Po
kilku godzinach uporczywego kombinowania doszłam do wniosku, że zanim rozpocznę
na dobre poszukiwanie mordercy, powinnam odszukać Cartera i powiadomić go o
losach jego siostry. Po cichu liczyłam też na to, że w trakcie mojego małego
śledztwa dowiem się czegoś odnośnie zabójcy. Dzięki kilku godzinom poświęconym
przez Robina na hakowanie internetu weszłam w posiadanie pokaźnej sterty
papierów dotyczących historii sierocińca od momentu mojego dołączenia do
Tytanów aż po najnowsze zapisy. Z pomocą Bestii udało mi się również powiesić
nad stołem tablicę korkową, do której przypięłam najważniejsze znane mi fakty.
— No
dobra, pomyślmy jeszcze raz na spokojnie. — Zebrałam porozrzucane po podłodze
kartki papieru w jedną kupkę, posegregowałam ją i ponownie rozłożyłam w
odpowiedniej kolejności. — Wtedy opuściłam sierociniec, tutaj jest ostatni
zapis o chorobie Sadie, informacja o jej ucieczce…
— A
Carter? — Silent siedział po swojej stronie ekranu, przeszukując jednocześnie
dostępne mu bazy danych lokalnych szpitali i posterunków policji. Z tej okazji
zamiast stroju bojowego założył nawet normalne ubrania, co trochę mnie
rozpraszało. Jak można aż tak dobrze wyglądać w zwykłej koszulce?
— Nic.
Ani jednej wzmianki o nim. — Westchnęłam, klęcząc nad tonami dokumentów. Gdzie
ten chłopak się podział? To przecież niemożliwe, żeby zostawił Sadie samą sobie
i tak po prostu zniknął. Jak w ogóle doszło do jej ucieczki z sierocińca?
Przecież jeśli był na miejscu, za nic w świecie nie pozwoliłby wyjechać
siostrze do Jump City.
— Może
zwiał razem z tą dziewczyną? — podsunął mój przyjaciel. — Swoją drogą, w żadnym
szpitalu nie ma nic o kimś, kto nazywałby się tak jak on. Przejrzę jeszcze raz
raporty policyjne, może tam coś się znajdzie.
— W
takim razie morderca musiałby zabić ich oboje. Carter nie odstępował Sadie na
krok przez całe dnie. — Pokręciłam głową. Gdzie ten cholerny chłopak się
zgubił? Porwali go? Zamordowali? Sprzedali handlarzom żywym towarem?
Na
chwilę zamarłam, wpatrując się tępo w nieokreślony punkt przede mną. A co, jeśli
Carter został adoptowany? Sadie mogła uciec w poszukiwaniu go. Mógł nie mieć z
nią żadnego kontaktu. Morderca mógł ją dopaść, bo w pobliżu nie było jej brata.
Carter nie miał jak jej obronić, a ona nie dawała sobie rady nawet
z odkręcaniem butelek. Była łatwym celem pod każdym względem.
Błyskawicznie
poderwałam się na równe nogi i ruchem ręki zgarnęłam ze stołu plik dokumentów
pokaźnych rozmiarów, którego do tej pory jeszcze nie przeglądałam. Dotyczyły
one przede wszystkim adopcji sfinalizowanych w tym samym czasie, w którym
opuściłam sierociniec.
— Masz
coś? — zapytał zaciekawiony Silent, przerywając na chwilę poszukiwania.
Pokręciłam głową.
— Na
razie tylko pomysł. Kop dalej. — Niecierpliwie przerzucałam kolejne kartki,
wypatrując wśród nich Cartera. Adopcja. Czemu wcześniej na to nie wpadłam?
Przecież to najbardziej logiczne wytłumaczenie ze wszystkich!
W końcu
moje oczy dostrzegły upragniony świstek, oznaczony imieniem i nazwiskiem
poszukiwanego przeze mnie chłopaka.
— Mam!
— wykrzyknęłam tryumfalnie, gwałtownie wyrzucając ręce w górę. Silent aż
podskoczył na krześle.
— Co?
Co masz?
—
Carter został adoptowany! — rzuciłam zadowolona ze swojej ciężkiej pracy,
odstawiając mały taniec zwycięstwa połączony ze skakaniem po pokoju. — I to
zaraz po moim dołączeniu do Nightwatch. To wszystko ma sens! Adoptowali go,
rozdzielili z Sadie, więc ta uciekła, żeby go odnaleźć! A w ten sposób
morderca mógł ją dopaść, bo nikt jej nie pilnował!
— Kto
go adoptował? Wiadomo, gdzie jest? — przerwał brutalnie moją radosną zabawę w
detektywa. Wbiłam wzrok w kartkę. No tak. Przydałoby się trochę więcej
informacji.
— Um… Rachel E. Kane? Nie ma żadnej informacji o jej partnerze. Może była samotną
matką? — Obejrzałam kartkę dokładnie z każdej możliwej strony. — O, jest jakiś
adres! Vermillion Lane 608, Porthaven… czekaj, czy to nie jest naprzeciwko
basenu? Zaraz obok był plac zabaw czy coś takiego…
— Zobaczmy…
— Chłopak zaczął szybko wystukiwać dane na klawiaturze. Przez chwilę uważnie
przeglądał to, co zaproponowała mu przeglądarka. W międzyczasie uzupełnił stojącą przy klawiaturze szklankę wodą z butelki. — Po wklepaniu nazwiska tej babki wyszukiwarka wyrzuca adres jakiegoś
teatru w Jump City.
— Jest
aktorką? — Usiadłam przy stoliku, odkładając ostrożnie kartkę tuż obok
klawiatury, bym czasem nie zapodziała jej gdzieś w tym bałaganie. Otworzyłam
okienku czatu, gdzie Silent przesłał mi adres strony internetowej. Po
kliknięciu w link moim oczom ukazała się nie najlepiej wykonana strona
internetowa zawierająca listę aktorów teatralnych. — Skoro gra w Jump City, to
zgaduję, że się tutaj przeprowadziła? — Zaczęłam wyszukiwać każdy istniejący na
stronie odnośnik, próbując dowiedzieć się czegoś więcej o tej kobiecie. Coś mi się tu nie zgadzało. Dlaczego nosiła to samo nazwisko co rodzeństwo? Przecież nie mieli żadnych krewnych i dlatego po śmierci rodziców trafili do sierocińca. A może to tylko przypadek...
— Na to
wychodzi. Dla pewności sprawdzę jeszcze ten adres podczas patrolu. — Zerknął
gdzieś poza ekran komputera. — Czyli całkiem niedługo. Słuchaj, Shad,
będę musiał się zaraz zbierać.
—
Spoko, z resztą dam sobie sama radę. — Uśmiechnęłam się szeroko. — Dzięki za
pomoc.
— Nie
ma za co. Jakby co to wiesz, gdzie mnie szukać. — Uniósł trzymany w dłoni
komunikator.
— Tak
jest! — zasalutowałam, roześmiana, po czym rozłączyłam się. Zamknęłam laptopa,
a kartkę z danymi o adopcji Cartera przyczepiłam pinezką do tablicy korkowej.
Uklękłam na podłodze i już miałam zabierać się za sprzątanie panującego wokół
mnie bałaganu, gdy ktoś zapukał do drzwi.
— Proszę.
— Związałam włosy w kitkę, przerywając na chwilę zbieranie dokumentów. Drzwi
otworzyły się. Gwiazdka i Raven weszły do pokoju.
— Dzień
dobry, przyjaciółko Shadow! — zaczęła rozentuzjazmowana kosmitka. — Czy
mogłabyś poświęcić nam chwilę swojego czasu?
—
Pewnie. O co chodzi? — Odłożyłam papiery na bok, po czym wstałam, otrzepując
spodnie. Zaskoczył mnie niecodzienny ubiór obu pań. Gwiazdka zamiast
zwyczajowego stroju bojowego postanowiła założyć jeansowe spodnie i zwiewną,
kremową koszulę z długimi rękawami. Dodatkowo przyozdobiła się masą przeróżnych
bransoletek i naszyjników, a długie włosy spięła w wysoki kucyk. Raven
natomiast zamieniła pelerynę na rzecz ciemnoniebieskiej bluzy z kapturem,
czarnych spodni i ciężkich, wiązanych butów.
—
Wiemy, że ostatnie kilka dni było dla ciebie ciężkie, dlatego chciałyśmy
zapytać, czy nie miałabyś ochoty wybrać się z nami na mały wypad tylko dla
dziewczyn. — Raven wbiła dłonie w kieszenie bluzy. Otworzyłam usta, lecz nim
zdążyłam cokolwiek powiedzieć, Gwiazdka wzbiła się w powietrze i zaczęła latać
wokół mnie.
— Na
pewno ci się spodoba! Będziemy odwiedzać opuszczone posiadłości w celu
kontaktowania się z przebywającymi tam zmarłymi duszami. A potem pójdziemy na
pizzę! — Nie dość, że mnie okrążała, to dodatkowo kręciła się wokół własnej
osi, co bardzo utrudniało mi patrzenie na nią.
— Mam
rozumieć, że będziemy polować na duchy? — Zerknęłam dla pewności na Raven. Ta
wzruszyła ramionami, nasuwając kaptur na głowę.
— Można
tak to ująć. Czasem po prostu pomagam tym, którzy utknęli między światami, a
Gwiazdka jest moją asystentką. To lepsze, niż gdyby ta szalona Voodoo miała ich
dopaść. To jak, piszesz się?
Już
chciałam odmówić, wykręcając się prowadzeniem poszukiwań, ale zamknęłam usta.
Dziewczyny miały rację. Odkąd przyjechałam, codziennie zrzucano na mnie coraz
większą ilość szokujących nowości i trudnych do przełknięcia faktów. Nie
byliśmy ani trochę bliżej złapania mordercy, a jako tako samego Cartera jeszcze
nie znalazłam. Chwila przerwy od całego tego wariatkowa raczej nie mogła nikogo
zabić, prawda?
— W
sumie to bardzo chętnie się z wami wybiorę. — Uśmiechnęłam się, a Gwiazdka
rzuciła się, by mnie wyściskać.
— Och,
przyjaciółko! Będzie wspaniale, zobaczysz! — Rozradowana niczym dziecko
podskoczyła kilka razy, odklejając się na chwilę ode mnie. Roześmiałam się,
widząc jej entuzjazm.
— To
kiedy ruszamy? — spytałam, zerkając na Raven.
—
Możemy nawet zaraz, tylko pewnie będziesz chciała się przebrać. —Dziewczyna
oparła się o ścianę, ponownie wbijając ręce w kieszenie bluzy. Dokładnie
zlustrowała mnie wzrokiem.
—
Dlaczego? Na co dzień biegam w tym po dachach i podróżuję między wymiarami.
Opuszczony dom to aż tak niebezpieczna miejscówka? — Rozłożyłam ręce,
przyglądając się swojemu bojowemu zestawowi modowemu. No dobra, może kompletny
brak rękawów, jaskrawa zieleń i te moje nieszczęsne cieniutkie buty to nie był
najlepszy pomysł, ale hej, zawsze mogło być gorzej!
— Polecam tylko założyć wygodniejsze buty i
zabrać ze sobą coś cieplejszego. Będziemy chodzić po ruinach, więc spodziewamy
się błota, brudu, kamieni, zawalonych ścian i przede wszystkim chłodu. —
Wyciągnęła dłoń, by ściągnąć na ziemię fruwającą po pokoju jak motyl na
sterydach Gwiazdkę. Ta cały czas paplała coś o naszym wspólnym wypadzie.
—Skoro
tak twierdzi naczelny łowca duchów, to nie mam się co kłócić, nie? —
Uśmiechnęłam się szelmowsko, otwierając na oścież drzwi szafy. — Dajcie mi pięć
minut i możemy lecieć.
***
Wysoka
postać w długim, czarnym płaszczu stała na drewnianym podwyższeniu. Mamrotała
pod nosem dziwne formułki, co chwila podnosząc trzymany w dłoniach puchar,
wysadzany kamieniami szlachetnymi. Na ołtarzu przed nią stały cztery zapalone
świece, ułożone w formie latawca. Łączyły je ścieżki ułożone z kryształów
górskich. Przez niewielkie, obłożone kratami okno wpadała znikoma ilość
światła. W pomieszczeniu panował zaduch, a mdły zapach kadzidełek mógł
przyprawiać o zawroty głowy.
Skrzypiące
drzwi otworzyły się na oścież. Do środka wpadła młoda dziewczyna, naciągając
pospiesznie kaptur płaszcza na głowę. Z trudem chwytała oddech.
— Najwyższy…
Wielebny Ojcze… — wydusiła, upychając pod materiałem blond włosy.
—
Czego? — warknęła osoba na podwyższeniu, nie przerywając swoich modlitw.
Dziewczyna przygryzła wargę. Rytuał przyzywania. Wyjątkowo źle trafiła.
—
Stokrotnie przepraszam i błagam o wybaczenie. — Natychmiast padła na jedno
kolano, pochylając nisko głowę i przyciskając do piersi wyprostowaną dłoń. —
Ale... mam ważne informacje. Chodzi o Kapłankę.
Ojciec
zamarł z rękami wzniesionymi do góry. Po chwili łagodnie odstawił kielich na
ołtarz i wymamrotał coś. Złączył kciuki i palce wskazujące obu dłoni, tworząc w
ten sposób trójkąt. Uniósł go nad świecami, pomruczał jeszcze przez chwilę, po
czym przyłożył obie dłonie do czoła. Dopiero wtedy zgasił płomienie i odwrócił
się w stronę posłanki.
— Mów.
— Splótł ręce na piersi.
Dziewczyna
zdążyła już doprowadzić się do porządku na tyle, by móc mówić bez większych
problemów. Podniosła głowę, składając ręce jak do modlitwy. W jej oczach czaił
się strach.
—Jej ciało
znaleziono w kostnicy. Nie wiemy, jak do tego doszło. Oddział A i O już nad tym
pracują. — Przymknęła oczy, czekając na reakcję Wielebnego. Cholera. Dlaczego
ze wszystkich możliwych adeptów musieli wybrać właśnie ją do przekazania tak strasznej wiadomości? Przecież
jedyne, co ją teraz czekało, to rozwalenie drogocennego pucharu na głowie i
przemowa pełna żalu. Już wolałaby wskoczyć pod pociąg, niż musieć wysłuchiwać
tego, jak bardzo bracia zawiedli Najwyższego.
—
Cholera. — Zacisnął dłonie w pięści. To nie tak miało wyglądać. Stracili
trzecią Kapłankę w przeciągu ostatnich sześciu miesięcy. Czy ktoś specjalnie na
nich wszystkich poluje? — Kto był odpowiedzialny za jej ochronę?
Dziewczyna
milczała przez chwilę. Pięść Wielebnego uderzyła o ołtarz.
— Kto,
do cholery, miał jej pilnować?! — wrzasnął, starając się z całej siły nie
rzucić czymś w posłankę.
— Dwóch
poprzednich strażników również zamordowano. Zostałam przydzielona do obrony Najświętszej
Kapłanki dwa dni temu — wyszeptała, zaciskając powieki najmocniej jak
potrafiła. Cios mógł na nią spaść w każdej chwili. — Ale… ona już wtedy nie
żyła… — dodała.
W
pomieszczeniu zapadła cisza. Kiedy dziewczyna po dłuższym czasie nie odczuła
żadnego bólu, odważyła się otworzyć oczy. Wielebny stał odwrócony tyłem i
przesuwał kryształy czubkiem palca, jakby próbował wywróżyć z nich przyszłość.
W końcu westchnął ciężko i schował twarz w dłoniach.
—Nasz
pan każe nam wybaczać błędy. — Zerknął na dziewczynę kątem oka. Ta uśmiechnęła
się szeroko, słysząc te słowa. — Wiem, że nie zawiniłaś w sprawie Kapłanki…
—
Dziękuję, Najwyższy! — Rzuciła się mu pod nogi, by móc je wycałować, lecz ten
powstrzymał ją ruchem dłoni.
—
Jednakże…— ciągnął dalej. — Wtargnęłaś do kaplicy bez mojego pozwolenia,
przerwałaś bardzo ważny rytuał i dodatkowo byłaś na tyle nieuprzejma, że nie
zadałaś sobie trudu pozdrowienia mnie.
Uśmiech
na twarzy dziewczyny zamarł. Zaczęła poruszać ustami, jakby chciała coś
powiedzieć, lecz słowa nie mogły przejść jej przez gardło. Wyglądała jak ryba
wyciągnięta z wody.
—
Niestety, moja droga. Ten rytuał był
bardzo ważny. Musimy dostać kolejne wskazówki od naszego Pana, a On oczekuje
naszej wdzięczności. — Podszedł do
rozdygotanej dziewczyny, przyklęknął i ściągnął kaptur z jej głowy. Chwycił
zapłakaną twarz blondynki w swoje dłonie i spojrzał jej głęboko w oczy. Pomimo
panującego w sali półmroku, posłanka dostrzegła jego lekko połyskujące,
czerwone tęczówki.
Zamilkł
na chwilę, napawając się strachem dziewczyny. W końcu gwałtownie szarpnął
dłonią, puszczając ją. Ta głucho uderzyła o podłogę. Wielebny tymczasem
podniósł się i otrzepał swoje strojne szaty, kryjące się pod ciężkim płaszczem.
— Będę
teraz musiał długo prosić o wybaczenie naszego Pana. Lepiej zmykaj — rzucił
nadzwyczaj łagodnie. Rozpłakana dziewczyna podniosła się błyskawicznie z
podłogi.
—
Dziękuję, dziękuję, dziękuję. — Złączyła palce obu dłoni w trójkąt,
przystawiając je sobie do czoła. W tej pozycji zaczęła wycofywać się w stronę
drzwi. Ojciec uśmiechnął się kącikiem ust.
—
Przekaż dowódcy ochrony, że ma się tu natychmiast stawić. Muszę z nim poważnie
porozmawiać. I włóż kaptur — dorzucił
jeszcze.
— Tak
jest! — Dziewczyna błyskawicznie
narzuciła materiał na głowę, w dalszym ciągu kłaniając się, po czym
błyskawicznie opuściła pomieszczenie, zamykając za sobą drzwi.
Wielebny
westchnął, rozmasowując skronie. Banda debili. Teraz będzie musiał znaleźć nową
Kapłankę, wyuczyć jej tych wszystkich skomplikowanych formułek, a potem
zorganizować kolejne sesje z tłumaczeniem wizji. Tyle roboty poszło na marne
przez jakiegoś skończonego idiotę. Będzie musiał przetrzepać skórę każdej
pojedynczej osobie, która zajmowała się tą dziewczyną. Co jest aż tak
nadzwyczaj trudnego w pilnowaniu szesnastolatki?!
Zgarnął
ruchem dłoni kryształy, walające się po ołtarzu, po czym wrzucił je do
sakiewki, przypiętej do pasa. Chwycił
kielich, po czym opadł na stojące w kącie ręcznie rzeźbione krzesło. Upił
łyk wina, zastanawiając się, kto i dlaczego uparł się, by pozbawiać Bractwa
kolejnych Kapłanek. Nie byli super popularnym stowarzyszeniem. Wieści o
Bractwie były rozpuszczane drogą pantoflową i to tylko wśród zaufanych osób.
Istniały bardzo małe szanse, że ktoś wpływowy miał o nich jakiekolwiek pojęcie.
Poza tym, nie zrobili do tej pory nic złego — ot, spotykali się kilka razy w
tygodniu, by wspólnie się pomodlić, złożyć dary Panu, wysłuchać wizji Kapłanki
i porozmawiać o kryształach czy innych ładnych kamykach. Byli pasjonatami, a
nie zagrożeniem. Więc kto mógł na nich polować? Komu aż tak mogli przeszkadzać
fani klejnotów?
Zmarszczył
brwi i nieświadomie zacisnął dłoń, w której trzymał puchar. Była jedna taka
osoba, która mogłaby chcieć mu zaszkodzić. Wiecznie zazdrosna, ciągle obrażona,
nigdy nie potrafiła wykorzystać sytuacji na swoją korzyść. Pewnie dowiedziała
się, że rozpoczął działalność na własną rękę i poczuła się zagrożona.
Uśmiechnął
się krzywo pod nosem. A to mała jędza.
Nie potrafiła zrobić nic samodzielnie, ale z zazdrości i tak musiała za wszelką
cenę zniszczyć dorobek bliźniego. Ktoś powinien jej pokazać, że z Bractwem nikt
nie zadziera bez poniesienia poważnych konsekwencji.
Przeciągnął
się, odstawiając puchar na podłogę obok prowizorycznego tronu. Zamiast szarpać
sobie nerwy myśleniem o dawnej znajomej, powinien skupić się na ważniejszych
sprawach, jak chociażby wybranie nowej Kapłanki. W końcu bez niej nie jest w
stanie daleko zajechać. Ech, gdyby nie to, że Ruby tak mocno go wspierała na
samym początku i chciał się jej jakoś za to odwdzięczyć, nie potrzebowałby
żadnej narkomanki. Choć jakby się nad tym głębiej zastanowić, Kapłanka była
świetnym widowiskiem. Potrafiła zamknąć usta wielu niedowiarkom, a jej
tajemniczość i ciągłe trzymanie się z boku tylko dodawały całej tej imprezie
smaku. Świetnym posunięciem było też zabronienie każdej kolejnej kobiecie,
obejmującej to stanowisko, rozmawiania z kimkolwiek poza sesjami wywoływania
wizji.
Wbił
wzrok w sufit, wzdychając. Poprzednia dziewczyna była świetna. Jej dziwne
zdolności w połączeniu z używkami dawały zaskakujące efekty. Te majaczenia,
obce języki i niezrozumiałe obrazy, które opisywała… była niewyczerpanym
źródłem inspiracji. Bracia bez zastanowienia łykali jej mistyczne paplanie, a
on mógł bez problemu przypisywać jej chorym wizjom po trzysta znaczeń naraz.
Nawet to, że była najmłodsza w całym zgromadzeniu nikomu nie przeszkadzało.
Sięgnął
znów po kielich, lecz w tym momencie rozległo się delikatne pukanie do drzwi.
Wielebny pospiesznie sprawdził, czy ma na głowie kaptur, po czym wstał.
— Wejść
— rzucił beznamiętnie. Uśmiechnął się, kiedy do kaplicy wszedł wysoki,
barczysty mężczyzna. Przyklęknął na
jedno kolano, przystawiając dłoń do wytatuowanej piersi. Miał jakiś dziwny
fetysz, związany z nienoszeniem koszulek. Płaszcza również nie chciał nosić.
— Chciałeś
mnie widzieć, Ojcze? — spytał, nie podnosząc wzroku.
—
Owszem. Jak już pewnie wiesz, straciliśmy kolejną Kapłankę. — Ojciec splótł
dłonie na piersi, przechadzając się w tę i z powrotem po pomieszczeniu. Jego
towarzysz pochylił głowę jeszcze niżej.
— Niech
Pan przyjmie ją do siebie, byśmy mogli spotkać ją przy Jego boku w Dniu
Oczyszczenia — wyszeptał z nabożnym skupieniem.
— Pokój jej duszy — odparł
zniecierpliwiony Wielebny. — Wiem, kto stoi za jej śmiercią. Będziesz musiał w
imieniu Bractwa wysłać im wiadomość, by przemyśleli swoje zachowanie i nie
ingerowali w boski plan.
Witam wszystkich bardzo serdecznie :D. Głosem większości czytelników zwyciężyła opcja z podzieleniem rozdziału na dwie części. Obiecane ujawnienie wielkiego true loffa Raven nastąpi przez to trochę później. Mam nadzieję, że pierwsza część przypadła Wam do gustu. Przypominam o ankiecie dot. tego jakże wiekopomnego dzieła: klik!
Kolejne badanie terenowe wykazało Wasze zainteresowanie w kwestii przeróżnych zagadek, smaczków i ciekawostek dotyczących świata przedstawionego i postaci. Cóż, tym razem nie wyszło. Ale postaram się wykombinować coś następnym razem, obiecuję!
A tak w ogóle to chyba zepsułam główny plot twist tej serii. Ups. Ale bez paniki, jak znam życie, to Van uratuje sytuację :D.
No nie mów mi, że nie przesłało tamtego komentarza... eh...
OdpowiedzUsuńOgółem to wszystko jest ciekawe i jak zwykle dobrze ubrane w słowa.
Zaciekawiłaś mnie tą wyprawą na duchy. Chcę to zobaczyć w twoim wykonaniu.
I nic nie zepsułaś. Tak mi się przynajmniej wydaje. Dla mnie jest dobrze.
Blogger ma dziwne schizy ostatnio z komentarzami. Jeśli klikasz kilka razy "opublikuj" i nic się nie dzieje, polecam odświeżyć stronę, wtedy zazwyczaj komentarz zostaje. Ja np. dostałam powiadomienie o nim na pocztę, ale tu go nie ma. Magia blogspotu :D.
UsuńCieszę się, że się podobało! Mam wielką nadzieję, że nic nie popsułam. A nawet jeśli, to już mam kilka pomysłów, którymi mogę wam to zrekompensować. :3
Dziękuję za komentarz!
Nie mam pojęcia jakim cudem nie zaczęłam czytać tego bloga wcześniej, chociaż mijałam go już wiele razy przez ostatnie kilka lat. Muszę koniecznie wszystko nadrobić, inaczej sobie nie wybaczę
OdpowiedzUsuńKażda nowa duszyczka w szeregach wiernych bardzo cieszy Vanity :D Witamy na pokładzie!
Usuń