rozbawiony. Nie mogła zobaczyć uśmieszku pod maską. On za to doskonale widział, jak bardzo działał jej na nerwy.

— Czego szukałeś w laboratorium? — warknęła. Czarna energia skumulowała się przed wyciągniętą dłonią.

W jego stronę wystrzeliły macki. Wykonywał uniki bez większego problemu. Jeśli chciała go powstrzymać, musiała się bardziej postarać.

Za plecami poczuł mur. Chciał już wcisnąć guzik teleportacji, ale w ostatniej chwili zrezygnował. Xenotium było trudne do dostania nawet na czarnym rynku.

— A, no wiesz, naszła mnie ochota na poszerzanie wiedzy. Zwłaszcza tej zakazanej.

Chyba ją zaskoczył tą odpowiedzią. Atak na chwilę ustał.

— Mów, co wiesz — rozkazała. Albo mu się wydawało, albo jej oczy, skryte w cieniu kaptura, zabłysły na czerwono.

Skoczył, kiedy z muru wystrzeliły krucze łapy. Raven była szybsza. Już po chwili zwisał pół metra nad ziemią, związany magicznymi wstęgami. Jej energia była okrutnie nieprzyjemna. W miejscach, w których moc dotykała ciała przez strój, czuł palące mrowienie.

— Ja? Ja nic nie wiem. — Wyszczerzył się. Czasem żałował, że maska zasłaniała całą twarz. Jego uśmiech zawsze działał wszystkim na nerwy. Wyprowadzenie Tytanki z równowagi było jedyną szansą na ucieczkę.

— Mów.

Więzy zacisnęły się na żebrach. Zakaszlał. Lewa ręka zabolała tępo w okolicy ramienia. Po rękawicy spłynęły pierwsze krople krwi.

— Wiesz, znam swoje prawa — zażartował.

Jej zirytowane westchnienie mogłoby przewracać góry. Splotła umięśnione ręce na piersi. Podleciała bliżej. Granatowa peleryna rozwiała się na wietrze.

— Laboratorium, w którym opracowywane są tajne technologie. Ty i Slade obieracie je za cel. Tej samej nocy. — Zacisnęła usta w wąską kreskę. — Pracujecie razem.

To chyba nie było pytanie.

— Wzruszyłbym ramionami, ale nie mogę, sama rozumiesz. — Moc znów go ścisnęła. Zakaszlał. — Słuchaj, nie wiem, czy ktoś ci o tym mówił, ale z martwym przestępcą przesłuchania nie przeprowadzisz.

Poluzowała uścisk czarnych macek. Ale tylko odrobinę.

— No, tak lepiej. W ramach wdzięczności mogę ci coś zdradzić. Nic nie wiem. Miałem zlecenie, wykonałem zlecenie. To, co ukradłem ani to, co się wyrabia w tym laboratorium mnie nie obchodzi. — Udało mu się niepostrzeżenie przesunąć zranioną rękę w stronę pasa. Jedno kliknięcie i tyle go widziała. Musiał tylko dosięgnąć guzika.

— Kłamiesz — warknęła. Nie wydawało mu się, jej oczy rzeczywiście robiły się czerwone. Może denerwowanie jej jednak nie było najlepszym pomysłem.

— Czy te oczy mogą kłamać?

Dobra, trochę się prosił o zmiażdżenie. Przynajmniej umrze w ciekawy sposób.

— Skoro nie chcesz po dobroci… — Podleciała do niego na wyciągnięcie ręki. Uderzył go w nos zapach potu, wosku pszczelego i książek. Nie takiego połączenia się spodziewał. — To przynajmniej dowiemy się, kim jesteś, zanim odstawię cię na komisariat.

Cholera.

Chwyciła palcami krawędź materiałowej maski. Była tak blisko, że poczuł na sobie jej oddech. W końcu mógł też zobaczyć, jak wygląda, nawet pomimo kaptura. Blada cera, krótkie włosy, wąskie usta, ostre rysy twarzy. I te wielkie, fioletowe, tajemnicze oczy.

Spojrzała w białe panele z tytanu hartowanego xenotium. Usta wygięły się nikłym, złośliwym uśmiechu. Nie spieszyła się. Maskę ściągała powoli, jakby napawając się narastającą paniką swojej ofiary.

Musiał bardzo szybko coś wymyślić.

— Hm — mruknęła, kiedy odkryła bliznę biegnącą od podbródka, przez usta i ginącą gdzieś w okolicy lewego płatka ucha. Szrama nie była głęboka, trochę makijażu bez problemu by ją zakryło, ale rzucała się w oczy.

— Niezła czakra — wypalił. Wysunął głowę do przodu, najdalej jak tylko mógł. Ich usta złączyły się w pocałunku.

W tym momencie wydarzyło się kilka rzeczy na raz.

Zaskoczona Raven odskoczyła do tyłu. Zapomniała o zaklęciu. Czarne wstęgi zniknęły.

X wylądował na ziemi i naciągnął maskę z powrotem na twarz.

— Do następnego, piękna. — Wcisnął guzik i rozpłynął się w nicość.

Popełnił kilka błędów podczas tej misji. Mimo to, kiedy zasypiał nad ranem, przed oczami wciąż widział jej zaskoczone spojrzenie.

***

Zaraz po powrocie z misji bez żadnych wyjaśnień wpadła do pokoju lidera. Coś jej mówiło, że Robin nigdy by się tak nie zachował, ale musiała być pewna. Dla własnego zdrowia psychicznego. Kiedyś nie podejrzewali go o to, że złamie prawo, by złapać Slade’a. Może i tym razem wpadł mu do głowy godny pożałowania pomysł z przebierankami za złodziei.

— Raven? Co z Red X’em? — Robin podniósł głowę znad bandażowanej ręki. Czarne włosy, mokre po prysznicu, opadły mu na twarz.

Oparła się rękami o blat stołu.

— Uciekł. Prawdopodobnie pracuje ze Slade’em. Nic konkretnego z niego nie wyciągnęłam. A teraz prosto z mostu. Czy wróciłeś do przebierania się za niego? — Wbiła w mężczyznę wyczekujące spojrzenie. Oby to nie był on. Inaczej będzie musiała go zamordować.

— Nie. Nawet jakbym chciał, strój został skradziony lata temu. — Wstał i obszedł stół. Położył zdrową dłoń na jej ramieniu. Zaniepokojone spojrzenie błękitnych oczu trochę ją uspokoiło. — Co się stało?

Pokręciła głową. Wzięła dwa głębokie wdechy. To przecież oczywiste. Robin prędzej by się przyznał do współpracy z samym Trygonem, niż posunął się do czegoś takiego. No i ta blizna…

To nie był on.

— Nic. Chciałam się tylko upewnić — mruknęła. Przetarła zmęczoną twarz. — Chyba muszę się położyć.

— Jeśli chciałabyś o czymś porozmawiać…

— Tak, wiem, mogę do ciebie przyjść. Dzięki, nie trzeba. — Strąciła dłoń lidera. — Widzimy się jutro. — Po tych słowach otworzyła portal w miejscu drzwi i przeszła od razu do swojego pokoju.

Odwiesiła pelerynę do szafy i opadła na łóżko. Zamknęła oczy. Odetchnęła głęboko. Powietrze było ciężkie od zapachu kadzideł, kurzu i starych ksiąg.

Obiecała sobie, że jak tylko znajdzie tego skurczybyka, to go zabije. A znajdzie go na pewno.


***

— Dobrze, ostatnia sprawa na dzisiaj. — Robin rzucił plik kartek na kanapkę. Splótł ręce na piersi i oparł się o krzesło. — Ręka w górę, kto jest za tym, by Raven zrobiła sobie tydzień wolnego.

Dłonie prawie wszystkich członków drużyny poszybowały w górę. Tylko sama zainteresowana wydawała się zaskoczona propozycją.

— To nie będzie potrzebne — mruknęła. — Dzięki za troskę, dam sobie radę.

— Przyjaciółko Raven — zaczęła miękko Gwiazdka, podlatując do dziewczyny. — Jesteś bardzo zmęczona. Wiemy, że nie sypiasz najlepiej….

Chciała odpowiedzieć, że wysypiałaby się o wiele lepiej, gdyby wciąż nie śnił się jej pewien idiota z szyderczym uśmiechem, ale ugryzła się w język. Spłonęłaby ze wstydu, gdyby którykolwiek z Tytanów dowiedział się, w jaki sposób Red X jej uciekł.

— Pomedytuję. — Wzruszyła ramionami. Co prawda od kilku tygodni nawet i to nie pomagało na ciągłe napięcie, ale zawsze warto próbować. Nie może dać się odsunąć na boczny tor przez jakiegoś skończonego pajaca. Drużyna jej potrzebuje.

— Raven, na ostatniej misji wysadziłaś w powietrze samochód. — Cyborg nawet na chwilę nie oderwał wzroku od ekranu komputera.

— I moje drugie śniadanie — dodał ciszej BB. — I pada do konsoli. I tą biedną roślinkę w korytarzu.

— To już raczej nie jest coś, co może naprawić medytacja. Stanowisz zagrożenie dla drużyny i dla cywili — podsumował Cyb.

— Dobrze, dotarło — ucięła ostro. Westchnęła, widząc zaskoczone spojrzenia pozostałych członków drużyny. — Wezmę urlop, dobrze? Ale tylko tydzień. Ani minuty więcej.

— No, tak ma być. — Robin z uśmiechem sięgnął ponownie po plik papierów i po chwili wręczył zdziwionej dziewczynie wymiętą kartkę. — Każdy z nas wymyślił kilka propozycji na to, jak możesz się zrelaksować.

— Dzięki — mruknęła. Wzięła papier, złożyła go starannie w pół i portalem wysłała do pokoju. Prosto do kosza na śmieci.

— A teraz posłuchaj mnie uważnie — Robin chwycił ją za ramiona i spojrzał prosto w oczy. Automatycznie odsunęła się na tyle, na ile pozwalał jej mocny uścisk. Co w nich wszystkich wstąpiło? — Nie obchodzi mnie, co będziesz musiała zrobić, masz się zrelaksować. Możesz wybrać się na Księżyc, wskrzesić Trygona, nawet złamać prawo, ale na litość boską, wróć wypoczęta, dobra?

Uśmiechnęła się kwaśno.

— Przyjęłam, panie kapitanie.


***

Karaoke odpadło w przedbiegach, nienawidziła śpiewać. Joga i medytacja nie pomogły. Kręgle były nawet całkiem fajne, dopóki nie dostrzegła w tłumie faceta z czerwonym iksem na koszulce. Tyle wystarczyło, by zrujnować wieczór.

Lista tytanowych propozycji kurczyła się w zastraszającym tempie. Z pewnym zaskoczeniem obok takich propozycji, jak tamarańska akupunktura czy malowanie piaskiem zauważyła wpisane lekko krzywym pismem słowo “zioło”, zaraz po słowie “impreza”. To na pewno była propozycja Bestii. Albo chichrającego się Cyborga. Albo obydwu.

Przewróciła oczami nad głupotą chłopaków i ruszyła do następnego punktu na liście. Kiedy jednak wykreślała kolejne i kolejne propozycje, pomysły chłopaków traciły na swojej głupocie. Gdy w końcu na kartce pozostały już tylko dwie pozycje, Raven wzruszyła ramionami. Skoro nic innego nie pomogło, mogła sięgnąć po używki. Najwyżej wysadzi świat w powietrze.

Przelała tyle mocy, ile tylko mogła, do czakry, po czym jednym prostym zaklęciem odczepiła kamień od czoła. Dla pewności zawinęła go w czysty kawałek szmatki namoczonej w świętych wodach azaratckich jezior i schowała pakunek w ukrytej kieszonce ramoneski. Tak na wszelki wypadek.

Skręta wyciągnęła z “tajnej” skrytki Bestii, o której wszyscy wiedzieli. Sam w końcu podsunął jej ten durny pomysł, to mógł się przynajmniej podzielić. Na pewno wolałby, żeby swoje pierwsze doświadczenia z paleniem przeżywała na sprawdzonym i bezpiecznym towarze. Poza tym, sam Robin pozwolił jej złamać prawo. Raczej wybaczą jej taką kradzież. Albo “bezterminową pożyczkę”, jakby to powiedziała Jinx.

Rae teleportowała się przed drzwi pierwszego lepszego klubu znalezionego w Mapach Google. Miał wysokie oceny i podobno serwowali dobre drinki. Nie, żeby zamierzała sięgać po alkohol, ale zawsze dobrze wiedzieć. Ochroniarz tylko kiwnął głową na przywitanie i przepuścił ją poza kolejką. No tak, kiedyś obronili to miejsce przed Modnisiem. Tego faceta to chyba nawet sama osłaniała przed ożywioną armią żołnierzyków z drewna. Miło jest mieć kontakty, o których się nawet nie wie.

Po przekroczeniu progu przeciągnęła palcami po włosach. Te pod wpływem zaklęcia zmieniły kolor na czarny. Za pomocą magii zamaskowała także swój naturalny kolor oczu. Może i było to głupie przebranie, ale nie chciała, by ktoś więcej ją rozpoznał. Tej nocy miała odpoczywać, a nie podpisywać autografy.

Głośna muzyka rezonowała w czaszce. Mocny bit trząsł całym klubem. Duchota wdzierała się do płuc. Ludzie na parkiecie tańczyli do rytmu lub też wesoło obściskiwali się na środku sali. Każda loża była zajęta, więc Raven niechętnie usiadła przy barze. Zamówiła bezalkoholowe mohito i na zdziwioną minę barmana odpowiedziała wilczym spojrzeniem. Spłoszony, wrócił do pracy.

Raven ogarnęła wzrokiem otaczający ją chaos i westchnęła. Dyskoteka zdecydowanie nie była w jej guście, ale… wszyscy chyba dobrze się bawili. A w końcu o to chodziło. Miała odpocząć. Skoro nic innego nie działało, to może ogłuszająca muzyka pomoże jej wymazać z głowy tego cholernika.

Na samo wspomnienie Red X’a sięgnęła nerwowo do kieszeni. Niepewnie włożyła skręta do ust i przeklęła w myślach na widok trzęsących się dłoni, kiedy go odpalała. Zaciągnęła się. Dym był słodki, choć drapał w gardło. Zakaszlała. Może jednak powinna była przeżywać takie pierwsze razy w zaciszu wieży… Z Tytanami za ścianą czułaby się pewniej. W razie, gdyby jej moce zwariowały czy coś. Z drugiej strony pewnie do końca życia musiałaby wysłuchiwać zaczepek Cyborga i fochów Bestii o pożyczonego skręta. To już chyba lepiej cierpieć w głośnym klubie.

Ciekawe, ile będzie musiała wypalić, by imprezowanie zaczęło jej się w końcu podobać.

Na początku nic nie poczuła. Uporczywe drapanie w gardle zalewała hektolitrami bezalkoholowych drinków. Dopiero po dłuższym czasie zauważyła, że muzyka jakby trochę mniej jej przeszkadza. Nawet mogłaby do niej trochę pokiwać głową. Myśli trochę zwolniły. Zaczęły się rozlewać wokół niej, a próba skupienia się kończyła się fiaskiem. Miała wrażenie, że jej wzrok jednocześnie wyostrzył się i rozmył. Mogła policzyć błyszczące blaszki na kuli dyskotekowej, ale za nic nie potrafiła ustalić, ile szklanek po bezalkoholowych drinkach stało przed nią.

— To mój ulubiony kawałek — usłyszała tuż przy swoim uchu. Zaskoczona wbiła wzrok w stojącego obok chłopaka.

W sumie, to powinna chyba powiedzieć młodego mężczyznę. Miał na oko dwadzieścia kilka lat, nie więcej niż dwadzieścia pięć. Czarne, trochę przydługie włosy zaczesał na bok. Na pełnych ustach czaił się cwaniacki uśmieszek. W pierwszej chwili myślała nawet, że stoi przed nią Grayson. Ten facet był jednak trochę wyższy i bardziej umięśniony. I miał ciemniejszą karnację. No i te brązowe oczy, które wpatrywały się w nią z ciekawością.

Kurczę.

— Taak? — odparła mało inteligentnie. Nie mogła oderwać od niego wzroku.

Roześmiał się.

— Widzę, że już się dobrze bawisz. — Usiadł obok i ruchem dłoni zamówił drinka. Jego ruchy były płynne i zdecydowane. Jakby tańczył z powietrzem, a nie zamawiał alkohol. Czy można tańczyć z powietrzem?

Dziewczyna potrząsnęła głową. Jeśli marycha była w czymś dobra, to na pewno w rozpraszaniu myśli.

— To jak ci na imię? — Nieznajomy oparł się plecami o bar. Wciąż mierzył ją tym hipnotyzującym spojrzeniem.

— Rachel — wydusiła i podała mu rękę.

— Tim. — Pocałował wyciągniętą dłoń, po czym wybuchnął śmiechem.

Zawtórowała mu.

— To co tam u ciebie słychać, Tim? — spytała z głupkowatym uśmiechem, popijając drinka.

— A wiesz, niewiele. — Wzruszył ramionami i odebrał swoje zamówienie. — Piątek wieczór, dobra impreza, ciekawe towarzystwo… — Puścił do niej oko.

Prychnęła.

— Szybko oceniasz rozmówców. — Poczuła ochotę, by popuszczać bąbelki w swoim napoju. Jak wymyśliła, tak zrobiła. Skończyło się na tym, że wylała sobie lepkie mohito na twarz i koszulkę.

Tim ze śmiechem podał jej paczkę serwetek zgarniętą z baru. Nawet pomógł doprowadzić się do porządku.

— Ta impreza ssie — poskarżyła się, kiedy już niezgrabnie wytarła resztki napoju z ubrania. Będzie musiała wziąć prysznic, jak tylko wróci do wieży. Będzie się kleiła jak lep na muchy przez resztę wieczoru. Może jakąś złapie. Złapie muchę na mohito i mokry dekolt. I zje. Ble. Po cholerę miałaby jeść muchy? Zjadłaby coś w sumie. Pizza byłaby spoko.

— Może mogę jakoś ją poprawić? — Pytanie rozwiało jej dogłębne rozważania dotyczące łapania owadów.

— W jaki sposób? — Zmarszczyła czoło. Z zaskoczeniem odkryła, że Tim był od niej wyższy o głowę.

W odpowiedzi przystojniak chwycił jej dłoń i pociągnął ją na środek parkietu. I na nic zdały się jęki, że nie potrafi tańczyć.

Sama nie wiedziała, ile piosenek przetańczyli. Po prostu wirowała, a sprawne ręce Tima pilnowały, by przy okazji na nikogo nie wpadła. Kolory i zapachy pływały wokół niej. Cały świat tańczył razem z nią. Czuła ciągłe spojrzenie roześmianych, brązowych oczu. Czuła się wolna.

Nie miała pojęcia, że taniec jest taki fajny.

Piosenka zmieniła się na wolniejszą. Rae wzięła kilka głębszych wdechów i cofnęła się, by zrobić miejsce osobom schodzącym z parkietu. Wpadła na kogoś.

— Ostrożnie. — Tim objął ją w pasie. Docisnęła plecy do jego umięśnionej klatki piersiowej. Tak dla bezpieczeństwa.

— Jestem ostrożna — mruknęła, choć pewnie jej nie dosłyszał. Zauważyła, że wciąż kołysze się w rytm muzyki, kiedy Tim dołączył do tańca. Dotyk na jej talii zaczął parzyć przez ubranie. Poczuła w głębi coś, co do tej pory budziło się w niej w te nieliczne, samotne noce. Zadrżała, kiedy umięśnione dłonie zjechały powoli na biodra.

Odgłosy wokół zaczęły zanikać. Niepewnie odwróciła się w jego stronę. Serce tłukło się w jej piersi. Twarz Tima była dla niej zagadką. Jedynie oczy zdradzały to, co oboje myśleli.

Dotknęła jego klatki piersiowej. Jego serce biło równie szybko.

Powoli uniosła dłoń i wtopiła ją w jego włosy.

— Rachel… — wychrypiał. Uważnie obserwował każdy jej ruch.

Spojrzała mu prosto w oczy.

— Postaraj się, żebym tego nie żałowała — mruknęła i przyciągnęła go do pocałunku.


***

Obudziło ją światło słoneczne, wpadające przez okno. Początkowo mruknęła coś niewyraźnie i przekręciła się na drugi bok. Dopiero po chwili dotarło do niej, że nie jest u siebie. Otworzyła oczy.

Znajdowała się w obcym mieszkaniu, w obcym łóżku. Pościel pachniała potem i płynem do płukania tkanin. Rozespany mózg powoli odtwarzał wydarzenia wczorajszego wieczoru. Przetarła oczy i jęknęła. Jeszcze nigdy nie czuła się tak sobą zażenowana. Będzie musiała zabić Bestię za to, co trzyma w swoich tajnych skrytkach.

Pomimo nocnych przygód była wypoczęta i zrelaksowana. Po raz pierwszy od dawna nie śniła o Red X’ie. Przeciągnęła się. Obróciła się na drugi bok. Chciała się w końcu dowiedzieć, kto był odpowiedzialny za jej dobry humor.

Tim spał z ręką wetkniętą pod głowę. Pochrapywał lekko przez sen. Dopiero wtedy Rae zauważyła, że jego klatka piersiowa była pokryta licznymi bliznami. Niepewnie przesunęła wzrok od jego torsu w górę. Zamarła.

Od podbródka przez usta mężczyzny ciągnęła się lekka szrama.

Drżącą ręką dotknęła twarzy śpiącego. Przesunęła kciukiem wzdłuż lewego policzka. Na jej palcu została odrobina pudru.

Mężczyzna otworzył oczy. Przez chwilę przyglądał się kochance przyćmionym wzrokiem. Dopiero po chwili poderwał się do pozycji siedzącej.

— Błagam, powiedz mi, że ty nie jesteś… — zaczęła cicho, kręcąc głową. To nie mógł być on. To po prostu nie mógł być on. Jakiego pieprzonego pecha musiałaby mieć, by w tak wielkim mieście jak Jump City wpaść na-…

— Raven? — wydukał. Dotknął miejsca, które jeszcze przed chwilę badała. Zaschnięte płatki pudru opadły na poduszkę.

— Red X. Pieprzony Red X.

Wyszczerzył się.

— We własnej osobie.

niedziela, 17 stycznia 2021

[Medusa] Potłuczone posągi

Medusa nasunęła okulary na nos. Otrzepała bluzę z kurzu. Węże zasyczały po raz ostatni i opadły bezwładnie na ramiona, przybierając wygląd dredów. Przygładziła je, zarzuciła kaptur na głowę i zerknęła w stronę kontenera na śmierci.

— Już po wszystkim — mruknęła. — Możesz otworzyć oczy.

Skulona przy śmietniku dziewczyna zadrżała. Niepewnie odsunęła dłonie od twarzy i rozejrzała się. Jej niedoszli oprawcy zniknęli. Zamiast nich po zaułku rozrzucone zostały spore ilości popękanych kamiennych fragmentów, jakby ktoś cisnął o ziemię ogromną marmurową figurą.

— Co… się stało? — wydusiła z trudem. Spoconą dłonią sięgnęła po odłamek leżący u jej stóp. Odwróciła go i zamarła.

Kamień przedstawiał twarz jednego z oprychów. Zostały po nim tylko zastygłe w krzyku usta, kawałek nosa i lewe oko.

— Jak… — wydukała.

— Nie mów nikomu. — Medusa wbiła ręce w kieszenie bluzy, przeklinając w myślach własną głupotę. Nie powinna była się mieszać. Zaraz znowu w Internecie zrobi się szum, tak jak z tym gościem w parku i Banksym. W końcu komuś nadepnie na odcisk takimi wybrykami.

Poczuła zimno, jakby ktoś wbijał w jej plecy tysiące maleńkich, lodowych igieł. Odwróciła się, napinając mięśnie. W najlepszym przypadku będzie mogła zamienić nieproszonego gościa w kamień. W najgorszym znów będzie musiała czekać tysiące lat, aż ktoś ją przywróci do życia.

— Hades — mruknęła. Był jednym z ostatnich, których spodziewałaby się zobaczyć w środku miasta.

— Medusa. — Mężczyzna skinął głową.

Był wyższy, niż go zapamiętała. Kiedy ostatnio się widzieli, przypominał wiekowe, wysuszone drzewo owinięte szlafrokiem. Teraz, choć zmalał, na pewno nabrał ogłady. A przynajmniej nie próbował na dzień dobry wrzucić jej do głębin Tartaru.

Hades odchrząknął i poprawił poły marynarki. Zerknął na walające się po uliczce kawałki kamieni. — Słyszałem o twoich ostatnich… wyczynach, ale nie chciałem im wierzyć.

— Sprawa z parkiem rozeszła się po kościach. Nie ściągam na siebie uwagi — powiedziała szybko. Poczuła, jak od zimna różowieją jej policzki.

— Najpierw księgarnia, teraz to… — Hades pokręcił głową, poprawiając mankiety koszuli. Ściągnął z nosa okulary przeciwsłoneczne i włożył je do kieszeni marynarki. Jego źrenice, tęczówki i same białka oczu były tak czarne, że zlewały się w jedno. — Obiecałem, że nie będę cię powstrzymywał, ale musisz bardziej uważać.

— I po to tu jesteś? Żeby mnie upomnieć? — Węże ukryte pod kapturem poruszyły się niespokojnie.  – Czy może chcesz pożyczyć swoją niewidzialną czapeczkę kolejnemu śmiałkowi, który będzie chciał odciąć mi głowę?

Zimny wiatr przeszył ją na wskroś.

— Moja żona chciałaby się z tobą zobaczyć. — Uśmiechnął się lekko. — Zaprasza cię do Ogrodów Elizyjskich.

— Dlaczego?

— O to będziesz musiała zapytać ją osobiście. — Hades, który do tej pory zasłaniał swoimi barczystymi ramionami pół uliczki, odsunął się i wskazał ręką w stronę wyjścia. — Zanim coś powiesz, pragnę nadmienić, że nie wypada odmawiać komuś, kto cię obudził. Podejrzewam również, że chciałabyś zobaczyć prawnuka.

Medusa zmarszczyła brwi. Co z jej obudzeniem miała wspólnego Persefona?

— Medusa… — Przerażona dziewczyna w końcu odważyła się wstać. W rękach mocno ściskała potrzaskaną twarz mężczyzny, który jeszcze chwilę temu próbował ją zaatakować. — Ja… dziękuję.

— Uważaj na siebie. — Medusa kiwnęła głową. Razem z Hadesem zniknęła za rogiem. Uliczkę spowiła cisza.

Przenikające zimno stopniowo ustąpiło lipcowemu skwarowi. 

***

Dzień dobry, ktoś jeszcze pamięta o tym przerywniku pisarskim? Bo ja na przykład przypomniałam sobie wczoraj, że miałam jakieś resztki tego dzieła zapisane na dysku, to otworzyłam, poprawiłam i wrzucam, bo dlaczego by nie.  Część pierwsza do przeczytania tutaj.

To jak, ktoś ma pomysł, czego Persefona może chcieć od Medusy? Bo ja na przykład nie i szukam inspiracji. Chętnie poczytam wasze przemyślenia :D.

wtorek, 4 lutego 2020

[Medusa] Księgarnia

Dzień dobry!
Kontynuujemy tradycję wrzucania tego, co musiałam napisać na studia. Dziś przychodzę do Was z krótkim opowiadankiem pisanym na zaliczenie. A dla cierpliwych i żądnych przygód Matyldy mam scenariusz, wystarczy kliknąć tutaj. Miłej lektury!
No i jeszcze małe wytłumaczenie: mieliśmy napisać opowiadanie pod wybrane zdjęcie, so... oto fotka:

Zadźwięczał dzwonek zawieszony nad drzwiami.
— Dzień dobry! 
Dziewczyna weszła do środka, złożyła parasol i kiwnęła głową w odpowiedzi na przywitanie ekspedientki. Nasunęła kaptur bluzy głębiej na twarz. Rozejrzała się po pomieszczeniu. 
W księgarni unosił się charakterystyczny zapach tuszu drukarskiego, zmieszany z wonią świeżo parzonej kawy. Ściany w bladożółtym kolorze rozjaśniały ciasne pomieszczenie. Regały ustawione pod ścianami pękały w szwach. Na środku sklepu stał stół. Tkwiły na nim stosy przecenionych tomów i czasopism. Siedząca za kontuarem ekspedientka sączyła powoli kawę i ze znużeniem przeglądała coś na ekranie podstarzałego komputera. Za kobietą znajdowały się uchylone drzwi. Nad jej głową migotały lampki choinkowe. W tle radio grało pierwsze w tym roku Last Christmas. 
Potencjalna klientka poprawiła zsuwające się z nosa okulary przeciwsłoneczne. Podeszła do regału z literaturą zagraniczną. Sięgnęła po książkę z niebieską okładką, której tytuł zapisany został alfabetem greckim. Dziewczyna przeczytała po łebkach blurb. Uśmiechnęła się pod nosem. W takich malutkich księgarnio-antykwariatach można było czasem znaleźć prawdziwe perełki. 
Znów rozbrzmiał dzwonek. Do księgarni wszedł szybkim krokiem wyłysiały mężczyzna. W jednej ręce mocno ściskał skórzaną teczkę, a w drugiej telefon. Podłoga zaskrzypiała pod jego stopami, gdy podszedł do kasy. 
— Dzień dobry. — Ekspedientka oderwała się od ekranu komputera i uśmiechnęła się uprzejmie. — W czym mogę pomóc? 
— Szukam książki… — Mężczyzna zerknął na ekran telefonu. — „O kotku, który lubił podróżować i pewnego dnia się zgubił, ma żółtą okładkę i kota z kokardką” — przeczytał i wygasił ekran. 
— Em… Zna pan autora lub tytuł? 
— Gdybym znał, nie robiłbym z siebie idioty czytając o kotkach i kokardkach — burknął. — Macie czy nie? 
— Już szukam. — Kobieta wyszła zza lady i podeszła do regału z oznaczeniem działu dziecięcego. Przez kilka minut wyciągała kolejne książeczki o okładkach w odpowiednim kolorze. Facet obserwował każdy jej ruch. 
— Proszę dać mi chwilę. — Uśmiechnęła się przepraszająco. — Przyniosę drabinę i zobaczę, czy nie ma jej na wyższych półkach. 
— Byle szybko. — Mężczyzna wlepił oczy w telefon. Ekspedientka w tym czasie zniknęła za drzwiami. Po kolejnej minucie lub dwóch wróciła z niewielką drabiną. Po jej rozłożeniu wspięła się na szczyt i wróciła do poszukiwań. 
Tymczasem dziewczyna w kapturze skończyła przeglądać kolejną książkę. Już miała kierować się do kasy, kiedy jej uwagę przykuło coś dziwnego. Mężczyzna wsunął telefon tuż pod spódnicę ekspedientki, po czym dotknął ekranu. Rozległ się cichy trzask. 
Spod kaptura dziewczyny wypadł pojedynczy, zielony dred. Naprędce upchnęła go pod materiał. Chwyciła kolejną książkę, by zasłonić twarz. 
— Przykro mi, nie znalazłam. — Ekspedientka zeszła z drabiny i otrzepała ręce z kurzu. — Jeśli może pan poczekać jeszcze chwilę, mogę sprawdzić na zapleczu. 
Klient łaskawie skinął głową i wrócił do przeglądania telefonu. Kobieta wraz z drabiną znów zniknęła za drzwiami. Mężczyzna uśmiechnął się pod nosem, odprowadzając ją wzrokiem. Poczuł szturchnięcie w ramię. 
— Co… — Odwrócił się i zamarł. 
Dziewczyna zdjęła okulary. Jej źrenice przybrały kolor ognia. Spod kaptura wysunęły się tuziny rozsyczanych węży. Wszystko potoczyło się błyskawicznie. Mężczyzna nie zdążył krzyknąć. 
Krzyknęła natomiast ekspedientka, gdy wróciła z zaplecza. Na środku księgarni stał kamienny posąg, który jeszcze przed chwilą był niecierpliwym klientem. Jego twarz zastygła w czystym przerażeniu. 
Zadźwięczał dzwonek zawieszony nad drzwiami. Dziewczyna w kapturze zniknęła.

poniedziałek, 6 maja 2019

Powrót do domu, cz.2

 – Dlaczego w sumie nie założysz jej z powrotem? Twoje mocy mogłyby nam bardzo ułatwić sprawę. – Dick wskazał podbródkiem czakrę, którą kobieta obracała w dłoniach. Siedzieli właśnie w samochodzie mężczyzny, zmierzając w stronę swojej starej bazy. Przed niecałą godziną ktoś napadł na muzeum mieszczące się w wieży T. Policja szybko doszła do wniosku, że pomoc Graysona może okazać się w tej sprawie nieoceniona. W końcu to on zarządzał budową wszystkich tajnych przejść i skrytek w budynku jeszcze za czasów działania drużyny.
– Już dawno nie bawiłam się w magię. Takie nagłe skupienie nagromadzonej mocy mogłoby się dla nas źle skończyć. – Rachel uważnie przyglądała się trzymanemu w dłoniach kamyczkowi, zastanawiając się, czy to właśnie tej nocy znów będzie musiała skorzystać z jego pomocy. Niewielki rubin w kształcie deltoidu wyglądał bardzo niepozornie. To za jego pomocą Rachel przez lata koncentrowała swoją moc, dzięki której potrafiła teleportować się z miejsca na miejsce, latać czy używać telekinezy. Postanowiła z nich zrezygnować po rozpadzie drużyny, by móc w końcu spróbować żyć jak normalny człowiek. Z sentymentu trzymała go zawsze w szczelnie zamkniętym pudełku po pierścionku zaręczynowym, które nosiła przy sobie. – Poza tym wydaje mi się podejrzane, że z wieży pełnej elektronicznych cudeniek zniknęła tylko stara, rozwalona maska. Podejrzewam, że Tara i Slade specjalnie chcieli nas tam ściągnąć. Jeżeli ta pogróżka została rzeczywiście wysłana przez Tarę, to znak, że nas obserwowali i wiedzą, że od dawna nie korzystałam z mocy. W takim wypadku wolę, by do ostatniej chwili uważali mnie za słabą, durną prawniczkę, która nie potrafi się bronić.
Dick uśmiechnął się pod nosem.
– To bardzo pokrętna logika, ale niech ci będzie. – Skręcili na most prowadzący do wieży. – Na pewno oboje musimy być przygotowani na walkę. Mam nadzieję, że coś tam z naszych treningów jeszcze pamiętasz.
– To jak jazda na rowerze. Takich rzeczy się nie zapomina. – Posłała mu lekki uśmiech. – Plus jadę na misję z wyszkolonym policjantem, detektywem i bohaterem. Raczej nie mam się czego obawiać.
– Wiadomo. – Puścił do niej perskie oko. Po kilku minutach dotarli na miejsce. Grayson zaparkował samochód na świeżo wybudowanym parkingu, który kiedyś był polem treningowym z przeszkodami. Zgasił silnik i odetchnął głęboko.
– Trochę dziwnie znowu się tu znaleźć po tylu latach – wyznał, przyglądając się budynkowi przez szybę pojazdu. W ogromnych oknach odbijał się blask wschodzącego księżyca i policyjnych kogutów. – To w pewnym sensie taki symboliczny powrót do domu dla mnie.
Rachel poklepała go po dłoni.
– Chodź, idziemy zaprowadzić porządek w tym naszym domu.
Na te słowa Grayson wyszczerzył zęby i jednym susem wyskoczył z samochodu. Kobieta wywróciła oczami i również opuściła pojazd, wrzucając czakrę do kieszeni. Nigdy w końcu nie wiadomo, kiedy może się przydać, prawda?
Oboje przeszli przez duży parking, wymijając kilka policyjnych samochodów i karetkę, po czym weszli do budynku. Jedyną zmianą w wielkim i przestronnym holu było kilka kas, położonych tuż przy wejściu do windy. Gdyby nie cała ta sytuacja, Rachel może i by się wzruszyła na ten widok. W końcu to tutaj łatała nogę Garfielda, a później zaatakował ich Rój...
Od razu przybiegł do nich jeden z mundurowych, wyraźnie zadowolony z ich przybycia.
– Dobrze, że pan jest, panie Grayson. – Mężczyźni uścisnęli sobie dłonie. – Pani Roth, jak mniemam? – Skłonił głowę w jej stronę. – Proszę za mną, pani kapitan już na was czeka.
– Dziękujemy – rzucił Richard i cała trójka ruszyła w stronę windy. Po drodze policjant zaznajomił ich ze sprawą – muzeum zostało obrabowane około godziny jedenastej, kiedy wszyscy pracownicy opuścili już budynek. Na miejscu był tylko jeden ochroniarz, którego znalezniono nieprzytomnego w holu. Nagrania z kamer zarejestrowaly dwóch włamywaczy.
– Nie wiemy, w jaki sposób dostali się do środka. Musieli zhakować alarmy. Nie wiemy też, w jaki sposób uciekli. Po prostu na obrazie z jednej z kamer kradną, a na kolejnej już ich nie ma. – Winda piknęła, drzwi otworzyły się i policjant wyszedł na korytarz. Rachel i Dick wymienili ze sobą porozumiewawcze spojrzenie. Slade i Tara prawdopodobnie wciąż byli w wieży.
W końcu dotarli do pomieszczenia, które kiedyś służyło drużynie za salon, kuchnię i miejsce spotkań. Kobieta z pewnym zdziwieniem zauważyła, że poza kilkoma gablotami z eksponatami upamiętniającymi drużynę niewiele się zmieniło. No, może tylko to, że w końcu zlew nie był zawalony toną brudnych naczyń.
Przy okrągłym stole, ustawionym naprzeciwko wielkiego ekranu, pracowało kilku policjantów. Kobieta w mundurze zdradzającym rangę kapitana na widok gości oderwała się na chwilę od pracy. Rzuciła kilka słów do swoich współpracowników, którzy natychmiast udali się wykonać polecone im zadania.
– Dobrze was znowu widzieć. Szkoda tylko, że w takich okolicznościach – usłyszeli zamiast powitania. Na te słowa zdziwiony Richard przystanął na chwilę. Rachel, która doskonale wiedziała, kto ostatnio otrzymał stanowisko kapitana, uśmiechnęła się pod nosem na widok zaskoczonego przyjaciela. Policjantka zdjęła z głowy czapkę, zasłaniającą do tej pory twarz, po czym uśmiechnęła się promiennie do przybyszów. Na jej ramiona posypały się czarne, kręcone włosy.
– No cześć, Cudowny Chłopcze. Widzę, że wróciłeś na stare śmieci.
– D...Donna? – wydukał zdziwiony Richard. Kiedy kobieta kiwnęła twierdząco głową, Grayson rzucił się jej w ramiona. Rachel z odpowiedniej odległości obserwowała to wylewne powitanie, pełne przytulania i śmiechu. Ta dwójka tak już po prostu miała.
Po kilku minutach przyjaciele opanowali swoją radość z ponownego spotkania na tyle, by móc w końcu skupić się na tym, po co wszyscy przyjechali.
– Ochroniarz twierdzi, że nic nie widział, usłyszał tylko hałas, poszedł go sprawdzić, dostał w głowę i na tym się skończyło. – Donna przeczesała włosy palcami, siadając na krześle. Wystukała kilka przycisków na klawiaturze i po chwili za jej plecami ukazał się zapis z monitoringu. – Mamy tylko tyle.
Rachel i Dick zajęli miejsca naprzeciwko niej. Ekran został podzielony na cztery części, a na każdej z nich wyświetlał się obraz z innej kamery – trzy umieszczone były w pomieszczeniu z eksponatami, a czwarta nagrywała jedyne drzwi wyjściowe.
Wszyscy skupili się na nagraniu. Przez pierwsze dziesięć sekund nic się nie działo. Później w pomieszczeniu pojawił się dym, który bardzo szybko zasłonił pole widzenia kamery. Na innym ujęciu Dick dostrzegł zarysy dwóch postaci – jedna z nich kombinowała coś przy panelu wejściowym, a druga czekała. Gdy otrzymała znak od tej pierwszej, zbiła szybę w gablocie i ukradła maskę. Postaci znów zanurzyły się w dymie, którego ciągle przybywało. Niespodziewanie w trzecim ujęciu na chwilę mignęła czyjaś twarz. Kamera zdążyła uchwycić tylko szczękę zamaskowanego przestępcy, który specjalnie podwinął materiałową maskę, by pokazać widzom język. Tuż po tym występie kamera została zbita.
– Tara – mruknął Dick.
Donna posłała mu zdziwione spojrzenie.
– Poznałeś ją po języku?
– Drzwi cały czas pozostały zamknięte – zauważyła Rachel, splatając ręce na piersiach.
– Sprawdzaliście rury wentylacyjne? – spytał Richard, choć spodziewał się odpowiedzi.
– Tak, chociaż jedyna kratka wentylacyjna w pokoju była nienaruszona. W środku też nie znaleźliśmy żadnych śladów. – Donna wyłączyła ekran i spojrzała to na jedno, to na drugie. – Podejrzewam, że gdzieś tam jest ukryte wejście, ale moi ludzie nie potrafili go znaleźć. Tylko ty miałeś dostęp do dokładnych planów budynku.
– Spaliłem je lata temu, by ktoś ich nie dopadł – wyjaśnił Grayson, przysuwając sobie pod nos dokumenty zgromadzone przez Donnę. 
– Co za paranoik. – Rachel z westchnieniem odchyliła się na oparciu. 
– Słuchajcie, sprawa ma się w ten sposób. – Donna splotła palce dłoni. – Jeśli to naprawdę była Tara, a jej towarzyszem Slade, to mamy do czynienia z psychopatką i wyszkolonym najemnikiem. Mam związane ręce, moi ludzie sobie z nimi nie poradzą. Dopóki też nie będziemy mieć absolutnej pewności, że ta dwójka cały czas jest na terenie wieży, nie mogę wezwać sił specjalnych. Możemy to rozwiązać w ten sposób, że zamykam sprawę ze względu na brak poszlak, zabieram swoich, a wy nieoficjalnie zostajecie na miejscu i kontynuujecie poszukiwania. 
– Nie wiem, czy to najlepszy pomysł – zaczęła Rachel, odgarniając włosy z twarzy. – Jak znam życie Dick pewnie trenował, ale ja ostatni raz biłam się jakieś siedem, osiem lat temu? Z magii też zrezygnowałam. Gdybym teraz spróbowała jej użyć, to w najlepszym przypadku straciłabym przytomność po użyciu telekinezy na kubku. 
– Hej, nie bądź taką pesymistką. Tara może i jest szurnięta, ale pamiętaj, że do tej pory siedziała w jaskini zamieniona w kamień. – Richard poklepał przyjaciółkę po ramieniu. Ta uniosła brew i rzuciła mu wymowne spojrzenie. 
– I Slade na pewno nie przeprowadził jej przynajmniej podstawowego treningu przed napadem na strzeżone muzeum. Brzmi logicznie – sakrnęła. 
Donna uśmiechnęła się pod nosem. 
– Macie po swojej stronie dobrą znajomość terenu. Plus Slade, jakkolwiek dobry by nie był, także się starzeje. Czasy swojej świetności ma już dawno za sobą. – Poprawiła włosy i założyła czapkę. – Inaczej nawet by się nie chował, tylko wparował tutaj z karabinem i pozbył się nas wszystkich. 
W tym momencie zgasło światło. 
Cała akcja potoczyła się bardzo szybko. Odcięto prąd i awaryjny generator. Ziemia zatrzęsła się, a pokój zapełnił dymem. Rozległy się krzyki policjantów oraz wystrzały. Przyjaciele zbili się w ciasną grupę, kaszląc i krztusząc się. Richard wyciągnął spod skórzanej kurtki składany metalowy kij. Machnął nim na oślep. 
– Nie rozdzielać się! – wrzasnęła Donna. – Zostańcie tutaj. Muszę chronić resztę. – Rozwinęła lasso, które nie wiadomo kiedy pojawiło się w jej dłoni. 
– Pewnie, khe-khe, tobie samej świetnie pójdzie – sarknęła Rachel. Stała zwrócona plecami do reszty, gotowa na kolejny atak. Była wściekła na samą siebie. Rezygnacja z mocy i z treningów to najgłupsze, co kiedykolwiek zrobiła. 
– Nasza głupiutka wiedźma w końcu powiedziała coś mądrego! Gratulacje! – rozległo się gdzieś w oddali. 
Donna rzuciła się w tamtą stronę. Rachel i Dick stracili ją z oczu. 
– Donna! 
W odpowiedzi usłyszeli głuche łupnięcie i jej jęk. 
– Slade! Walczysz jak tchórz! Pokaż się, do cholery! – krzyknął w przestrzeń Richard. 
Rachel osłaniała jego plecy, krztusząc się. Dym ciągle nie opadał. 
Gdzieś w oddali rozległ się szaleńczy śmiech Tary, a zaraz po nim świst. Dick pociągnął Rachel, padając na ziemię. Nad ich głowami przeleciał deszcz cegieł. Kobieta zamknęła oczy. Jeśli udałoby się jej skupić, może mogłaby wyczuć, gdzie znajdują się przeciwnicy. 
Grayson zaklął pod nosem. Rachel wyczuła szarpnięcie negatywnej energii tuż obok. Otworzyła oczy i zobaczyła Slade’a skradającego się w ich stronę. Nie zdążyła zareagować – potężne uderzenie głazem zwaliło ją z nóg. Straciła przytomność. 
*** 
Ocknęła się z okropnym bólem głowy. Przez dłuższą chwilę po prostu mrugała, przyzwyczajając wzrok do panujących wokół ciemności. Próbowała się poruszyć. Dopiero wtedy zauważyła, że od pasa w dół została uwięziona w kopcu z litej skały. Jej ręce również zostały zakopane. 
Rozejrzała się, próbując ocenić sytuację. Tuż obok niej w takiej samej pułapce tkwił nieprzytomny Grayson. Z jego czoła sączyła się krew. Pod ścianą leżała Donna. Wrzucono ją do metalowej klatki pod napięciem. 
Rachel zamknęła oczy. Skupiła swoją moc, próbując telepatycznie porozumieć się z którymkolwiek z przyjaciół, na marne. Albo to oni byli zbyt nieprzytomni, by mogła do nich dotrzeć, albo to ona była za słaba. 
Mimowolnie syknęła. Ból się nasilił. Odezwało się również lewa noga. Pewnie złamana. 
– No, w końcu wstałaś. – Do pomieszczenia weszła Tara, odpalając papierosa. Uśmiechnięta od ucha do ucha, przytoczyła do swojego pasa lasso, które połyskiwało złotą poświatą. Podeszła do Rachel i chwyciła ją za podbródek, zmuszając do spojrzenia. 
– Czego chcecie? 
– Nic takiego. Po prostu wytniemy wam nery i opchniemy na czarnym rynku. – Roześmiała się, wydmuchując dym prosto w jej nozdrza. Rachel zakaszlała. 
– Nie drażnij ich. – W pokoju zjawił się Slade. Wyciągnął z pasa telefon i wybrał numer. – I najlepiej siedź cicho, to ważne. 
Tara chciała się jakoś odgryźć, ale mężczyzna machnął na nią dłonią, pogrążając się w rozmowie. Obrażona, pokazała mu język, ale posłusznie odsunęła się od więźniów. Rozsiadła się na krześle naprzeciwko nich, z lubością zaciągając się papierosem. 
Rachel wzięła głęboki oddech dla uspokojenia nerwów. Musiała się jakoś uwolnić, pomóc Graysonowi, wyciągnąć Donnę z klatki i jeszcze złapać przestępców. Do dyspozycji miała własne pięści. 
„No to po nas” – przemknęło jej przez głowę. Natychmiast skarciła się za tak pesymistyczne myślenie. Na pewno istnieje jakieś wyjście z tej sytuacji. Trzeba je tylko znaleźć. 
Zauważyła, że Richard nieznacznie się poruszył. Pełna nadziei, znów zamknęła oczy i ponownie spróbowała telepatii. 
Dick, słyszysz mnie? 
Rachel? – Zerknął na nią zaskoczony. – Co się stało? Cholera, nie czuję ręki. 
Straciłam przytomność. Pamiętam tylko, że Slade się na ciebie czaił. – Otworzyła oczy. 
Tara przyglądała jej się badawczo. By nie wzbudzać podejrzeń, Rachel posłała jej spojrzenie pełne pogardy. Złodziejka na ten widok zachichotała i odchyliła się na oparciu krzesła. 
Słyszysz mnie jeszcze? Martwię się o Donnę. Nie daje znaków życia. 
Możesz ją jakoś obudzić? – Grayson nie podnosił głowy. Pomieszczenie rozświetlały tylko nikły blask lassa, papieros Tary i niewielki ekran generatora prądu. Pewnie żaden z przestępców nie zauważył jego przebudzenia. 
Próbowałam wejść jej do głowy, ale nie dałam rady. Gdybym tylko mogła założyć czakrę… 
Mówiłaś, że to niebezpieczne. 
Zostaliśmy schwytani przez dwóch psycholi, Donna jest nieprzytomna i nie mamy się jak uwolnić. Zgadnij, co jest dla nas w tym momencie większym zagrożeniem. 
– Widzę w tych twoich ślepkach, że coś kombinujesz. Odpuść sobie, nie wyjdziesz stąd żywa. – Tara niespodziewanie wstała i przykucnęła przy pojmanej. – Pojedziecie do laboratorium, w którym przerabiają takich jak wy na mielonkę. 
– To dlaczego nas jeszcze nie zabiliście? – mruknęła Rachel, zdmuchując z czoła sklejone włosy. Ze zdziwieniem zauważyła otarcia na szyi Tary. Ktoś ją dusił? 
– Uwierz mi, gdyby to zależało ode mnie, już dawno gryzłabyś piach. – Obracała przez chwilę niedopałek w palcach. Nagle przytknęła rozżarzoną końcówkę do policzka Rachel. Ta zacisnęła zęby, ale nie wydała z siebie żadnego dźwięku. Nie chciała dać tej psychopatce satysfakcji. 
– Pff, pięknie się popisujesz. – Tara odrzuciła niedopałek, nie przejmując się nawet dogaszaniem go. Wstała i zaczęła krążyć po pomieszczeniu. 
– Co to ma znaczyć? – Slade podniósł głos. – Umawialiśmy się inaczej. Dopóki nie wypełnicie swojej części, nie macie na co liczyć. 
– Jakieś problemy? – wyszeptała Tara, uczepiając się jego ramienia. Ten machnął dłonią, jakby chciał odgonić się od uporczywej muchy. 
Co robimy? – Rachel zerknęła na Graysona. 
Pasowałoby ich czymś zająć. Daj mi pięć minut, coś wymyślę. 
– Dobra. Nie zapomnij o zapłacie. – Slade rozłączył się i podrzucił telefon kilka razy. – Przygotuj ich do wyjazdu. Ja załatwię transport. 
– Tak jest! – Tara zasalutowała. Wyszczerzyła się od ucha do ucha, gdy Slade pogłaskał ją po policzku. 
To może być nasza szansa. Co mam robić? 
Rozpieprz. 
– Koniec leżakowania, idziemy was wrzucić do wulkanu. – Kobieta podeszła do więźniów, odpinając lasso. – Zobaczmy, jak to cacko działa. – Skinieniem dłoni skruszyła skałę wokół Richarda. 
Rzuciła sznur w jego stronę, jednak Grayson był szybszy. Padł na brzuch i przeturlał się na bok. Zanim Tara zdążyła zareagować, cisnął w jej stronę dysk. Wybuchł pod stopami kobiety. Energia odrzuciła ją na ścianę. Richard podbiegł do Rachel. Jego lewa ręka bezwładnie zwisała wzdłuż ciała. Wbił kolejny gadżet w skałę. 
– Zakładaj czakrę i pomóż Donnie. Ja biorę Tarę. – Odskoczył w bok, a kolejny wybuch uwolnił Rachel. Gdy tylko znów mogła poruszać rękami, sięgnęła do kieszeni. Na całe szczęście rubin wciąż tam był. 
– Zamorduję was! – wrzasnęła Tara, z trudem podnosząc się na nogi. 
– To się jeszcze okaże. – Richard natarł na nią. Tym samym kupił Rachel trochę czasu. 
– Azarath, Metrion, Zinthos – wymamrotała pod nosem. Przyłożyła czakrę do czoła. Poczuła, jak cała moc, którą nosiła w sobie do tej pory koncentruje się w niewielkim kamieniu. Wzięła głęboki oddech. Teraz mogła ruszać do walki. 
Ignorując ból w łydce, dokuśtykała najszybciej jak potrafiła do klatki. Donna w dalszym ciągu nie odzyskała przytomności. Machnęła dłonią, by przeciąć kable od generatora. Nagromadzona moc wysadziła urządzenie w powietrze. 
“To było do przewidzenia”. – Przykucnęła przy celi, próbując znaleźć sposób na wydobycie ze środka przyjaciółki. Sztuczka z przecinaniem rzeczy mogłaby zaszkodzić Donnie. 
Rozległ się huk. Grayson upadł obok klatki, jęcząc z bólu. 
– Chcesz się zamienić? – wydusił, próbując wyplątać nadgarstek z uchwytu lassa. 
– Pewnie. – Rachel wstała. Odwróciła się w stronę Tary. 
– Jesteście martwi! – wrzasnęła. Richard, nawet z tylko jedną sprawną ręką, mocno ją poturbował. Na bank miała złamany nos i pewnie kilka żeber. 
– Odpuść sobie, Tara. – Rachel przywołała moc, formując dwie kule czarnej energii wokół swoich dłoni. Dobrze było znów poczuć ten przypływ mocy. – Mamy przewagę liczebną. 
– Chyba kpisz! – Obłąkany śmiech Tary zakończył się charczącym kaszlem. – Jesteście niczym, jak tylko wrzodem na dupie! Już dawno powinnam była was załatwić! 
Rachel przyjęła pozycję bojową. 
– No to spróbuj. 
Tara wydała z siebie dziki ryk, rzucając się na przeciwniczkę z pięściami. Rachel sparowała cios i podcięła Tarze nogi. Ta przeturlała się na bok. Uderzyła pięścią w ziemię, wywołując wstrząs. Rachel wzbiła się w powietrze. Posłała w stronę przestępczyni resztki generatora. Jako rewanż Tara zaczęła miotać w nią kawałkami skały. 
Rachel osłoniła się barierą z czarnej mocy. Czuła, jak jej ciało słabnie. Jeszcze trochę i nie będzie w stanie walczyć. Najważniejsze, żeby odciągnąć tą psychopatkę od Dicka i Donny. Reszta się nie liczy. 
Deszcz kamieni ustał na chwilę. Posłała swoją dotychczasową osłonę w stronę przeciwniczki. Tara pojawiła się tuż za plecami i uderzyła Rachel w kręgosłup. Jęknęła głucho, upadając na kolana. Skuliła się, przywołując cienką barierę. 
Tara rzucała w nią każdym kamieniem, jaki tylko znalazła. Osłona zaczęła pękać pod wpływem uderzeń. 
– I kto jest teraz górą?! – Tara z psychopatycznym uśmiechem na ustach przyciągnęła do siebie wielki kawałek skały. Zaczęła rytmicznie uderzać nim o barierę, która po kilku chwilach rozpadła się. 
Tara chwyciła Rachel za ubranie i podniosła ledwo przytomną przeciwniczkę do góry. Ukształtowała mocą kamień w cienkie ostrze, które zawisło tuż przy szyi pokonanej. 
– Zawsze byłaś nikim. Jesteś wiedźmą, którą powinno się spalić na stosie. Powinnaś gnić w piekle – wycedziła, po czym splunęła krwią w twarz Rachel. 
W tym momencie dookoła Tary zabłysło magiczne lasso. Lina błyskawicznie ją oplotła, zmuszając do upuszczenia broni i Rachel. Ta upadła na podłogę z głuchym łoskotem. 
*** 
– I co teraz? – Pociągnęła łyk ciepłego napoju, który dostała od jednego z ratowników. Płuca ciągle jej dokuczały. Lekarz naciskał, by całą trójkę przewieźć jak najszybciej do szpitala. Przyjaciele zgodnie uparli się, że nigdzie nie pojadą, dopóki wszyscy policjanci nie zostaną wyciągnięci spod gruzów. Przez destrukcyjne zapędy Tary w budynku zawaliła się połowa wschodniej ściany. 
– Slade wrócił. Trzeba będzie się nim zająć. – Richard skinieniem głowy podziękował ratownikowi, który właśnie skończył zabandażować zranioną rękę. 
Cała trójka stała przy karetce. Przyglądali się, jak ratownicy wyprowadzają ostatnich rannych z budynku. Kilku policjantów, którzy w momencie ataku znajdowali się poza wieżą, przejęło od bohaterów Tarę. Pod wpływem lassa trochę spokorniała – na dobry początek przestała ciągle krzyczeć. Wsadzono ją do opancerzonego pojazdu. Postanowiono, że zostanie przesłuchana dopiero na komisariacie. 
– Dlaczego zostawił ją samą? Jeśli na serio chciał nas komuś sprzedać, powinien wrócić jak tylko usłyszał, że walczymy. – Donna wpatrywała się w swój plastikowy kubek z nieodgadnionym wyrazem twarzy. 
– No i komu zależało na złapaniu nas? Co z nami chcieli zrobić? – Pytanie Rachel zawisło w powietrzu. 
– A może… – zaczął niespodziewanie Grayson. – Może Slade’owi o to chodziło? Może chciał się pozbyć Tary? 
– To nie miałoby sensu, patrząc na to, że sam ją wyciągał spod kamienia – zauważyła Rachel. – Ale z drugiej strony… widziałam, że miała otarcia na szyi, jakby ktoś ją dusił. Może Slade się nad nią znęcał.
– Jedyne, co możemy teraz zrobić, to poczekać na jej przesłuchanie. Takie gdybanie do niczego nas nie doprowadzi. – Dick wzruszył ramionami. – Masz rację. – Donna zgniotła pusty kubek. – Zbierajmy się stąd.


Jeśli ktoś wątpił w to, że nie potrafię pisać scen walki, oto dowód. DC w sumie ostatnim razem nie poradziło sobie z walką Terra vs. Raven, a niby ja miałam temu podołać? XD
W dalszym ciągu dziękuję za betę Skoi <3. Co prawda widać, w którym momencie zakończyła betowanie (bo ostatnie sceny pisałam na kilka godzin przed wysłaniem tekstu i już zabrakło czasu na poprawki), ale podziękowania należą się jej za to, że wytrzymała moje ciągłe "no heeeeej, zerkniesz mi na taką a taką scenę?".  
Życzę miłej lekturki i zachęcam do wyrażania opinii :D.